środa, 12 marca 2025

Uchem Weterana: Howard Jones – Human's Lib

Howard Jones – Human's Lib ukazała się w 1984 roku na winylu, ale również na CD. Płyta była wielokrotnie wznawiana na CD, natomiast w 2024 wydano ją na blu-ray.

Rys.1. Winyl.


Tak wygląda utwór drugi z pierwszej strony, nawiasem mówiąc, duży przebój.

Rys. 2. Jak widać, nie brakuje aż tak wiele, żeby brzmienie było "future proof".

Widmo przedstawia się bardzo interesująco, szczególnie, gdy się je porówna do innego. Ten sam realizator dźwięku, dlatego jest tak ciekawie. Chodzi o płytę The Fixx - Shuttered Room, która była bohaterem wcześniejszego wpisu. Na tamtej płycie hi-hat był odcięty przy 10 kHz, natomiast tu widać go nawet w okolicach 2 kHz, chociaż normalnie powinien się zaczynać od 200 Hz. Tylko, że te resztki widoczne w przedziale od 2 kHz do 4 kHz nie są słyszalne. Słyszalne jest to od 4 kHz i dodanie regulatorem barwy kilku dB sopranów pomaga. Tzn. na tej płycie w ogóle jest coś, co można dać głośniej i usłyszeć, natomiast w wypadku płyty The Fixx regulacja barwy nic nie zmienia. Dźwięki są za wysokie.

Brzmienie tej płyty mogło się podobać i podobało się. Teraz jest na granicy akceptowalnego.

Problem, jak zwykle, polega na tym, że "gorąco" jest w ostatniej oktawie. Jak wiemy, dla osób dojrzałych wysokie tony to bardziej przedostatnia oktawa, a tu ich trochę brakuje, względnie są za ciche. Gdyby realizatorzy dźwięku, zwracali uwagę na zakres 4 kHz - 8 kHz, jako ten ważniejszy, bo jeszcze możliwy do usłyszenia dla osób starszych, już pomińmy ludzi bardzo zaawansowanych wiekiem, to mielibyśmy teraz ogromną płytotekę z muzyką, a tak mamy gigantyczną ilość błota.

Można zaryzykować stwierdzenie, że producentów tej płyty, zresztą jak zwykle, interesowało wszystko poza tym, że są na świecie ludzie, którzy już słyszą gorzej oraz to, że przecież także ci dobrze słyszący się zestarzeją. 

Mnie najbardziej zastanawia dlaczego nikt na przestrzeni dziesięcioleci nie zauważył, że brzmienie tej płyty staje się coraz gorsze, a dotyczy to także wielu, wielu innych wydawnictw.

Ileż to napisano o "brzmieniu" jakiegoś kabla czy bezpiecznika, ale o tym, że jakaś płyta przestała dobrze grać, to ani słowa. Pomijając wpisy tutaj.

poniedziałek, 3 marca 2025

Gdyby realizatorzy dźwięku byli ignorantami...

Płyty z muzyką rozrywkową są nagrywane źle od kilku dekad i to nie tylko z punktu widzenia osoby nieco starszej. Do dobrego tonu należy utyskiwanie na nadmierną kompresję dynamiki dźwięku, a na to narzekają również młodzi. Gdyby przyjąć założenie, że realizatorzy działają w taki sposób w jaki działają, bo nie zdają sobie sprawy z pewnych fundamentalnych spraw, to by tłumaczyło całą sytuację. Ale sprawa nie jest taka prosta.

W roku 1988 ukazała się książka "Dźwięk i technika Hi-Fi", którą napisał Aleksander Witort. Zobaczmy co jest na stronie 35.


Aleksander Witort "Dźwięk i technika Hi-Fi" str. 35.


Są na niej krzywe jednakowej głośności, które opracowali Flether i Munson oraz kilka następujących zdań:

"W wieku 35 lat górna granica słyszalności obniża się średnio do 15 kHz. W wieku 50 lat większość ludzi nie słyszy dźwięków o częstotliwości większej niż 12 kHz. U ludzi starych wraz z osłabieniem ogólnym słuchu granica ta może się obniżyć do 5÷8 kHz."

Teraz spójrzmy na krzywe jednakowej głośności. Krzywe układają się w taki sposób, że powyżej mniej więcej 8 kHz dźwięk musi być znacznie głośniejszy, aby był odczuwany na takim samym poziomie.

Chociaż książka ukazała się w 1988 r. to nie znaczy, że o wspomnianych powyżej faktach nikt wcześniej nie wiedział. Krzywe Fletchera-Munsona zostały opracowane prawie 100 lat temu, bo w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Natomiast, że na starość słyszy się gorzej wiemy od wielu tysięcy lat. Że liczby są znane powiedzmy, że też od stu lat, niewiele zmienia.

Realizatorzy dźwięku mogą czytać książki takie jak ta, ale przecież mają swoje, które omawiają istotne dla nich sprawy szerzej i dokładniej. Zestawmy to, co robią realizatorzy dźwięku z wiedzą z książek.

Realizatorzy dźwięku usuwają ze spektrum talerzy perkusyjnych zazwyczaj wszystko poniżej 5 kHz. Bywa, że skasują więcej. Dziwnym zbiegiem okoliczności ludzie starsi nie są w stanie usłyszeć nic powyżej 8 czy właśnie 5 kHz.

Z krzywych Flethera i Munsona widzimy, że najlepiej słyszane są dźwięki od 2 kHz do 5 kHz. Czyli tam, gdzie talerze perkusyjne byłyby najlepiej słyszalne realizatorzy z reguły nie zostawiają nic. Przypomnijmy, że bez realizatorskich manipulacji, spektrum talerzy perkusyjnych zaczyna się poniżej 200 Hz. Wobec tego, gdy realizator zostawi talerze perkusyjne od 5 kHz, to chodzi już o zakres, który jest powyżej najlepszej słyszalności i na domiar złego go ścisza.

Talerze zazwyczaj realizatorzy dają głośniej powyżej 10 kHz. Czyli tam, gdzie sięgają już tylko młodzi, a ponadto i tak jeśli ktoś to słyszy, to słyszy gorzej. Przypomnijmy, że winyl źle znosi głośną górę pasma. To już nie odnosi się do książki, ale warto wspomnieć.

Realizatorzy dają głośno górę pasma, co dotyczy sybilantów i talerzy perkusyjnych, ale nie tylko. Dźwięk nagrany naturalnie ma najwięcej energii raczej poniżej 10 kHz. Realizatorzy dźwięku nagrywają jednak w ten sposób, że wysokie tony są zrobione głośno w sposób sztuczny. W wyniku tego w czasie nacinania winyla trzeba je ściszyć, żeby nie powstały zniekształcenia.

Korekcja RIAA w zakresie od 10 kHz do 20 kHz podbija wysokie tony od kilkunastu do około dwudziestu dB. Jest więc powód, żeby pewnych rzeczy pilnować podczas produkcji płyt, ale byłoby to znacznie prostsze, a nawet nic nie trzeba by robić, gdyby realizatorzy nagrywali bardziej naturalny dźwięk.

Z jakiegoś powodu wszystko stoi na głowie. Czy oni tych rzeczy nie wiedzą, czy też może wiedzą, ale z tego powodu, że wiedzą, robią wszystko na odwrót?

Przykład z płyty, żeby nie być gołosłownym:

Utwór zgrany z singla (winyl). Rok wydania 1983.

"A" Hi-hat jest podcięty do 5 kHz. W odsłuchu już niesłyszalny (dla mnie) przy barwie dźwięku ustawionej neutralnie. Oczywiście, da się to usłyszeć robiąc bardzo głośno, ale raczej chodzi o słuchanie muzyki, a nie o ogłuszanie się hukiem.
"B" - tu hi-hat byłby słyszalny najlepiej, gdyby realizator nie obciął dołu, ale obciął, więc można tylko wskazać miejsce, gdzie powinien być.
Zaznaczenie "a" i "b" to cały przedział częstotliwości, który normalnie zajmują talerze perkusyjne.
"C" to wysokie tony zrobione głośno przez realizatora dźwięku, a które zostaną ściszone w czasie produkcji winyla.

Spektrum jest z wersji CD. Mam też ten utwór zgrany z singla, a zestawienie jednego z drugim pod kątem dynamiki dźwięku wygląda tak:


CD vs. winyl. Na CD DR 7. "Realizatorzy dźwięku uczą się, uczą, uczą się. Uczą się, jak ogłuszyć cię." Można spróbować zaśpiewać na melodię utworu "Automaty" zespołu Klan.


 W 1983 roku było głośno, ale na składance wydanej w 2002 r. po remasteringu zrobiło się głośniej. Na rysunku są obie wersje ze znormalizowaną głośnością. W odsłuchu wersja z singla brzmi „cieplej”. Jednak takie porównanie nie jest całkiem sensowne, ponieważ wersja cyfrowa została bardzo mocno potraktowana kompresorem.

Jak to spuentować? O muzyce można pisać, gdy nie da się jej słuchać.

poniedziałek, 17 lutego 2025

Uchem Weterana: Bee Gees Living Eyes

I znów mamy rok 1981. Tym razem na talerzu gramofonu jest album Bee Gees Living Eyes. 

Rys. 1. Chociaż wiele lat minęło, to chyba nikt nie będzie się zastanawiał czy jest sens dywagować nad muzyką Bee Gees. Już tylko z jednego powodu, bo to Giganci.

Mój ojciec miał bardzo dużo znajomych. Te znajomości były utrzymywane przez wiele lat i dość często przyjeżdżali do nas znajomi, którzy mieszkali w całej Polsce. Przyjeżdżali np. Gdańszczanie i Poznaniacy. Właśnie Poznaniakiem był pan Gienek, inżynier mechanik. Był u nas razem z żoną trzy razy, ale tyle to ja pamiętam. Pierwszy raz przyjechali z córką, która była ode mnie tak z 10 lat starsza (ja miałem wtedy lat kilka). Trzeci raz przyjechali z wnukiem. A drugi raz sami. I był to rok 1983. Pamiętam to dlatego, że wtedy właśnie ukazała się płyta Synchronicity.

Historia z roku 1983 bardzo luźno związana z płytą Bee Gees wydaną w 1981 jest taka. Pan Gienek był fanem Bee Gees i miał ich wszystkie płyty. Natomiast jeśli chodzi o sprzęt, to zapamiętałem, że miał wzmacniacz kwadrofoniczny o mocy bodajże 4x50 W, może trochę więcej. Czyli on miał do dyspozycji 200W, a ja zaledwie kilka. Do tego wzmacniacza był pewnie całkiem niezły gramofon, bo pan inżynier pracował czasem za granicą. Za tą zachodnią, więc miał kasę na fajny wzmacniacz, kolumny, gramofon, a także... mieszkanie, samochód i rodzinę.

Zobaczmy co mogło zagrać na tym sprzęcie quadro. Strona pierwsza, utwór drugi. Widmo prezentuje się w ten sposób:

 

Rys. 2. Strona pierwsza, utwór drugi.

 

Jak widzimy, za charakterystyczne brzmienie hi-hata, którego już teraz na starość praktycznie wcale nie słyszymy, odpowiada zakres powyżej 10 kHz. Zwróćmy uwagę na uderzenie, które wskazuje strzałka. Zostało wybrane dlatego, bo nic go nie "zasłania". Podobnie jest też w prawym kanale.

W tym utworze hi-hat "zaczyna się" mniej więcej od 3 kHz. Problem polega na tym, że jest zrobiony "w trójkąt". Cicho na dole, gdzie go możemy jeszcze usłyszeć i głośno w "naszym" zakresie ultradźwięków. Ogólnie płyta nie brzmi bardzo źle. Po dodaniu wysokich tonów regulatorem barwy dźwięku jest dość znośnie.

Oczywistym celem realizatora było osiągnięcie charakterystycznego brzmienia. W tamtych czasach u nas słuchało się z wysokimi tonami odkręconymi do oporu i włączonym konturem czy "lołdnesem". Na zachodzie pewnie było podobnie, więc dając głośno zakres powyżej 10k realizator wpisywał się w obowiązujący trend.

Z perspektywy osoby starszej taka realizacja dźwięku nie ma żadnego sensu. Wszystko, co jest powyżej 10 kHz nie istnieje. A skoro zakres, który odpowiada za atrakcyjność tej płyty nie jest słyszalny, to jej brzmienie nie jest już atrakcyjne.

Living Eyes jest klinicznym przykładem na to, że od dobrego, future-proof, brzmienia było niedaelko. Niestety, żeby tej płyty posłuchać z przyjemnością trzeba ją zremasterować. Bo oryginału z wieloślada pewnie już nie ma. Nowe masteringi tej płyty są, ale nikt ich nie robił w ten sposób, żeby uwzględnić możliwości słuchu starszych panów. I starszych pań. Panie mi wybaczą, że wypominam im wiek.

Na koniec dodam jeszcze, że wtedy też kupiłem sobie płytę Tiny Turner, podczas jakiegoś wakacyjnego wypadu ze znajomymi, no i poprosiłem pana Gienka o przetłumaczenie tytułów. Private Dancer jeszcze nie było, a płytę kupiłem, bo była zagraniczna. Takie były czasy.

Rys. 3.  Tina Turner– Sunset On Sunset i tłumaczenia.

 

czwartek, 13 lutego 2025

Uchem Weterana: Olivia Newton-John Physical

 Tym razem mamy rok 1981.

Nie trzeba się dokładnie przyglądać, żeby zauważyć, że to są dwa zdjęcia dość nieudolnie połączone w całość. Ale jeśli ktoś nie ma tego albumu i zobaczy tylko zdjęcie z pierwszej strony, to trudno mu będzie zrozumieć dlaczego dziewczyna ma akurat taki a nie inny wyraz twarzy. Jeżeli Czytelnik jest pod sześćdziesiątkę lub starszy, to po przesłuchaniu płyty będzie miała bardzo kwaśną minę. Dziękujemy (ehem ehem) realizatorom dźwięku.


 Pierwszy utwór z pierwszej strony wygląda następująco:

W tym przykładzie mamy standardowe podcięcie przy około 5 kHz. Poza tym płyta jest bardzo stereofoniczna. A i B to hi-hat (?), którego oczywiście nie słychać przy normalnej prędkości odtwarzania. W uszach Weterana (starszego pana) płyta zupełnie bez wysokich tonów. Regulator barwy tu niewiele pomaga.

 Jeżeli Czytelnik ma tą płytę na winylu, to jest w trochę trudniejszym położeniu niż posiadacze wersji cyfrowych. Tu naprawdę koniecznie trzeba zmniejszyć szybkość odtwarzania o połowę, żeby się przekonać jak ona brzmiała, no i nadal brzmi, w uszach osoby młodej. Tzn. my, starszaki, już nigdy nie usłyszymy wszystkiego, ale przynajmniej możemy usłyszeć jakąś imitację oryginalnego dźwięku pokazującą co jest już poza naszym zasięgiem. Strata dla odbioru spowodowana starzeniem się słuchu i złą realizacją dźwięku w przypadku tego albumu jest ogromna.

Ludzie kupując płyty jak ta, kupowali też styl życia. Niektórzy później kupowali też kable głośnikowe i takie tam, różne wynalazki. Jedno i drugie obiecywało wiele, ale to zawsze były iluzje.

Jak się dokładniej przyjrzeć wysokim tonom to widać, że są najgłośniejsze przy 10k. Zresztą są głośne do samej góry. Ta płyta pokazuje dobitnie, że "ciepły dźwięk winyla" to tylko mit. Prestidigitator wykonał ruch ręką, żeby odwrócić uwagę od tego, co robi naprawdę. W magazynach audio znajdziemy całą masę testów wkładek gramofonowych, które są tak dobre, że wyczytają dokładnie wszystko z rowka. Tylko, że nawet całkiem zwykłe i mało kosztowne wkładki, jak tu użyta, wyczytają wszystko. Problem polega na tym, że realizatorzy dźwięku postarali się o to, że "wszystko" mogą usłyszeć najwyżej dzieci. Nawet sami realizatorzy nie byli w stanie usłyszeć wszystkiego co zrobili z dźwiękiem na płycie.

Jaki jest sens i cel tego rodzaju realizacji dźwięku? Nawet jeśli ktoś w latach siedemdziesiątych zakochał się na zabój w Sandy Olsson, to teraz nic mu to nie pomoże. Płyta brzmi bardzo błotniście. Naprawdę nikt nie brał pod uwagę tego, że słuch się starzeje? A w 1981 roku nie było starszych panów słuchających tej muzyki? I nikt nie wiedział, że oni już nie słyszą wysokich tonów? Oni sami nie wiedzieli, że nie słyszą wysokich tonów? A starsze panie? O nich też nikt nie wiedział i one same nie wiedziały?

A ilu ludzi od roku osiemdziesiątego, dla równego rachunku, do dzisiaj, szukało odpowiedniego zestawienia wzmacniacz/kolumny i do tego pasującego kabla? I wszyscy znaleźli w końcu pasujące do siebie kolumny, wzmacniacze i kable. I wszyscy usłyszeli "ten" dźwięk. I nikt nie zauważył, że brakuje wysokich tonów...

Jakiś czas temu, przy pewnej okazji, ktoś mówił o zbiorowej psychozie. Może to nie psychoza, tylko wszyscy są zahipnotyzowani? O co tu chodzi, poza kasą?

sobota, 8 lutego 2025

Realizator dźwięku, który nie wiedział, że nagrywa prozę

"Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żywnego pojęcia!" powiedział Pan Jourdain.

Czy realizatorzy dźwięku wiedzą, że nagrywają prozę? Możliwe, ale jak się posłucha i obejrzy ich realizacje (można też próbować sobie przypomnieć jak brzmiały one kilkadziesiąt lat temu), to dochodzi się do wniosku, że jest tylko jedna rzecz, którą oni wiedzą na pewno. Mianowicie, że ma być głośno. Ma być głośno i głośniej niż u konkurencji. U nas w tamtych latach nie było konkurencji, ale hierarchia wartości obowiązywała taka sama.

Z mojego punktu widzenia, a raczej słyszenia, prawie wszystkie płyty z muzyką rozrywkową wydane od lat siedemdziesiątych do teraz nie nadają się do słuchania. Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że ja nie mam nawet sześćdziesięciu lat. Muszę na to poczekać jeszcze parę lat, ale już teraz mój słuch nie jest wystarczająco dobry, żeby słuchać płyt bez odczuwania mdłości. A co będzie za lat dwadzieścia? Mój ojciec zmarł mając lat trzydzieści więcej, niż ja mam teraz. Czy czeka mnie zatem trzydzieści lat słuchania coraz bardziej błotnistego błota, bo realizatorzy dźwięku wymyślili sobie jakiś chory sposób pracy?

Możliwe, że realizatorzy dźwięku czegoś nie wiedzą, a poza tym są podatni na pranie mózgu jak każdy inny. Mózg można wyprać zwykłym ludziom, ale można też realizatorom. To tylko ludzie, jak by powiedział agent Kowal z matriksa.

O tym, że dobry sprzęt ma pasmo przenoszenia do 20 kHz, zacząłem czytać już w latach siedemdziesiątych. Wszyscy pamiętamy, jakie to było wrażenie w tamtym czasie wziąć do ręki ulotkę sprzętu dobrej zachodniej firmy. Kredowy papier, piękne kolory, świetne zdjęcia, no i tabelki z parametrami aparatury. Polski magnetofon, który miał pasmo do 12,5 kHz to był cienki, ale taki zachodni, co miał do 20k to był dobry.

Jeżeli ktoś w ogóle interesuje się sprzętem, to obudzony o północy i spytany jaką najwyższą częstotliwość dźwięku słyszy człowiek powie, że 20 kHz. Niestety to nie jest dobra odpowiedź. Gdyby spytać ile lat ma człowiek, to też nie jest dobrą odpowiedzią, że każdy ma lat sześć. W internecie można znaleźć wzór na górną częstotliwość dźwięku, którą człowiek może usłyszeć. Wynika z niego, że sześciolatek to może te 20 kHz usłyszeć. Wzór wygląda tak, że od 20925 trzeba odjąć wiek pomnożony przez 166. Żeby zostało 20 000, można odjąć tylko 925. A ile to będzie 925 podzielone przez 166? Niecałe sześć. Ale może wzór jest nie taki.

Poza tym problem z tym wzorem jest inny. Owszem, ja słyszę mniej więcej tyle (trochę mniej), ile wychodzi ze wzoru. Ale fakt, że jestem w stanie usłyszeć 11 kHz nie znaczy, że tyle słyszę w muzyce. Przy tych 11k mam już bardzo duży spadek, więc w nagraniach praktyczne znaczenie mają częstotliwości znacznie niższe. Może 9k, prędzej jednak 8 kHz. I dlatego prawie wszystkie płyty brzmią mi jak błoto.

Jak już napisałem, nie mam jeszcze sześćdziesięciu lat, ale muzyka już teraz zamieniła się w błoto za sprawą chorej realizacji dźwięku. A co słyszą siedemdziesięciolatkowie? A co osiemdziesięciolatkowie?  Jest taki dziarski 78-latek, który się intensywnie produkuje i wypowiada na temat jakości sprzętu i sałnd kłality. Przecież to jest żałosne.

Kiedyś rozmawiałem z moim kolegą, który chodził do technikum elektronicznego. Mieli oni tam generator i on twierdził, że słychać nawet więcej niż 20k, jak się da trochę głośniej. Ja mam co do tego wątpliwości. Prędzej on mógł słyszeć intermodulacje schodzące w dół niż więcej niż 20k.

Człowiek nie jest w stanie usłyszeć 20 000 Hz. Człowiek nie jest w stanie przebiec 100 metrów w czasie  9,58 s. Człowiek nie jest w stanie podnieść ciężaru 267 kg. To, że dziecko może usłyszeć 20k i byli tacy, którzy przebiegli 100m w czasie poniżej 10 sekund czy uzyskali w podrzucie ponad ćwierć tony, to nie znaczy, że zwykły Kowalski tak potrafi. Podobnie z realizację dźwięku. Większość płyt nadaje się do słuchania przez małe dzieci, bo już nawet nastolatki nie usłyszą wszystkiego.

999 realizatorów dźwięku na 1000 nie słyszy tego, co robi. Być może statystyka jest jeszcze gorsza.

Ten realizacyjny absurd ma rozmiary niebywałe. Zastanówmy się tylko nad dwoma aspektami. Wszyscy narzekają na kompresję czyli redukcję dynamiki dźwięku. Owszem, to jest bardzo duży problem, ale nie jedyny.

Ktoś kiedyś zauważył, że fajnie jest, jak się doda trochę, albo trochę więcej wysokich tonów. Więc realizatorzy dźwięku zaczęli je dodawać. Im mieli lepszy sprzęt, tym dodawali więcej. Jak się zacznie oglądać nagrania, to widać, że zakres powyżej 10k z czasem stał się bardzo "gorący". W odniesieniu do indywidualnego realizatora wyglądać to może w ten sposób.

Realizator trzydziestolatek w latach siedemdziesiątych dodaje trochę wysokich tonów. Sprzęt ma już lepszy i trochę więcej może. Już nie słyszał wszystkiego, co zrobił, ale dodał wysokich tonów i skompensował sobie utratę słuchu w tym zakresie. W latach osiemdziesiątych ten już czterdziestolatek musi dodać więcej, żeby skompensować utratę słyszenia, ale może to zrobić. Sprzęt ma lepszy, lepsze są kompresory i limitery. W latach dziewięćdziesiątych ten pięćdziesięcioletni realizator dźwięku musi już mieć pewne wątpliwości, o ile jest spostrzegawczy, ale siedzi cicho, robi swoje, nie przyznaje się, że coś jest nie tak. Ale przecież są nowsze kompresory i limitery. Można zrobić jeszcze głośniej i jakoś zamaskować problem. W XXI wieku nasz sześćdziesięciolatek działa po omacku. Realizuje bardziej na wskaźniki niż na słuch, ale milczy albo opowiada jakieś dziwne rzeczy o brzmieniu i sprzęcie. Co zrobił w nagraniach, to on już nie ma bladego pojęcia, a loudness war osiągnęła swoje apogeum. Najgorsze pod względem realizacyjnym płyty ukazały się właśnie na początku XXI wieku, wliczając reedycje. No i wreszcie czas na emeryturę. Zbieg okoliczności?

A ci młodsi to zrobią coś lepiej? Przecież oni też mają wpojone, że człowiek słyszy 20 kHz, więc powyżej 10k jest mnóstwo przestrzeni do robienia głośno. A że oni sami tyle nie słyszą, to nie ma znaczenia.

Bryndza robi się po pięćdziesiątce, tak przed sześćdziesiątką. Jak ktoś ma cztery dychy, to już muzyka mu nie brzmi tak, jak kiedyś, ale przeważnie nie ma problemów, żeby słuchać typowych produkcji. Po pięćdziesiątce za to pojawia się coraz więcej płyt bez wysokich tonów. Jak się im przyjrzeć, to te wysokie tony są tam nawet w nadmiarze, ale słuch już nie ten. A jak ma się prawie sześćdziesiąt ta, to okazuje się, że ten realizacyjny obłęd zniszczył prawie wszystko i nie ma czego słuchać. Kilka dobrze zrobionych płyt się znajdzie, ale co z tego? Jak ktoś chce słuchać z przyjemnością, to musi sięgać do lat sześćdziesiątych, a nawet wcześniej. Cóż za paradoks. Im lepszy sprzęt (nagraniowy), tym gorszy dźwięk.

Przerobienie talerzy perkusyjnych, w szczególności hi-hata, na instrumenty ultradźwiękowe to nie był dobry pomysł. Niestety granica ultradźwięków jest płynna. Dla małego dziecka to będzie 20k, ale dla sześćdziesięciolatka już tylko połowa z tego. Ale jest jeszcze inny chory pomysł realizacyjny.

Realizatorzy zauważyli, że jak się doda zniekształceń, to brzmienie jest "fajniejsze". Jak zauważyli, to zaczęli dodawać. Faktycznie, dźwięk zniekształcony jest (był) fajniejszy. Ja takowy lubiłem, gdy te zniekształcenia mogłem jeszcze usłyszeć. Tylko, że teraz one są poza granicą ultradźwięków.

Proszę zauważyć, że dodawanie harmonicznych, takich czy innych, do spektrum instrumentu nie zmieni wiele, zgoła nic. Dopiero jak się tych zniekształceń doda powyżej ich normalnego spektrum, to staną się słyszalne, a brzmienie zrobi się "fajne". Jak się popatrzy na różne realizacje, to widać, że werbel ma spektrum sięgające bardzo, bardzo wysoko. Ale jak się popatrzy jak wysoko realizatorzy potrafią pociągnąć spektrum bębna basowego, to można się naprawdę zdziwić.

Pewnie to będzie leciutką przesadą, ale można powiedzieć, że fajne brzmienie płyt polega na dwóch manewrach. Po pierwsze kompresja dynamiki dźwięku. Po drugie dodanie zniekształceń.

Zniekształceń dodają nie tylko ci, co realizują muzykę. W filmach też się dodaje zniekształceń. Ktoś kiedyś napisał, że w filmie wszystko brzmi trochę inaczej. Kompresja i, przede wszystkim, zniekształcenia. Jeżeli w filmie ktoś nalewa kawy do filiżanki, to brzmi to fajnie i inaczej niż w rzeczywistości. Ale sześćdziesięcioletni kinoman usłyszy już całkiem zwykły dźwięk. Zniekształcenia są poza granicą ultradźwięków, czyli tak powyżej 10k.

Filmy brzmią inaczej, fajniej jak się jest młodym i zwyczajnie, jak się jest starym.

We wszystkich źródłach dotyczących słuchu powinno się podawać, że zakres słyszalnych częstotliwości jest zmienny. I nie byłoby dużym błędem przyjęcie założenia, że człowiek słyszy od 20 Hz do 8 kHz. 12 kHz mniej, niż to się powszechnie uważa. Niestety, jak się wyjdzie z matriksa rzeczywistość jest mniej atrakcyjna, ale jednak przecież chodzi się po Ziemi.

Czy realizatorzy dźwięku wiedzą, że ich "target" to osoba słysząca 8 kHz? Iże wszystko powyżej to jedynie bonus, który można dodać, ale to tylko bonus. To, co się liczy naprawdę to ledwo 8 kHz.

To oni wiedzą, że nagrywają prozę? Na pewno są tacy, którzy wiedzą, ale się nie przyznają.

Na koniec przytoczę słowa, które powiedział Rom w odcinku "The.Assignment". No i też musi się tu znaleźć Chief O'Brien, ale chodzi o to, co mówi Rom.

 - Rom... I'm going to have to leave you in a tough spot.

- Captain Sisko, Odo...they don't know about any of this, do they?

- No. No, they don't and I want you to help me keep it that way for a little while longer.

- I have to stay here and play the idiot?

- I'm afraid so. Now, no matter what Odo asks you...

- I'm Quark's brother. I know the role.

wtorek, 4 lutego 2025

Uchem Weterana: Ryszard Sygitowicz – Bez Grawitacji

Ryszard Sygitowicz wydał swego czasu płytę "Bez Grawitacji". Ktoś, kto skojarzył sobie autora z zespołem, w którym wcześniej grał, spodziewał się chyba innej muzyki. Przynajmniej prowadzący blog był trochę zaskoczony. Jednak muzyką my się tu nie zajmujemy, raczej realizacją dźwięku.


Tym razem za przykład posłuży drugi utwór z pierwszej strony.


Widzimy, że hi-hat, a właściwie to chodzi o automat perkusyjny, na rysunku zaznaczony "A" i "B", został podcięty do około 5 kHz. W pewnym wieku, czyli po pięćdziesiątce czy raczej przed sześćdziesiątką, "A" się już nie słyszy, natomiast słyszy się jeszcze "B". Dzieje się tak dlatego, że "A" jest w ogóle cichszy niż "B", a poza tym "B" jest głośniejszy trochę niżej.

Ta płyta pokazuje, że czasem przydatna jest regulacja barwy. Mianowicie jeśli się doda trochę wysokich tonów, tak co najmniej 6 dB, to słychać bez problemu także "A". Jednak jednocześnie okazuje się, że dodając wysokich tonów mamy więcej nie tylko to, co słabo słyszymy, ale również to, co dobrze słyszymy. Wzmacniacz autora bloga zaczyna dodawać wysokich tonów tak od 3 kHz, a chodziłoby o danie głośniej od 5 kHz. Wobec tego korektor graficzny byłby tu lepszy.

Ale o czym my tu mówimy. Normalny świat jest taki, że ludzie zastanawiają się czy płyta brzmi lepiej, bo została wytłoczona na tradycyjnej prasie, czy też injection molded. Wypada dodać, że pewna znana osoba z audiofilskiej branży, która wypowiada się o tych wtryskiwanych płytach ma 78 lat. Według wzoru na górną granicę słyszenia wychodzi, że będąc w tym wieku można usłyszeć co najwyżej 8 kHz. Jednak przy 8 kHz będzie już bardzo duży spadek czułości słuchu i dobrze można usłyszeć częstotliwości trochę niższe, 6 najwyżej 7 kHz. Ale i tak ktoś musiałby być bardzo ostrożny i unikać przeróżnych hałasów.

Co ktoś może powiedzieć o jakości winyla słysząc 6 czy 7 kHz? Wydaje się jednak, że jest przekonany, że wszystko świetnie słyszy.

wtorek, 28 stycznia 2025

Hipotetyczny życiorys audiofila

Nasze najpopularniejsze forum internetowe dla osób interesujących się sprzętem i w ogóle dla audiofili ma pewną ciekawą cechę. Otóż oni tam podają ile lat dany użytkownik się udziela. I są tacy z dość długim stażem. Pięć lat, dziesięć, dwadzieścia...

Załóżmy, że ktoś zaczął się interesować audiofilską tematyką będąc po czterdziestce. W takim razie ten hipotetyczny życiorys czy też może raczej "życiorys" może wyglądać w ten sposób.

Na początku było poszukiwanie wzmacniacza. Niech to poszukiwanie trwa dwa lata. W ogóle każde poszukiwanie niech tyle trwa. Kiedy wzmacniacz marzeń został znaleziony zaczęło się poszukiwanie źródła. Zresztą kolejność poszukiwań i czas nie mają znaczenia. Poza tym wszystko można zacząć od początku.

Źródło to mógł być odtwarzacz CD. Ale po znalezieniu odtwarzacza CD nasz audiofil mógł zainteresować się winylami. I najpierw szukał gramofonu, potem wkładki, a następnie przedwzamcniacza. Tzn. przedprzedwzmacniacza. To ile już mamy lat poszukiwań? Dziesięć przykładowo.

Ale przecież zawsze można czegoś szukać. Na pewnym forum jest cały dział poświęcony "kontroli wibracji". Można sobie kontrolować wibracje wszystkiego.

Dalej są kable, bezpieczniki i jakieś tam listwy zasilające. A lata lecą.

Tematów poszukiwań można wymieniać wiele. Chodzi jednak o czas. Załóżmy, że w życiorysie naszego audiofila poszukiwania zajęły dwadzieścia lat. I teraz ma on super "system".

W takim razie nasz czterdziestolatek został sześćdziesięciolatkiem. Słuch oczywiście już nie ten, co kiedyś, na początku przygody z audiofilstwem. A w porównaniu z nastolatkami, to już lepiej nie mówić.

Nasz audiofil sześćdziesięciolatek uważa, że ma super system i dzięki temu wszystko świetnie słyszy. Tylko, że nie słyszy już połowy spektrum dźwięku, a realizatorzy przesunęli niektóre instrumenty do tej połowy niesłyszalnej. Więc pewnych instrumentów już nasz PT audiofil nie słyszy, o tym, że brzmienie stało się błotem, z powodu bezsensownego sposobu realizacji dźwięku, nie wspominamy. Tzn. nie w tym poście.

Ile on wydał kasy na sprzęt i dodatki? I co sobie za nie kupił? Ile wydał nie wiemy. Ale wiemy co kupił. Mianowicie kupił sobie złudzenia.

Cóż za ironia. Iluzja przybliżania się do idealnego dźwięku z jednej strony. Z drugiej strony systematyczna degradacja słuchu.

Ale przecież, że brakuje instrumentów nie można przeoczyć. Czy jednak można?

sobota, 25 stycznia 2025

DVD na 24 fps: The Straight Story

Mniej więcej dwadzieścia lat temu do czasopism dodawano płyty z filmami. I jednej z takich płyt przypatrzymy się dzisiaj.


Kiedy wydaje ci się, że przechowywanie płyty w kartoniku nie jest optymalnym rozwiązaniem...

Tytuł filmu wydaje się być łatwy do przetłumaczenia, jednak w rzeczywistości nie jest to takie proste. W oryginale tytuł mógł być taki: "The Alvin Straight Story".

Co się zmieniło przez te dwadzieścia lat? Richard Farnsworth zmarł w roku 2000., a Harry Dean Stanton w 2017 r. Pamiętamy go z filmu "Alien". Angelo Badalamenti zamrł w 2022r.  A David Lynch odszedł kilkanaście dni temu, dokładnie 15 stycznia.

 



Problem ze słuchem polega na tym, że pogarsza się z dnia na dzień. Odbierany zakres dźwięków systematycznie się zmniejsza. Dzieje się to tak wolno, że można tego nie zauważyć, co zdaje się jest typowe. Można też nie wiedzieć, że ma się uszkodzony słuch z powodu np. ekspozycji na hałas.

Jeśli ktoś z Czytelników bloga nie widział tego filmu, to oczywiście może go obejrzeć, ale nie powinien się spodziewać kina akcji. Nie będziemy się zajmować ścieżką dźwiękową, chociaż są przesłanki, żeby to zrobić.

Obraz został tu przywołany z tego powodu, że padają w nim słowa widoczne na kadrze z filmu. Audiofile i np. ludzie zajmujący się fonografią zdają się nie pamiętać jak brzmiała muzyka kiedyś, gdy byli młodzi. Nie zauważają, że nie słyszą już tego, co było fajne. Nie zauważają, że w ogóle nie słyszą już niektórych instrumentów.

W tym filmie nie porusza się tematu dysonansu poznawczego, ale prowadzący blog taki dysonans ma. Dlaczego ludzie zapominają, jak byli młodzi? Wskutek tego zapominania dochodzi do sytuacji kuriozalnych. Redaktor radiowy w audycji puszcza płytę, którą grał kilkadziesiąt lat temu, oczywiście z winyla, wtedy i teraz i mówi, że płyta się świetnie zachowała, w sensie takim, że nie trzeszczy. Otóż trzeszczy. Trzeszczy, ale dziś tego pan redaktor tego nie słyszy, bo ma ponad siedem dych. I nie słyszy jeszcze innych rzeczy.

Tak to właśnie jest. Nie słyszy się połowy pasma, albo i więcej, nie słyszy się wielu innych szczegółów, bo słuch już jest przytępiony, ale to nie przeszkadza w wypowiadaniu się, bo ludziom wydaje się, że wszystko świetnie słyszyą. Z takiego matriksa wyjść jest strasznie trudno. Droga do wyjścia jest pod górę i nie jest prosta.

wtorek, 21 stycznia 2025

Uchem Weterana: The Fixx – Shuttered Room

Jeśli ktoś w latach osiemdziesiątych myślał, że zagraniczne płyty są lepsze niż polskie, to niech posłucha tej: The Fixx – Shuttered Room.

Jeżeli wysokie tony są światłem, to Weteran w tym pokoju musi chodzić po ciemku. Ciemnia fotograficzna, przepraszam, fonograficzna. Zdjęcie pokazuje, że jeszzce trochę światła wpada, ale tak było przed trzydziestką...

 

O ile VOX, Rezerwat i Oddział Zamknięty jeszcze dają się posłuchać, gdy doda się trochę lub trochę więcej wysokich tonów, to The Fixx nic nie pomoże. Chyba, że nowy remastering czy wręcz rekonstrukcja. Chociaż w sumie najlepiej zrobić overdubbing.

A nie da się tej płyty słuchać dlatego:

Na rysunku są dwa fragmenty utworu. Proszę zwrócić uwagę na to, że hi-hat wybija inne długości nut w obu fragmentach. Jako, że nie słychać go wcale, utwór bardzo traci od strony rytmicznej, ale nie tylko.


Realizator dźwięku, którego tu nie wymienię z nazwiska, musiał mieć świetny słuch, kiedy nagrywał i miksował tę płytę. Prowadzący blog w roku 1982, kiedy płyta się ukazała, też miał dobry słuch. Muzyka jest dobre, brzmienie wtedy też było dobre, choć trochę dziwne. Teraz płyta brzmi jak błoto i poznikały z niej instrumenty. Słuchać można, ale wbrew sobie.

Dźwięk słyszany przez osobę ze znacznie ograniczoną zdolnością odbioru wysokich tonów jest na tej płycie naprawdę straszny. Jak widać na rysunku, talerze perkusji zostały odcięte w okolicach 10 kHz. Jeżeli na jakiejś płycie realizator zostawił coś poniżej 10 kHz i tego jest trochę więcej, to dodając nieco wysokich tonów regulatorem barwy można jeszcze usłyszeć kompletne instrumentarium. Nie brzmi to dobrze, ale da się wytrzymać. Tutaj można dodać tych wysokich tonów tyle, ile wzmacniacz pozwala, ale nic to nie zmieni. Jeśli ktoś nie słyszy nic powyżej 10k, to tam może być orkan, ale i tak się tego nie usłyszy.

wtorek, 14 stycznia 2025

Uchem Weterana: Oddział Zamknięty - "Oddział Zamknięty"

Krzysztof Jaryczewski unikając zasadniczej służby wojskowej trafił na oddział zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Tak przynajmniej internet wyjaśnia skąd się wzięła nazwa zespołu.

LP Oddział Zamknięty całkiem możliwe, że to pierwsze tłoczenie.

 

Właśnie ta płyta miała być początkiem cyklu postów dotyczących realizacji dźwięku. Klimat wokół sprzętu Hi-end czy w ogóle Hi-Fi oraz, jak się okazuje przemysłu fonograficznego, kojarzy się z matrixem albo z oddziałem w szpitalu, w którym wokalista unikał wcielenia.

Audiofile na forach zastanawiają się nad rzeczami nie do wychwycenia lub w ogóle nieistniejącymi. Że ten stolik lepszy, że tamten kabel gorszy. Niektórzy zastanawiają się skąd wziąć kawałek takiego samego kabla, jak mają do głośników, żeby go wsadzić do wzmacniacza zamiast bezpiecznika, bo jak dadzą inny kabel, to im się dźwięk popsuje. A ileż to mają problemów z kablem do gniazdka z prądem...

Tymczasem od mniej więcej pół wieku realizatorzy dźwięku nagrywają płyty w taki sposób, że ich brzmienie zmienia się wraz z procesem starzenia się słuchacza aż do kompletnego zaniku niektórych instrumentów i nikt tego tematu nie podejmuje. Nikt z tych ludzi słyszących różnice pomiędzy stolikami i kablami tego nie zauważył? Jak można nie zauważyć, że niektóre instrumenty są coraz słabiej słyszalne i w końcu w ogóle znikają? Ludzie są aż tak podatni na reklamy czy różnego rodzaju sugestie, że dopasują do siebie rzeczy kompletnie nieprzystające? Przecież w tej części pasma, którego starsi już nie słyszą, realizatorzy umieścili całe mnóstwo różnych "smaczków", a nawet przesunęli tam część instrumentów (talerze perkusji i perkusjonalia). I właśnie wtedy, gdy ci ludzie już tego wszystkiego nie słyszą, a brzmienie stało się błotem, piszą na forach jakieś dziwne rzeczy, albo nagrywają o tym filmy. I w tych filmach starsi, siwowłosi panowie, ewentualnie z brakami w owłosieniu głowy, opowiadają jak dobry lub mniej dobry jest bas, średnica i góra pasma. Tylko, że góry pasma nie słyszą. Nawet średnich tonów nie słyszą już tak dobrze, jak kiedy byli młodzi. Natomiast bas, choć słyszalny, to mają kiepski, bo jakiejkolwiek adaptacji akustyki zazwyczaj brak, nie wspominając o prawdziwych pułapkach basowych. Jak widać można mówić o czymś, co nie istnieje lub czego się nie słyszy, czyli w sumie nie istnieje.

Spektrum fragmentu utworu z tej płyty wygląda tak (strona pierwsza, utwór pierwszy):

Spektrum nagrania radiowego z lat osiemdziesiątych, kiedy program stereo był emitowany z pasmem do 12 kHz, a Trójka do 10 kHz.

Strzałki wskazują na dźwięki-widma. Jeśli się tym widmom (hi-hat, jak się domyślamy) dobrze przyjrzeć, to okazuje się, że są odfiltrowane tak do około 5 kHz. Prostokąt jest zaznaczony dlatego, żeby można było łatwiej odczytać jaki jest głośniejszy zakres dźwięku-widma, na który wskazuje strzałka. I ten głośniejszy zakres to mniej więcej 12-16 kHz. Jak się to rozpatrzy w kontekście tego, że na płycie są nagrania radiowe (Nagrania PR, tak mamy podane na okładce), to mamy coś, co chyba można nazwać oddziałem zamkniętym.

Polskie Radio w latach osiemdziesiątych nadawało w ten sposób, że program stereofoniczny miał pasmo sięgające do 12 kHz, natomiast Trójka, która była mono, do 10 kHz. Tak powiedział onegdaj inż. Leszek Michniewicz na antenie PR, prawdopodobnie w audycji "Zakłócenia odbioru". Jak widzimy na obrazku, głośniejszy zakres wysokich tonów wypada na 12-16 kHz, czyli przez radio nadające jak wyżej, utwór zabrzmi bez wysokich tonów. Dlaczego realizator dźwięku nagrywając w studio radiowym zrobił tak, że utwór przez radio się "nie przetłumaczy"? Bardzo modna dziś wśród realizatorów dźwięku jest translacja. Jak widać tu na translację nie ma szans. Wysokie tony zostały spreparowane w ten sposób, że emisja radiowa je skasuje całkowicie. Oczywiście, coś tam zostanie, ale zostanie tylko cicha część, trudna do usłyszenia lub niesłyszalna, nawet przez młodzież. Ktoś wysokie tony z tej płyty słyszał w Trójce w 1983 roku? Tzn. płyty jeszcze nie było, ale piosenki były grane.

Poza tym można powiedzieć, że ta płyta jest bez wysokich tonów, choć je ma, co widać. Ale wiele osób mogło ich nigdy nie usłyszeć, no i już nie usłyszą. Jeśli ktoś słuchał płyty, w latach osiemdziesiątych, na słabym gramofonie, to tych "gorętszych" wysokich tonów gramofon nie odtwarzał. A teraz mając siwe włosy nie usłyszy, choćby gramofon był za gazylion.

Podobnie jest na wielu polskich płytach. Polskie płyty w latach osiemdziesiątych były wyprodukowane przyzwoicie, pomijając kiepską, brudną masę i brak centryczności zapisu. To, że przez radio muzyka brzmiała lepiej niż z płyt wynikało z kiepskiej jakości gramofonów, w szczególności wkładek. Najczęściej były to przecież wkładki piezoelektryczne. A eliptyczne głośniki też tak wysoko nie grały.

Czy realizatorów dźwięku nie zastanawiała różnica pomiędzy tym, co słyszeli w studio nagrywając i miksując płytę, a emisją radiową? A ta różnica musiała być bardzo duża.

Cóż, jeśli ktoś zdobył dobrze zachowany egzemplarz na winylu i ma nadzieję, że zabrzmi jak wtedy, w latach osiemdziesiątych, to się rozczaruje. Ale może są tacy, co mając sześćdziesiąt lat słyszą jeszcze 20 kHz?


DODANE 23 stycznia: Na forum RadioPolska znalazłem informację, że programy monofoniczne na UKF były w tamtych czasach nadawane z pasmem do 7 kHz.

czwartek, 2 stycznia 2025

We Do What We’re Told

W jaki sposób uzyskać najwyższą jakość dźwięku? Skoro jakość ma być "najwyższa", to trzeba urządzić pokój do słuchania na najwyższym piętrze najwyższego budynku. Bez sensu? Oczywiście, ale niekoniecznie dlatego, że to bujda na resorach, ale ze względu na to, że jeszcze nikt tego nie sugerował w reklamie. Gdyby ktoś zrobił reklamę o tym, że najlepszy dźwięk słychać właśnie na najwyższym piętrze najwyższego budynku i dlatego należy sobie kupić taki apartament, to po pewnym czasie byłoby już sporo ludzi przekonanych, że nie ma innej drogi do dobrego brzmienia. Ale takiej reklamy nie ma. Pewnie dlatego, że "target" byłby bardzo niszowy. No business opportunities. Wiele osób łyknęłoby ten kit, ale mało kto chciałby w to wejść, no i mało kogo byłoby na to stać. Ale np. z kablami czy bezpiecznikami się udało.

W jaki sposób reagujemy na reklamy? A przede wszystkim jak przyjmujemy różne sugestie? Z czego jest zbudowany świat według Franka Zappy?

Z reklamami np. jest tak. Są do wyboru dwa wydania winylowe. Zwykłe tłoczenie i wersja "pancerna" czyli audiofilskie 180 gramów. Które jest lepsze? "Lepsze" jest wydanie 180 gramowe, bo płyta jest cięższa. No ale dlaczego cięższa płyta jest lepsza? Gra jakoś inaczej? Nie. To czemu jest lepsza? Bo ktoś powiedział (w reklamie czy w kryptoreklamie czyli to będą wszystkie recenzje w magazynach o sprzęcie grającym), że jest lepsza. Faktycznie wcale nie jest lepsza, bo cięższa, tylko właśnie dlatego jest gorsza. Jeśli ktoś ma takie "audiofilskie" wydanie na winylu 180g to jest ok. jeśli płyta jest idealnie prosta. Ale jak nie jest idealnie prosta, to położona na talerz gramofonu będzie krzywa, czyli pofalowana, albo stożkowa, zresztą jedno nie wyklucza drugiego, jak mawiał dziadek Jacek Poszepszyński. I docisk, o ile ktoś tego wątpliwego wynalazku używa, pomoże spłaszczyć ten stożek tylko z jednej strony. Druga wciąż będzie wklęsła jak talerz, ale nie gramofonowy, tylko taki do drugiego dania. A zwykłe tłoczenie, nawet trochę pofalowane czy wygięte w stożek położone na talerz gramofonu się wyprostuje względnie spłaszczy i "na wskutek tego" (sic!) ramię gramofonu nie dostanie padaczki, ewentualnie nie aż takiej. Poza tym ciężkie tłoczenie przechowywane przez dłuższy czas ma sporą szansę wygiąć się pod własnym ciężarem, taką przynajmniej ktoś kiedyś powiedział czy napisał, w praktyce z własnego doświadczenie nie mogę nic powiedzieć, bo "pancernych" winyli mam tylko kilka i zaledwie parę lat. Tu potrzeba poczekać lat kilkadziesiąt. Natomiast takie zwykłe tłoczenie przechowuje się bezproblemowo. Niektóre moje płyty mają ponad 40 lat i są dobrze zachowane. No i tłoczenie 180g to zwyczajne marnotrawstwo materiału. Ale jest droższe... Ferengi mają na tą okoliczność jakąś regułę akwizycji ;)

No a jaki plik jest lepszy? 44,1 kHz czy np. 192 kHz? Ten drugi jest lepszy, bo ma więcej kiloherców? Nie, lepszy jest ten, co ma mniej. Co najmniej z dwóch powodów. Waży mniej, więc szybciej się ściąga (teraz to ma już małe znaczenie, ale jednak), a przede wszystkim brak zawartości ultradźwiękowej sprzyja wzmacniaczom - nie ma opcji na intermodulacje. To samo dotyczy liczby bitów. 16 bitów jest lepsze niż 24? Realizator dźwięku powie, że lepsze są 24 bity, a w ogóle to najlepiej jak jest 32. To prawda, z punktu widzenia realizatora, ale do słuchania lepsze są pliki 16 bitowe. Są mniejsze, tańsze, zajmują mniej miejsca na dysku, a grają tak samo. Tzn. brzmią tak samo, bo z technicznego punktu widzenia różnice są, ale na słuch już ich brak. O Weteranach nie wspominamy.

Można też podać przykłady na zasugerowane rekalmami skrajności z drugiego krańca, tzn. że jeśli coś jest najmniejsze, to jest najlepsze. Jednak pozostańmy przy sugestiach typu większe, cięższe i zużywające więcej energii jest lepsze.

Jaki gramofon będzie lepszy? Ten cięższy? Cięższy będzie lepszy jeśli porównuje się Bambino z Danielem. Dla młodszych Czytelników bloga wyjaśnienie: Bambino i Daniel to gramofony z czasów PRL. Pierwszy to tandetny koszmar, a drugi to ucieleśnienie luksusu, jak na tamte czasy. Z technicznego punktu widzenia Daniel wydaje się mieć masę optymalną, albo jej bliską. Lżejszy nie pozwoliłby na uzyskanie dobrych parametrów, a cięższy już nie byłby lepszy. Daniela można poprawić np. dając lepszy układ stabilizacji obrotów i zwiększając precyzję wykonania elementów, ale dodanie masy nic nie da.

Jeśli się weźmie dokładne dane z pomiarów, a przede wszystkim wykresy, to widać pewną zależność. Lekkie gramofony, oczywiście te wysokiej klasy, mają bardzo podobne parametry, jak te ciężkie, masowe. Czasem nawet te lekkie są lepsze niż masowe.

Nie podam tu konkretnych nazw, bo tu niczego się nie reklamuje ani nie robi antyreklamy (może z wyjątkiem dokonań realizatorów dźwięku) i nie pokażę wykresów, ale faktycznie jest tak, że gramofon lekki za tysiąc jełro ma lepsze parametry niż taki ciężki z trzema silnikami, który kosztuje trzynaście tysięcy. Porównanie może zabrać trochę czasu, jeśli się sprawdza wykresy. Ale w najprostszy sposób porównanie wygląda tak: ten za tysiąc ma kołysanie obrotów +/-0,08% i zakłócenia od wibracji 73 dB, a ten za trzynaście tysięcy ma kołysanie dźwięku +/-0,093% i zakłócenia od wibracji 72,5 dB. To suche liczby i różnica jest praktycznie żadna, ale na wykresach widać na czym różnice polegają i ten lekki jest po prostu (troszkę) lepszy. A z dawniejszych czasów to lekki gramofon za tysiąc marek ma porównywalne i tylko trochę gorsze parametry niż taki masowy za prawie trzynaście tysięcy. Równomierność jest porównywalna, w tym droższym troszkę lepsza, natomiast jeśli chodzi o zakłócenia to są one lepsze w tym tanim, właściwie to mogłyby być, gdyby poprawić izolację silnika od korpusu, tzn. lepiej go odsprzęgnąć. Na wykresie widać, że to silnik daje o sobie znać, ale ogólny obraz jest taki, że lekka taniocha ma większy potencjał niż drogi krążownik. Konkretnie chodzi o to, że gramofonu masowego się już poprawić nie da, ale gdyby zrobić niewielką korektę w tym tanim i lekkim, to byłby już dużo lepszy niż ten ciężki i drogi.

Generalnie droższy sprzęt, w tym kontekście cięższy, jest porównywalny z lekkim, w praktyce działa tak samo, czyli gra tak samo. Jednak sugestia w opisie czy tzw. recenzji, jest jednoznaczna. Cięższe jest lepsze, bo gra lepiej, choć parametry są porównywalne i co najmniej wystarczająco dobre. No ale jak tu nie uwierzyć dziennikarzowi czy recenzentowi? A przecież pisze on za pieniądze producenta to co mu kazano, jednak mało kto o tym chce pamiętać.

Jeśli chodzi o sprzęt audio, to droższe, większe, cięższe, mocniejsze, mające więcej dB, Hz, kHz, czy czego tam jeszcze, jest praktycznie takie samo jak tańsze, mniejsze, słabsze, mające mniej dB, Hz, kHz. itd. Użytkowanie tegoż nie różni się wcale. Różnica była na początku i polegała na cenie. Ale jak ktoś raz stracił niepotrzebnie pieniądze, to potem już nic nie traci. Wyjątkiem są wzmacniacze pracujące w klasie A. One żrą prąd już po zakupie i właśnie dlatego dla niektórych są lepsze.

Gorzej jest, jeśli ktoś komuś sugeruje kupno czegoś droższego, które ma być lepsze, ale jest gorsze, a na domiar złego nabywca ponosi negatywne konsekwencje przez cały czas użytkowania. Świetnym przykładem będą tu samochody, a najlepszym spośród nich jest biały SUV. Chociaż jeszcze większym nonsensem będzie pickup i kabriolet, ale ich ludzie, na szczęście, kupują mniej. Na marginesie w takim białym SUV-ie jakość dźwięku będzie wyższa niż w kompakcie czy w limuzynie. Przecież SUV jest wyższy...

Dlaczego wszystko co jest białe wygląda gorzej niż kolorowe czy szare? Z wyjątkiem śniegu.

Nic nie może być bielsze niż biel czy bardziej białe. WTW (Whiter Than White) nie istnieje w realnym świecie, tylko w telewizorze czy monitorze.

Można sobie kupić białe kolumny czy biały gramofon. Wyglądają okropnie, zupełnie, jakby ktoś to zostawił podczas malowania ścian i sufitu z natrysku, ale to rzecz gustu, o którym się nie dyskutuje, albo kwestia smaku, którego wielu po prostu brak.

SUV ma to do siebie, że siedząc w nim zazwyczaj widzimy jego maskę. Poza względami estetycznymi problem jest taki, że biała maska oślepia i męczy wzrok.

Jeśli ktoś kiedyś malował elewację domu na biało w słońcu pamięta, że po pewnym czasie, kiedy wszedł do domu stwierdził, że jest prawie ślepy. Po kilku godzinach takiego malowania zaczyna się płakać, ból przemilczmy. Młody i zdrowy jeszcze jakoś wytrzyma, ale Weteran następnego dnia pójdzie do okulisty, co odradzam. Są trzy rodzaje białej śmierci: cukier, sól i lekarz pierwszego kontaktu.

Ktoś, kto ma biały samochód, w którym widać maskę, odczuwa to samo, co malujący w słońcu elewację na biało. W mniejszym stopniu, bo maska jest niewielka w porównaniu do ściany, ale zawsze. Poza tym, że to męczy, gorzej się widzi, o spadku koncentracji, poirytowaniu itd. nie wspomnę. Nawet nagranie z kamery samochodowej, o ile w kadrze jest biała maska, jest mniej kontrastowe, za to bardziej zaświetlone. A przecież widzimy tak samo. Światło rozproszone powstaje we wnętrzu oka, podobnie jak w obiektywie, pogarszając kontrast. Soczewka w oku nie ma powłoki przeciwodblaskowej, a wnętrze oka nie jest czarne i matowe, więc sytuacja jest nawet gorsza niż w wypadku obiektywu i kamery.

Białe-błyszczące oślepia, bo daje lustrzane odbicie. Biały śnieg, co ciekawe, aż tak bardzo nie oślepia, bo ma strukturę, która rozprasza światło.

Przedmiot biały (trójwymiarowy) wygląda bardziej płasko niż taki sam, ale mający kolor. Biały obiekt często odbiera się jako kontur, a nie bryłę. Wynika to z tego, że za kształt odpowiadają cienie i refleksy. Na białym przedmiocie może powstać cień, ale refleksy mogą już tylko oślepiać, pomijając fakt, że biały przedmiot oświetlony silnym światłem oślepia.

W odniesieniu do szarej skali i DR muzyki, to pole A czyli zupełnie białe, czyli białe auto, to utwór mający DR 0 (zero). Tej muzyki nie da się ściszyć, bo wtedy białe nie będzie już białe, ani zrobić głośniej, bo już i tak jest najgłośniej. Coś jak picie czystego spirytusu. Na zdrowie.

Jeszcze zastanówmy się dlaczego ten (biały) SUV jest gorszy od zwykłego auta.

Bo jest droższy, większy, cięższy, mniej komfortowy, więcej pali/zużywa prądu, gorzej się prowadzi, trudniej parkuje i jest brzydki. Ale wsiada się na wprost... To jest argument.

SUV gorzej się prowadzi i jest mniej komfortowy, gorzej się zachowuje podczas hamowania, a nawet przyspieszania. Środek ciężkości jest wyżej, więc podczas hamowania bardziej nurkuje, a podczas przyspieszania bardziej przysiada. Nie przysiada? Za to bardziej się przechyla na zakrętach. Nie przechyla? To dlatego, że jest bardzo twardy, czyli niekomfortowy, albo ma skomplikowane zawieszenie, czyli jest w miarę komfortowy, ale za to jest jeszcze droższy niż ten drogi, który nurkuje, przysiada i się przechyla. Przechyla? Na zakrętach podpiera się lusterkami, jak ktoś to dość trafnie ujął. Na prawa fizyki propaganda nie działa. Środek ciężkości jest wyżej i nie ma sposobu, żeby wysokie auto jeździło tak samo, jak takie, które ma środek ciężkości niżej, a na dodatek jest lżejsze.

Czy ktoś jechał za SUV-em po zakrętach i zastanawiał się dlaczego on tak często hamuje? Nawet, gdy zakręt jest prawie niewidoczny. Niektórzy znają to wrażenie, jak się wjedzie w zakręt wysokim autem trochę za szybko. Bywa, że niektórym zostają po takim wyczynie ślady hamowania w... trauzach.

No ale dlaczego ludzie kupują białe samochody? Bo taka jest moda. Ktoś tą modę wykreował.

Dlaczego ludzie kupują białe kolumny i gramofony? Bo im się spodobały reklamy.

Dlaczego ludzie kupują pliki 192kHz, magiczne kable czy bezpieczniki? Bo im ktoś podpowiedział.

Peter Gabriel nagrał kiedyś utwór o takim tytule jak ma ten post. To było już wiele lat temu, a my wciąż jesteśmy tacy sami (zdalnie sterowani).

Na koniec jeszcze o reklamach białych rzeczy z punktu widzenia fotografii. Biały samochód na zdjęciu nie jest biały, tak samo jak biały gramofon czy kolumna głośnikowa. To wszystko jest jasno szare, często z lekkim odcieniem jakiegoś koloru. W odniesieniu do systemu strefowego, który stworzył Ansel Adams, to biały przedmiot, jeśli ma zachować wszystkie szczegóły, powinien być przyporządkowany do strefy VII.

Zdjęcie z białym przedmiotem wydrukowane, takie w pełni profesjonalne, uzmysławia różnicę pomiędzy rzeczywistym obiektem. Zdjęcie czegoś białego zrobione dobrze nie oślepia, nie kłuje w oczy, bo na zdjęciu to białe nie jest już białe i oślepiające.

Nawet na monitorze komputera, o ile jest dobrze skalibrowany, biały samochód nie jest biały i wygląda całkiem znośnie. Można na niego najechać wskaźnikiem myszy, który jest biały i widać sporą różnicę. W porównaniu do szarej skali,  nie tej z mojego skanu skanu, biały samochód na zdjęciu to nie będzie pole A, tylko prędzej 3. Natomiast rzeczywisty samochód to jest właśnie pole A. I wygląda tak paskudnie, bo jest wielki i błyszczący, a pole A skali jest półmatowe i małe.

Już na koniec takie pytanie. Dlaczego na wielu filmach w scenach przesłuchania świeci się tym ludziom w oczy silnym światłem? Żeby im sprawić przyjemność? Czyżby? Właściciele białych samochodów jednak jakby lubią, jak im się świeci prosto w oczy, zupełnie na jak przesłuchaniu. Jakich reklam oni się naoglądali?

A jeszcze niedawno białe samochody kupowały firmy. Do białego lakieru nie trzeba było dopłacać.

PS. Trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że SUV bardzo źle reaguje na silniejsze podmuchy wiatru podczas szybszej jazdy. Jest to spowodowane tym, że ma on większą powierzchnię, niż normalne auto, na którą działa siła wiatru. Przy czym dodatkowo ta powierzchnia jest wyżej, więc i dźwignia, na którą oddziałuje siła wiatru jest dłuższa. Wskutek tego wiatr targa SUV-ami jak pies flakiem. I przypomnijmy sobie, że wzór na opór aerodynamiczny zawiera zmienną, która nazywa się powierzchnia czołowa. SUV ma większą powierzchnię czołową, więc stawia większy opór powietrzu niż zwykłe samochód. Skoro stawia większy opór aerodynamiczny, to więcej pali czy zużywa prądu, że jest cięższy, już wspominaliśmy. Ale skoro producent samochodów zarobił więcej sprzedając większe i cięższe auto, to jego alianci też zarobią więcej. A są to przede wszystkim rafinerie i elektrownie. Ale części zamienne też są chyba droższe.

PS. 2. Zdarzyło mi się zobaczyć reklamę nowego samochodu pewnej znanej firmy. Jest wielkie, ciężkie, kanciaste, więc o opór aerodynamiczny nikt się nie troszczył, a przy tym wysokie, więc firma zatroszczyła się o producenta paliwa czy też prądu. A nabywca spokojnie sobie tkwi w matrixie. "W telewizji pokazali..."