sobota, 24 marca 2018

Na marginesie: F1 Hello (Halo) and Goodbye

Rok 2017 był ostatnim, kiedy oglądałem wyścigi F1. Nie śledziłem F1 zbyt długo i intensywnie, ale jednak.

Pierwszym sezonem, z którego widziałem kilka wyścigów był ten, kiedy zginął Ayrton Senna. Widziałem ten wypadek na żywo, oczywiście siedząc przed telewizorem. Ale ten post nie jest jakimś rysem historycznym formuły jeden, ale uzasadnieniem, dlaczego nie da się jej już dłużej znieść.

Przede wszystkim komuś w F1 przeszkadzają silniki. Systematycznie zmniejszano liczbę cylindrów i ograniczano maksymalne obroty. Silnik V12, który pracuje z nielimitowaną prędkością obrotową robi  naprawdę niezły hałas. I to jest to, kwintesencja sportu motorowego. Musi być głośno. Duży silnik z większą liczbą cylindrów niż w przeciętnym aucie, mający ogromną moc i robiący niesamowity hałas to jest coś, co duzi chłopcy lubią najbardziej. I tak było do 1999 roku, kiedy to silniki V12 mogły się kręcić tak szybko, jak tylko się konstruktorom zamarzyło.

Od 2000 roku zmniejszono liczbę cylindrów do 10, ale nie nałożono jeszcze limitu obrotów. Tak samo po kolejnym zmniejszeniu liczby cylindrów do 8 w 2006 roku nie miały jeszcze limitu obrotów. Dopiero w następnym sezonie ograniczono obroty do 19.000  na minutę. I tak było też w roku 2008. Następnie od 2009 do 2013 obowiązywał limit do 18.000.

Trzeba dodać, że systematycznie spadała też pojemność silników, ale V8 2,4 litra kręcący się 18.000 obr/min. to jest całkiem inna sprawa niż V6 1,6l mogący osiągnąć maksymalnie 15 tys. obowiązujące od 2014, który to rok był już prawdziwym końcem F1 dla fanów dobrego dźwięku.

Zmniejsz pojemność, ogranicz obroty i dostaniesz silniczek, który nie różni się wiele od tego, który masz w swoim aucie, którym wozisz dzieci do szkoły i jeździsz na zakupy. Ograniczenie głośności silników F1 powoduje, że każdy samochód po wiejskim tuningu jest bardziej atrakcyjny pod względem dźwięku niż bolid F1. Więc czym tu się ekscytować podczas wyścigu? Bzyczenie golarki czy elektrycznej szczoteczki do zębów nie pobudzi emocji, tak samo jak nie wzrusza już chyba nikogo dźwięk silnika 1,6 litra.

Samolot myśliwski przelatujący nisko nad głowami jest efektowny nie dlatego, że leci szybko, tylko dlatego, że robi nieziemski hałas. Co z tego, że bolidy są szybsze, jeśli jeżdżą w tak mało efektowny sposób. Akustycznie. Wyścigi samochodów elektrycznych są prawie całkiem bezgłośne i przez to nudne jak flaki z olejem. F1 z tymi cichymi silniczkami jest prawie tak samo nudna. Wyścigi są dla fanów benzyny i mocnych wrażeń a nie dla rozhisteryzowanych neurotycznych ekologów, których przeraża brzęczenie komara.

Wróćmy na chwilę do roku 1994. Oglądanie wyścigów było ciekawe i emocjonujące, ale było też coś, co irytowało, nie tylko mnie, ale wielu fanów. A był to mianowicie Benetton z zadartym nosem. Wygląda ten bolid jak wywrócona do góry dnem kanadyjka, taka łódka. Równie szkaradnie wygląda BMW z zadartym nosem, to którym w 2009 r. ścigał się Kubica.

I tu mamy kolejny aspekt, po akustycznym, ale z tej samej działki. Aspekt estetyczny. Audio czyli ryk silnika musi być taki, jaki być powinien, ale poza tym bolid musi wyglądać groźnie i bojowo. Zupełnie jak samolot myśliwski. A jeśli nie wygląda? A jeśli wygląda równie bojowo jak miś Paddington? To znaczy żałośnie. Albo jak wywrócony do góry dnem kajak?

Bolidy F1 straciły swój "groźny" wygląd od momentu wprowadzenia szerokiego przedniego skrzydła, które do złudzenia przypomina łopatę do śniegu. Bolidy zaczęły wyglądać jakoś tak goło, bezbronnie, żałośnie i odpychająco, jak dżdżownice czy też może glisty.

Ale to nie koniec dobijania F1. Przecież z roku na rok bolidom przybywa na masie. Stają się opasłe, tłuste, są coraz bardziej otyłe. Wystarczy sobie obejrzeć jakiś stary wyścig i od razu widać, że kiedyś te auta były lekkie, zwinne, żwawe. Było widać, że natychmiast reagują na ruch kierownicy i jak reagują na nierówności toru właśnie przez to, że są lekkie. Teraz bolid F1 jedzie jak ciężka limuzyna, sunie dostojnie i elegancko amortyzuje nierówności, bo opasłość temu sprzyja.

Przez to, że bolidy F1 są tak ciężkie kierowcy już nie mogą się ścigać, tylko zarządzają autem, robią to, co im powiedzą inżynierowie. Bo opony się zniszczą, bo silnik zużyje za dużo benzyny, albo się przegrzeje. A przecież dotankować nie wolno. Teraz wyścig nie polega na ściganiu się, ale na oszczędzaniu paliwa. Taka jazda o kropelce otyłych macior.

To jednak system Halo jest tym, co czyni oglądanie wyścigów zupełnie niemożliwym. Patrzyć na to przez dłuższy czas i się nie porzygać, to dla mnie, i pewnie wielu innych fanów, rzecz niewykonalna.

Kolejny przykład na zwycięstwo pieniędzy nad rozsądkiem i przede wszystkim dobrym smakiem. Nie mam nic przeciwko ochronie kierowców, ale sposób w jaki to zrobiono przyprawia o mdłości. Jestem pewien, że można to było zrobić lepiej i w taki sposób, że widoczność nie byłaby ograniczona, a przede wszystkim tak, żeby ten pałąk nie kojarzył się z klapkami, zresztą przepoconymi i z grzybicą, czy też z kosiarką do trawy. A jeśli ktoś powie, że ten obrzydliwy pałąk nie ogranicza widoczności, to niech powie, dlaczego nie można teraz postawić jak dawniej monitora na wprost, tylko są dwa po bokach?! Bo na wprost gówno widać z kokpitu, oto dlaczego teraz w boksach kierowcy mają po dwa monitory po bokach.

Co to za bezpieczeństwo, kiedy kierowca prowadzi na ślepo i wchodzić do bolidu musi po schodkach? Nie wspomnę o tym, jak ma z niego wyjść, kiedy po kraksie może być cokolwiek słaby i nie w pełni sił.

Owszem, wielu ludzi jest w stanie narysować projekt bolidu z tym pałąkiem, który jednak spełniłby wymagania estetyczne. Ale wtedy sam bolid musiałby się zmienić, dokładanie pałąka do tego co było nie ma, jak widać w telewizji, żadnego sensu. Przeprojektowanie całego bolidu i dodanie Halo mogłoby się jednak udać. I co ważniejsze nie byłby wtedy potrzebny słupek na wprost kierunku jazdy. A jak to zrobić, żeby tego słupka nie było? Trzeba dodać dwa, na wzór zwykłego auta, który ma dwa przednie słupki przecież.

Samochody cywilne mają po dwa słupki, tak samo wyścigowe, rajdówki itd. Dwa słupki mogłyby być cieńsze niż ten jeden i w ogóle całe to Halo mogłoby być smuklejsze i na dodatek zaprojektowane tak, żeby nie psuć aerodynamiki i estetyki, a przede wszystkim widoczności.

No ale cóż. Widocznie system Halo projektowali inżynierowie wcześniej zajmujący się konstruowaniem maszyn rolniczych takich jak motyka oraz grabie.

W każdym razie oglądanie tych ohydnych tłustych macior z tym wstrętnym rusztowaniem jest czymś, co dla mnie jest nie do przeskoczenia.

Oczywiście każdy może powiedzieć, że to mój problem. Jasne że mój, ale fanów F1 w tym roku raczej nie przybędzie. Ubędzie, tych z benzyną we krwi, a przybędzie rozhisteryzowanych ekologów. Może bilans wyjdzie na zero. Może wpływy z biletów, reklam i praw do transmisji się nie zmniejszą.

Ale sport samochodowy ucierpi i być może wielu z tych ekologów wybierze jednak spacery po zielonej trawie zamiast wyścigów. To jest przecież bardziej zgodne z ich naturą.

A dla fanów prawdziwej F1 pozostają niestety wspomnienia. Na szczęście jest co oglądać, jeśli się komuś zbierze na sentymenty. Oglądać i słuchać.

poniedziałek, 5 marca 2018

Samochód - najgorsze miejsce do słuchania muzyki, ale za to bardzo lubiane

A może samochód nie jest takim złym miejscem, żeby sobie posłuchać muzyki? Zobaczmy.

Współczesne samochody nie są tak głośne jak stare kaszlaki. Mimo wszystko jednak hałas to hałas i on jest jednym z najważniejszych powodów, że realizatorzy z tak maniakalnym uporem dążyli do uzyskania DR0, tzw. Dynamic Range, co im się zresztą udało. Gdyby nie to, że samochód daje duży odsetek czasu, kiedy ludzie w ogóle słuchają muzyki, tzw. inżynierowie dźwięku nigdy nie pozwoliliby sobie na tak drastyczne podejście do masteringu, a przecież często właśnie w samochodzie klienci oceniają pracę realizatora. Do słuchania w aucie dynamika każdego naturalnego źródła dźwięku jest za duża, włączając w to młot pneumatyczny. Przy większych prędkościach jazdy i większym poziomie hałasu w aucie nie da się usłyszeć nawet wszystkich szczegółów uderzenia pioruna, o muzyce nie ma sensu wspominać.

Dlaczego ludzie jednak lubią słuchać w aucie? Poza tym, że jazda do pracy zajmuje np. godzinę i tyle samo w drugą stronę itp. więc jest na to czas. Dlatego, że właściwie tylko w aucie mogą usłyszeć dobry bas. Nie do końca dobry, bo pneumatyczny, ale auto jest tak małe, że nie powstaną w nim mody, w zakresie niskich częstotliwości oczywiście. A odsłuch niepodbarwionego przez mody i z tego też powodu "szybkiego" basu daje satysfakcję.

W samochodzie bas nie muli, nie wlecze się i nie zlewa szybkich nut. W domu nikt takiego basu nie ma poza nielicznymi osobami, które mają profesjonalne adaptacje akustyki pomieszczeń o wystarczającej kubaturze i dobrych proporcjach.

Jeśli ktoś zaprotestuje, że owszem, ma w domu świetny bas w takim razie może sobie odpowiedzieć na kilka pytań. A mianowicie: Czy brał kiedyś udział w dyskusji na temat jakie kolumny są lepsze, takie z dużym głośnikiem niskotonowym, a może z kilkoma mniejszymi? A może debatował nad subwooferem jaki by tu kupić? No i jeszcze przykładowo czy udzielał się w wątku w rodzaju, że niektóre nuty w basie nikną?

Problemy z basem trapią wielu użytkowników, można powiedzieć, że to jak z alergią, każdy ma, nie każdy wie.

Auto jest po prostu za małą puszką, jak już wspomniałem, żeby mogły się nabudować rezonanse w zakresie niskich tonów, a głośniki są "w ścianie" więc nie ma też możliwości powstania wycięć. Niestety na zakresie niskich częstotliwości kończą się zalety takiego samochodowego odsłuchu.

Tony średnie i wysokie są przerzedzone silnymi odbiciami od wszystkiego, zwłaszcza lewej szyby, jeśli wychodzimy z założenia, że słuchamy prowadząc i nie jest to wersja angielska auta. Oddziaływanie bliskich powierzchni zaburza barwę, która staje się dziwna. Nie każdy na to zwraca uwagę, bo niewielu ma słuch muzykalny, a w ogóle mało kto wie o co chodzi i na co zwracać uwagę. Sytuację ratuje właśnie bas, który ma duży potencjał do maskowania pozostałych braków dlatego, że jest pełny i bez wytłumień. Poza tym marketingowcy zapełnili już całe góry przeróżnych wydawnictw bajkami o dobrej jakości odsłuchu w aucie. Więc skoro napisano już tysiące razy, że jest jakieś "Car Hi-Fi", to znaczy, że jest.

Bliskość wszystkiego powodująca powstanie filtracji grzebieniowej jest bardzo dobrze znana realizatorom dźwięku, a właściwie tym osobom, które zajmują się masteringiem. Żeby sobie z tym jakoś poradzić i zrobić taki dźwięk, który sprawdzi się w aucie muszą brzmienie "podrasować". I to jest problem, bo taki podrasowany czyli spaskudzony dźwięk nie jest wadą w samochodzie, ale w domu w dobrych warunkach odsłuchu cała mizeria jest słyszalna aż za bardzo.

Jeśli się to doda do silnej kompresji, mamy odpowiedź czemu tak dużo muzyki nie daje się słuchać w domu. Realizacja dźwięku jest dostosowana do silnego hałasu i filtracji grzebieniowej, takiej samochodowej, a nie domowej.

Poza tym w aucie słyszy się wszystko skrzywione, bo naprawdę mało kto słucha jako piąty siedząc na środku tylnej kanapy. A przecież podstawą dobrego odbioru jest symetria bazy. Więc naprawdę trudno zrozumieć usiłowania nazywania odsłuchu w samochodzie "Car Hi-Fi". Jeśli ktoś nie dostrzega problemu niech przesunie fotel w domu na lewo, albo niech siądzie z boku na sofie. Czy taki odsłuch siedząc praktycznie na wprost jednego głośnika będzie faktycznie odsłuchem o wysokiej jakości?

Dużo by można pisać o odsłuchu w samochodzie. Zastanawiające jest to, że ten samochodowy odsłuch jest naprawdę marny i to daje się łatwo zauważyć, ale nikt o tym głośno nie mówi, wręcz przeciwnie. Dlaczego marketing i producenci o tym nie mówią jest jasne, nikt by nie kupował drogiego sprzętu do aut. Ale dlaczego tzw. zwykli ludzie nic nie mówią?

Naprawdę nie słyszą?