Czy kompresja stratna jest słyszalna? To zależy. Przy wysokich przepływnościach nie jest, natomiast gdy bitrate jest niskie można ją usłyszeć. Ale to czy jest 128 kb/s czy też 192 nie mówi nam wszystkiego. Można usłyszeć artefakty kompresji przy 192 kb/s, a staną się one niemożliwe do zauważenia jeśli przepływność wyniesie "tylko" 128 kb/s. Wszystko zależy od tego jak były kodowane poszczególne pliki.
128 może być lepsze niż 192. Niemożliwe? Całkiem możliwe. Ważne jest kilka rzeczy, np. to czy została wybrana opcja "stereo" czy też "joint stereo". Większość audycji czy też utworów muzycznych charakteryzuje to, że zawartość obu kanałów stereofonicznych jest do siebie podobna. Z tego powodu korzystniejsze jest kodowanie joint stereo, które jest w takim przypadku bardziej efektywne. Pliki mają lepszą jakość przy danej przepływności niż przy użyciu metody "stereo". Opis, jak się koduje Joint Stereo. "Stereo" natomiast polega na kodowaniu dwu kanałów niezależnie, czyli coś w rodzaju dwa razy mono, więc bitrate jest dzielone w jakimś sensie na pół. Jeśli joint stereo ma 128 kb/s, to można powiedzieć, że każdy z kanałów stereo ma przepływność zbliżoną do tej wartości, natomiast przy zwykłym stereo każdy kanał ma do dyspozycji tylko jej połowę. To duże uproszczenie, ale chodzi o podkreślenie pewnej cechy kodowania, a nie oddanie dokładnej jego natury. Dla tych którzy chcą się dowiedzieć więcej detali jest link powyżej, od tego miejsca można zacząć dalsze szukanie.
Inna rzecz polega na tym, że bitrate może być ustawione na sztywno, albo może być zmienne. Każda audycja zawiera fragmenty, kiedy wystarczy bardzo niska przepływność, a są też takie, kiedy potrzebna jest cała "moc przerobowa". Kodowanie ciszy nie wymaga zbyt wielu informacji, złożone pasaże muzyczne wręcz przeciwnie.
Jak widać wykorzystanie joint stereo i zmiennego bitrate pozwala na osiągniecie znacznie lepszej jakości przy porównywalnej wadze plików niż gdy jest kodowanie stereo ze stałym bitrate.
Plik VBR ze średnim bitrate 128 kb/s ma fragmenty, kiedy przepływność wzrasta nawet do 320 kb/s oraz takie, gdy spada znacznie poniżej 128, wszystko w zależności od potrzeb. Można powiedzieć, że taki plik ze średnim bitrate 128 w pewnych przypadkach będzie brzmiał bardzo podobnie lub identycznie jak taki mający sztywno ustawione 320 kb/s i na dodatek będzie mieć znacznie mniejszą wagę, co zawsze jest korzystne.
Oczywiście są wyjątki i stereo da lepszy efekt w przypadku, gdy np. dwie osoby mówiły do dwóch mikrofonów. W tym przypadku nagranie nie ma elementów wspólnych. Natomiast zmienne bitrate zawsze daje przewagę.
Jest jeszcze opcja doboru częstotliwości próbkowania. Dla nagrań radiowych zawsze wystarczy 32 kHz, bo radio nie nadaje nic powyżej 15 kHz. Niższe próbkowanie w tym przypadku oznacza brak pustych bitów i cała przepływność może być wykorzystana na kodowanie dźwięku, a nie szumów i sygnału pilota stereo, a także ciszy, która generalnie panuje powyżej 15 kHz. Ogólnie rzecz biorąc, wybierając nieco niższą średnią przepływność, aby mieć mniejsze pliki, oczywiście w przypadku VBR, w ogóle warto dać niższe próbkowanie, bo kodek i tak odfiltruje wyższe częstotliwości, co widać szczególnie dobrze w przypadku mp3.
Teraz wypada się zastanowić nad dwiema rzeczami. Po pierwsze dlaczego radiofonia i telewizja zdają się stosować wyłącznie stałe bitrate z próbkowaniem 48 kHz? Przyznam, że nie mam kompletnych informacji, ale wszystkie kanały tv, które sprawdzałem mają stały bitrate audio, natomiast bitrate wideo jest już zmienny. Radio także korzysta ze stałego bitrate. Jeśli ktoś zna kanały tv i radiowe, które mają zmienny bitrate dźwięku może to sprostować w komentarzu. Natomiast 48 kHz to zawsze jest marnotrawstwo. 44,1 kHz w zupełności wystarczy, a w przypadku radia 32kHz będzie ok.
Druga sprawa polega na tym, że wciąż są osoby, które kodują swoje prywatne nagrania w stereo i ze stałym bitrate i jeszcze na dodatek z samplingiem 48 kHz. Trudno w to uwierzyć, ale tak jest i popełniają one wszystkie możliwe do zrobienia błędy o których tu była mowa plus jeszcze inne, także obniżające jakość. Paradoksalnie jeśli tego typu ludzie zabierają głos w dyskusji o jakości dźwięku, to zawsze krytykują nadawców i producentów za złą jakość. Tylko, że w praktyce jeżeli ktoś sam coś koduje to robi to tak, że jakość siada.W zasadzie każda decyzja, którą podjął zmieniając domyślne ustawienia programu, którego używa powodują obniżenie jakości nagrań.
Jeśli zatem już coś nagrywać, to warto to zrobić samemu, w domyśle - dobrze. Jak to robić zostało już opisane we wcześniejszych postach. Nie ma sensu słuchać czyichś nagrań, bo nie będą one zrobione dobrze. Problem nie do rozwiązania to jakość, którą oferują nam nadawcy i w ogóle fonografia. Ale tu jest więcej problemów niż sposób kodowania. Nawet odsłuchując nową płytę w formacie bezstratnym często słyszy się coś, co jest absolutnie niestrawne. To już osobny temat.
W dyskusjach dotyczących jakości dźwięku w telewizji i w radio wszyscy są za poprawieniem jakości, wszyscy słyszą niedostatki, natomiast jeśli przyjdzie co do czego, czyli ludzie sami coś sobie nagrywają, to już nie dostrzegają błędów, które sami robią, natomiast o słyszeniu niedoskonałości własnej pracy nie ma nawet mowy. Kiedy ktoś krytykujący innych robi coś samodzielnie natychmiast kompletnie głuchnie. Taki paradoks. To jest właśnie ten haczyk, na który się wszyscy łapią.
piątek, 26 kwietnia 2019
niedziela, 17 marca 2019
Lepsza jakość? Ale przecież jakość jest dobra.
Kiedyś istniały punkty do których można było przynieść sprzęt RTV, kiedy się popsuł. W witrynie jednego z nich leżały prospekty takiego sprzętu. Nie było to nic nadzwyczajnego, praktyka była normą, ale ten punkt był przy mojej drodze do szkoły, więc dlatego mam właśnie to miejsce na uwadze. Można było sobie zobaczyć nowoczesne telewizory i sprzęt Hi-Fi, jaki był w tym czasie produkowany na zachodzie. Ja wtedy byłem dzieckiem i do słuchania radia służył mi zwykły radioodbiornik. Miałem też magnetofon szpulowy, a gramofonu jeszcze nie.
Zastanawiałem się, patrząc na te prospekty, po co się robi zestawy typu wieża. Oczywiście wszystko to mi się bardzo podobało, bo te zestawy wyglądały bardzo efektownie, jednak nie rozumiałem sensu robienia czegoś takiego. Przecież zamiast rozdzielać radioodbiornik na tuner, wzmacniacz i kolumny można było mieć wszystko w jednej skrzynce. Co tam się znajdowało w tych obudowach takiego, że nie mogło się pomieścić w jednej, myślałem.
Kumpel powiedział mi, że to po to, żeby jakość była lepsza. Jakość?
Przyszedłem sobie tego dnia do domu, włączyłem swój magnetofon, zacząłem słuchać i zastanawiać się, jaka to może być ta lepsza jakość? Bo, według mnie, z jakością było wszystko w porządku. Nie słyszałem żadnych problemów, wszystko grało tak jak powinno, i grało tak, jak u każdego.
Więc nie udało mi się wtedy zrozumieć, co z tą jakością dźwięku z mojego magnetofonu jest nie tak i co mogłoby być inaczej.
Trochę to śmieszne z dzisiejszej perspektywy, ale pokazuje inne podejście do tematu. Bardziej praktyczne. Sprzęt był po to, żeby słuchać muzyki. I ją było słychać więc nie było problemu. Muzyka była tym, co powodowało, że się to wszystko włączało.
A teraz?
Ale wróćmy jeszcze do dawnych czasów. Owszem, chciałem mieć inny magnetofon i inne radio. Jednak z pewnością nie chodziło mi to to, że to będzie inaczej grać, ale o wygląd. I tak to było. Kiedy jechaliśmy na wycieczkę szkolną, podstawiono dwa autobusy. Ja chciałem jechać tym "ładniejszym". A czy była jakaś różnica pomiędzy tymi autobusami, poza wyglądem? Raczej nie. Wycieczka w jednym i drugim była taka sama. Oglądaliśmy przecież to samo. Autobusy były tylko środkiem transportu. Ważne było coś innego.
Podobnie jest z muzyką. Można jej słuchać na różnym sprzęcie, ale efekt jest bardzo podobny, przynajmniej do momentu, kiedy muzyka nie zejdzie na dalszy plan, a zacznie się zwracać uwagę na sprzęt.
Warto powrócić do tamtych czasów, kiedy liczyło się to, co ważne. Były to inne czasy, niewinne i naiwne, ale przez to chyba jednak lepsze.
Zastanawiałem się, patrząc na te prospekty, po co się robi zestawy typu wieża. Oczywiście wszystko to mi się bardzo podobało, bo te zestawy wyglądały bardzo efektownie, jednak nie rozumiałem sensu robienia czegoś takiego. Przecież zamiast rozdzielać radioodbiornik na tuner, wzmacniacz i kolumny można było mieć wszystko w jednej skrzynce. Co tam się znajdowało w tych obudowach takiego, że nie mogło się pomieścić w jednej, myślałem.
Kumpel powiedział mi, że to po to, żeby jakość była lepsza. Jakość?
Przyszedłem sobie tego dnia do domu, włączyłem swój magnetofon, zacząłem słuchać i zastanawiać się, jaka to może być ta lepsza jakość? Bo, według mnie, z jakością było wszystko w porządku. Nie słyszałem żadnych problemów, wszystko grało tak jak powinno, i grało tak, jak u każdego.
Więc nie udało mi się wtedy zrozumieć, co z tą jakością dźwięku z mojego magnetofonu jest nie tak i co mogłoby być inaczej.
Trochę to śmieszne z dzisiejszej perspektywy, ale pokazuje inne podejście do tematu. Bardziej praktyczne. Sprzęt był po to, żeby słuchać muzyki. I ją było słychać więc nie było problemu. Muzyka była tym, co powodowało, że się to wszystko włączało.
A teraz?
Ale wróćmy jeszcze do dawnych czasów. Owszem, chciałem mieć inny magnetofon i inne radio. Jednak z pewnością nie chodziło mi to to, że to będzie inaczej grać, ale o wygląd. I tak to było. Kiedy jechaliśmy na wycieczkę szkolną, podstawiono dwa autobusy. Ja chciałem jechać tym "ładniejszym". A czy była jakaś różnica pomiędzy tymi autobusami, poza wyglądem? Raczej nie. Wycieczka w jednym i drugim była taka sama. Oglądaliśmy przecież to samo. Autobusy były tylko środkiem transportu. Ważne było coś innego.
Podobnie jest z muzyką. Można jej słuchać na różnym sprzęcie, ale efekt jest bardzo podobny, przynajmniej do momentu, kiedy muzyka nie zejdzie na dalszy plan, a zacznie się zwracać uwagę na sprzęt.
Warto powrócić do tamtych czasów, kiedy liczyło się to, co ważne. Były to inne czasy, niewinne i naiwne, ale przez to chyba jednak lepsze.
niedziela, 17 lutego 2019
Wznowienia na winylu, np. purpurowym
W poprzednim wpisie padło zdanie mówiące o przewadze wznowienia na CD nad oryginalnym winylem. Ale przecież można wydać na nowo zmiksowane płyty z nowym masterem na winylu. Zwłaszcza jeśli chodzi o trochę nowsze płyty przeważnie jest do dyspozycji wszystko, co zostało nagrane na każdym etapie. A co do ery nagrań cyfrowych, to jeśli ktoś pomyłkowo czegoś nie skasował, to jest dosłownie wszyściusieńko:) Więc można to opracować na nowo i wydać na winylu i każdym innym możliwym nośniku.
W takim razie możemy mieć wznowienie winylowe z dźwiękiem tej samej generacji co na CD, SACD i innych nośnikach. Możemy, ale...
Zanim usłyszymy muzykę odtwarzaną z winyla dotrą do nas szumy, zakłócenia i trzaski będące immanentną częścią tego nośnika oraz to, co dołoży do tego gramofon i przedwzmacniacz. Kiedy muzyka zagra, to oczywiście jakość będzie bardzo podobna do wydań cyfrowych, jeśli ktoś tak zdecydował i nie zrobił jakiegoś specjalnego mastera dla płyty analogowej. Tylko, że taką jakość będziemy mieć do około 2/3 płyty, w sensie jednej strony analogu. Poza tą umowną granicą, prędkość liniowa jest już za mała do tego, żeby dźwięk był czysty i dynamiczny. Ostatnie minuty winyla są zawsze trudne do słuchania, zwłaszcza jeśli czas odtwarzania wynosi ponad 20 minut.
I do tego dochodzi mechaniczne zużywanie się płyty analogowej wraz z każdym odtworzeniem, co skutkuje spadkiem jakości szczególnie dla wysokich tonów... jeśli ktoś jeszcze je słyszy.
Poza tym mamy całą listę ograniczeń możliwości nośnika winylowego. Wystarczy zajrzeć do starszych postów lub przeczytać co trzeba zrobić, żeby dobrze naciąć płytę analogową. A trzeba zrobić bardzo wiele rzeczy czyli pójść na bardzo wiele kompromisów.
Dlatego uważam, że wznowienie cyfrowe będzie lepsze, bo dźwięk jest zawsze taki sam. Każdy utwór brzmi równie dobrze, a dźwięk się nie zmieni pomimo wielu odtworzeń, choć słyszeć go będziemy wciąż inaczej, bo nam w uszach z wiekiem zanikają wysokie tony.
W takim razie możemy mieć wznowienie winylowe z dźwiękiem tej samej generacji co na CD, SACD i innych nośnikach. Możemy, ale...
Zanim usłyszymy muzykę odtwarzaną z winyla dotrą do nas szumy, zakłócenia i trzaski będące immanentną częścią tego nośnika oraz to, co dołoży do tego gramofon i przedwzmacniacz. Kiedy muzyka zagra, to oczywiście jakość będzie bardzo podobna do wydań cyfrowych, jeśli ktoś tak zdecydował i nie zrobił jakiegoś specjalnego mastera dla płyty analogowej. Tylko, że taką jakość będziemy mieć do około 2/3 płyty, w sensie jednej strony analogu. Poza tą umowną granicą, prędkość liniowa jest już za mała do tego, żeby dźwięk był czysty i dynamiczny. Ostatnie minuty winyla są zawsze trudne do słuchania, zwłaszcza jeśli czas odtwarzania wynosi ponad 20 minut.
I do tego dochodzi mechaniczne zużywanie się płyty analogowej wraz z każdym odtworzeniem, co skutkuje spadkiem jakości szczególnie dla wysokich tonów... jeśli ktoś jeszcze je słyszy.
Poza tym mamy całą listę ograniczeń możliwości nośnika winylowego. Wystarczy zajrzeć do starszych postów lub przeczytać co trzeba zrobić, żeby dobrze naciąć płytę analogową. A trzeba zrobić bardzo wiele rzeczy czyli pójść na bardzo wiele kompromisów.
Dlatego uważam, że wznowienie cyfrowe będzie lepsze, bo dźwięk jest zawsze taki sam. Każdy utwór brzmi równie dobrze, a dźwięk się nie zmieni pomimo wielu odtworzeń, choć słyszeć go będziemy wciąż inaczej, bo nam w uszach z wiekiem zanikają wysokie tony.
środa, 19 grudnia 2018
poniedziałek, 26 listopada 2018
Podejście do audio jakie miał Tomasz Beksiński
Moim zdaniem Tomasz Beksiński zdecydowanie nie był audiofilem. Dziś przypada rocznica urodzin Tomasza, a ponieważ ktoś się mocno starał o tym przypomnieć, więc ja też coś od siebie dodam.
Tomasz Beksiński, również Zdzisław Beksiński, nie lubił płyt winylowych. Ani jeden, ani drugi nie był zadowolony z jakości oferowanej przez winyle, chociaż ich zastrzeżenia rozkładały się różnie. Tomasz akcentował przede wszystkim to, że płyta analogowa trzeszczy, niszczy się z każdym odtworzeniem i w konsekwencji tego trzeszczy coraz bardziej. W jego audycji występował pewien gość, którego nazwiska nie wymienię, ale wszyscy wiemy o kogo chodzi, mający taki przejściowy okres utraty równowagi polegający na fascynacji płytami analogowymi. Tomasz poruszał temat winylowy w audycjach z udziałem gościa kilkakrotnie i choć nie zdecydował się na wyrażenie zdecydowanej dezaprobaty, to jednak wyartykułował kilka zastrzeżeń. Między innymi rozmawiali o wznowieniach płyt analogowych na kompaktach, kiedy nie udało się zdobyć taśmy matki i płytę wznowiono w oparciu o materiał zgrany z winyla. Tomasz stwierdził, że nie jest to optymalne rozwiązanie, ale przynajmniej trzaski na kompakcie będą już zawsze takie same, więc tyle dobrego, że gorzej już nie będzie. Gość w którejś z audycji w końcu jednak przyznał, że mu przeszło z winylami.
Zdzisław Beksiński był bardzo rozczarowany jakością płyt analogowych w kontekście pogarszania się jakości dźwięku wraz ze zbliżaniem się do końca strony. Okropnie to wypadało według Zdzisława zwłaszcza dla zakończeń oper, a wiemy, że zazwyczaj kończą się one bardzo głośno i że tak się wyrażę, z przytupem. Zdzisław o ile pamiętam sprzedał swoje winyle, bo ich nie miał gdzie trzymać, a pewnie też dlatego, że nie przekonywała go jakość w kontekście klasyki.
Tomasz miał wręcz problem z winylami bo się zdzierają. Kiedyś był gościem Wieczoru Płytowego i przyniósł jakiś winyl, nie pamiętam co to było, i stwierdził, że słuchał go wiele razy, też nie pamiętam dokładnie, ale powiedział chyba, że więcej niż sto razy. Wywołało to pewne zmieszanie u prowadzących program, ale Tomasz uzupełnił to informacją, że słuchał tak z taśmy, bo ma taki sposób, że przegrywa płytę na taśmę i słucha, a jak taśma się zniszczy, to przegrywa na nowo. W ten sposób nawet płyta słuchana kilkaset razy pozostaje w dobrej kondycji.
Zużywanie się nośnika było dla Tomasza Beksińskiego problemem nie tylko w odniesieniu do płyt analogowych, ale także kaset wideo. Jeśli dobrze pamiętam, to miał on po dwie kasety z filmami.
Tomasz często powtarzał, że cieszy się, że wreszcie może posłuchać jakiejś swojej ulubionej muzyki z płyty kompaktowej. Wynika z tego, że cenił walory takiej płyty i jej jakość. Tu dodam po raz kolejny, że kompakt nie ma żadnego, absolutnie żadnego brzmienia, on jest idealnie transparentny dla słuchu, a pod względem pomiarów bliski absolutnej doskonałości, tzn. przede wszystkim idealna charakterystyka i zerowe zniekształcenia. A że kompakty grają okropnie, to już "zawdzięczamy" realizatorom dźwięku, którzy zwłaszcza przy masteringu strasznie się starali, żeby było głośno. I udało im się, bo dynamikę zredukowali do zera. Głośniej już się nie da i gorzej też nie.
Jeśli chodzi o jakość dźwięku w ogóle, to zauważyłem pewien problem. Jeśli dobrze sobie przypominam, to wspominając niejakiego profesora Santiego powiedział, że przerobił mu on wzmacniacz w ten sposób, że wreszcie zaczął grać tak, jak on sobie tego życzył. Oczywiście żaden amator nie jest w stanie poprawić fabrycznego wzmacniacza, więc ten gość mu go po prostu popsuł i zaczął on najprawdopodobniej zniekształcać w zauważalny sposób. Ale dlaczego Beksińskiemu się to podobało, można wytłumaczyć.
Tomasz do pewnego momentu miał sprzęt z PRL-u. A on miał jakość raczej względną i często wnosił spore zniekształcenia. Jeśli się słucha taśm z nagraniami z radia na sprzęcie Unitry, to temu towarzyszy spora ilość zniekształceń. Ci, którzy są wystarczająco starzy, żeby to pamiętać wiedzą, a młodsi mogą się udać do kogoś, kto kolekcjonuje taki sprzęt. Dajmy na to Fonomaster a zwłaszcza Radmor, taki odbiornik radiowy, to miały swe charakterystyczne brzmienie. Jak się w Radmorze włączyło kontur i dodało trochę basu i trochę więcej wysokich tonów, to dźwięk stawał się charakterystycznie blaszany, metalowy i twardy. Ale wszyscy wtedy uważali, że to jest "jakość dźwięku" Hi-Fi, bo przecież taki był napis na obudowie. Myślę więc, że Tomaszowi brakowało zniekształceń i przeróbka wzmacniacza trochę mu ich dodawała i miał brzmienie do którego był przyzwyczajony.
Zresztą do mnie przychodzili kumple i potem między sobą mówili, że u mnie jest mało wysokich tonów, a w domyśle, że słaba jakość. A ja miałem wzmacniacz Trawiata, który grał naprawdę bardzo czysto, a do tego kolumny ze zwykłymi kopułkami, Zg-30-C być może w wersji 8 ohm, ale nie jestem pewien znaczy, że już nie pamiętam. Więc w porównaniu do Radmora z Altusami z tubami, to tych wysokich tonów było mniej, ale i zniekształceń też mniej. Czyli u mnie jakość była tak naprawdę lepsza, ale wszyscy uważali, że gorsza.
I na koniec wracając do Tomasza trzeba dodać, że zwracał on uwagę na to, co rzeczywiście słychać. A było słychać różne zakłócenia w odbiorze radiowym, które potem się nagrywały na taśmę. Więc Tomasz "terroryzował" wszystkich wkoło, kiedy nagrywał audycje, a nadto znalazł jakiś sposób, żeby wyłączać neon. Ale to i inne anegdoty można usłyszeć w nagraniach jego audycji. Z własnej pamięci był tylko fragment o przegrywaniu płyt na taśmy. Wobec powyższego Tomasz Beksiński audiofilem nie był, CBDU.
Tomasz Beksiński, również Zdzisław Beksiński, nie lubił płyt winylowych. Ani jeden, ani drugi nie był zadowolony z jakości oferowanej przez winyle, chociaż ich zastrzeżenia rozkładały się różnie. Tomasz akcentował przede wszystkim to, że płyta analogowa trzeszczy, niszczy się z każdym odtworzeniem i w konsekwencji tego trzeszczy coraz bardziej. W jego audycji występował pewien gość, którego nazwiska nie wymienię, ale wszyscy wiemy o kogo chodzi, mający taki przejściowy okres utraty równowagi polegający na fascynacji płytami analogowymi. Tomasz poruszał temat winylowy w audycjach z udziałem gościa kilkakrotnie i choć nie zdecydował się na wyrażenie zdecydowanej dezaprobaty, to jednak wyartykułował kilka zastrzeżeń. Między innymi rozmawiali o wznowieniach płyt analogowych na kompaktach, kiedy nie udało się zdobyć taśmy matki i płytę wznowiono w oparciu o materiał zgrany z winyla. Tomasz stwierdził, że nie jest to optymalne rozwiązanie, ale przynajmniej trzaski na kompakcie będą już zawsze takie same, więc tyle dobrego, że gorzej już nie będzie. Gość w którejś z audycji w końcu jednak przyznał, że mu przeszło z winylami.
Zdzisław Beksiński był bardzo rozczarowany jakością płyt analogowych w kontekście pogarszania się jakości dźwięku wraz ze zbliżaniem się do końca strony. Okropnie to wypadało według Zdzisława zwłaszcza dla zakończeń oper, a wiemy, że zazwyczaj kończą się one bardzo głośno i że tak się wyrażę, z przytupem. Zdzisław o ile pamiętam sprzedał swoje winyle, bo ich nie miał gdzie trzymać, a pewnie też dlatego, że nie przekonywała go jakość w kontekście klasyki.
Tomasz miał wręcz problem z winylami bo się zdzierają. Kiedyś był gościem Wieczoru Płytowego i przyniósł jakiś winyl, nie pamiętam co to było, i stwierdził, że słuchał go wiele razy, też nie pamiętam dokładnie, ale powiedział chyba, że więcej niż sto razy. Wywołało to pewne zmieszanie u prowadzących program, ale Tomasz uzupełnił to informacją, że słuchał tak z taśmy, bo ma taki sposób, że przegrywa płytę na taśmę i słucha, a jak taśma się zniszczy, to przegrywa na nowo. W ten sposób nawet płyta słuchana kilkaset razy pozostaje w dobrej kondycji.
Zużywanie się nośnika było dla Tomasza Beksińskiego problemem nie tylko w odniesieniu do płyt analogowych, ale także kaset wideo. Jeśli dobrze pamiętam, to miał on po dwie kasety z filmami.
Tomasz często powtarzał, że cieszy się, że wreszcie może posłuchać jakiejś swojej ulubionej muzyki z płyty kompaktowej. Wynika z tego, że cenił walory takiej płyty i jej jakość. Tu dodam po raz kolejny, że kompakt nie ma żadnego, absolutnie żadnego brzmienia, on jest idealnie transparentny dla słuchu, a pod względem pomiarów bliski absolutnej doskonałości, tzn. przede wszystkim idealna charakterystyka i zerowe zniekształcenia. A że kompakty grają okropnie, to już "zawdzięczamy" realizatorom dźwięku, którzy zwłaszcza przy masteringu strasznie się starali, żeby było głośno. I udało im się, bo dynamikę zredukowali do zera. Głośniej już się nie da i gorzej też nie.
Jeśli chodzi o jakość dźwięku w ogóle, to zauważyłem pewien problem. Jeśli dobrze sobie przypominam, to wspominając niejakiego profesora Santiego powiedział, że przerobił mu on wzmacniacz w ten sposób, że wreszcie zaczął grać tak, jak on sobie tego życzył. Oczywiście żaden amator nie jest w stanie poprawić fabrycznego wzmacniacza, więc ten gość mu go po prostu popsuł i zaczął on najprawdopodobniej zniekształcać w zauważalny sposób. Ale dlaczego Beksińskiemu się to podobało, można wytłumaczyć.
Tomasz do pewnego momentu miał sprzęt z PRL-u. A on miał jakość raczej względną i często wnosił spore zniekształcenia. Jeśli się słucha taśm z nagraniami z radia na sprzęcie Unitry, to temu towarzyszy spora ilość zniekształceń. Ci, którzy są wystarczająco starzy, żeby to pamiętać wiedzą, a młodsi mogą się udać do kogoś, kto kolekcjonuje taki sprzęt. Dajmy na to Fonomaster a zwłaszcza Radmor, taki odbiornik radiowy, to miały swe charakterystyczne brzmienie. Jak się w Radmorze włączyło kontur i dodało trochę basu i trochę więcej wysokich tonów, to dźwięk stawał się charakterystycznie blaszany, metalowy i twardy. Ale wszyscy wtedy uważali, że to jest "jakość dźwięku" Hi-Fi, bo przecież taki był napis na obudowie. Myślę więc, że Tomaszowi brakowało zniekształceń i przeróbka wzmacniacza trochę mu ich dodawała i miał brzmienie do którego był przyzwyczajony.
Zresztą do mnie przychodzili kumple i potem między sobą mówili, że u mnie jest mało wysokich tonów, a w domyśle, że słaba jakość. A ja miałem wzmacniacz Trawiata, który grał naprawdę bardzo czysto, a do tego kolumny ze zwykłymi kopułkami, Zg-30-C być może w wersji 8 ohm, ale nie jestem pewien znaczy, że już nie pamiętam. Więc w porównaniu do Radmora z Altusami z tubami, to tych wysokich tonów było mniej, ale i zniekształceń też mniej. Czyli u mnie jakość była tak naprawdę lepsza, ale wszyscy uważali, że gorsza.
I na koniec wracając do Tomasza trzeba dodać, że zwracał on uwagę na to, co rzeczywiście słychać. A było słychać różne zakłócenia w odbiorze radiowym, które potem się nagrywały na taśmę. Więc Tomasz "terroryzował" wszystkich wkoło, kiedy nagrywał audycje, a nadto znalazł jakiś sposób, żeby wyłączać neon. Ale to i inne anegdoty można usłyszeć w nagraniach jego audycji. Z własnej pamięci był tylko fragment o przegrywaniu płyt na taśmy. Wobec powyższego Tomasz Beksiński audiofilem nie był, CBDU.
niedziela, 11 listopada 2018
The Null Tester czyli kable mamy pozamiatane
Kto jeszcze nie widział, powinien.
Na blogu są teksty dotyczące kabli, ale one opierają się na innym podejściu. W każdym razie konkluzja jest taka sama: kable nie mają brzmienia. W przypadku zerowania sygnału przy pomocy urządzenia, które skonstruował Ethan Winer, siła przekazu jest znacznie większa.
Na blogu są teksty dotyczące kabli, ale one opierają się na innym podejściu. W każdym razie konkluzja jest taka sama: kable nie mają brzmienia. W przypadku zerowania sygnału przy pomocy urządzenia, które skonstruował Ethan Winer, siła przekazu jest znacznie większa.
czwartek, 25 października 2018
Kolumny Unitra Tonsil ZG 486; ZG 484
To jest tekst wspominkowy.
Nie jestem jakimś szczególnym fanem kolumn Tonsilu, ale o tych chciałbym napisać kilka zdań. Trafiłem na nie niedawno szukając w internecie czegoś całkiem innego. Dawnymi czasy czyli w latach osiemdziesiątych zobaczyłem je w jakimś sklepie. Pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarły te "czterdziestki". Takie właśnie kolumny, ale już znacznie później miało dwóch moich kumpli.
Trudno mi nawet powiedzieć jak one grały, chociaż mogłem ich czasem posłuchać, ponieważ jeden kumpel grał jakieś taśmy, więc jakość dźwięku nie była zbyt dobra, a drugi z kolei miał je upchane na regale pod samym sufitem, więc chociaż słuchaliśmy radia i płyt, to niewiele z tego dźwięku było słyszalne. Dzisiaj nikt by nie zabunkrował głośników pod sufitem, teraz tak się je montuje raczej tylko w sklepach, zresztą właściwie to w suficie.
W odniesieniu do czasu wizyty w sklepie nie interesowałem się sprzętem grającym w większym stopniu niż taki, że coś trzeba mieć, żeby słuchać muzyki. Byłem na to po prostu za mały. Nie wiedziałem co to jest głośnik wysokotonowy z kopułką, znałem tylko głośniki z membraną stożkową, a w domy były kolumienki ZG 15-C, więc chociaż wiedziałem co to głośnik wysokotonowy, to taki jak był w tych ZG 486 stanowił dla mnie zagadkę. Jak to gra i co w tym gra? Po co jest ten lejek i co tam jest w środku? To bardzo pocieszna musiała być scena, kiedy zaglądałem w te tuby z dziwnym wyrazem twarzy zastanawiając się nad tym niezrozumiałym "dziwolągiem".
Bardzo mi się te kolumny oczywiście podobały, zwłaszcza błyszczące pierścienie. Poza tym wtedy materiały były inne i nowe kolumny dość mocno pachniały. Same kolumny stały dosłownie na wyciągnięcie ręki, więc mogłem się im przyglądać z bliska i poczuć zapach nowości.
Ciekawostką jest to, że można spotkać dwa oznaczenia typu tych kolumn czyli ZG 486 i ZG 484
Kolumny podobne do tych, no i wszystkie z tej serii, a także podobne do nich Altusy mają bardzo charakterystyczny wygląd, który nadają im ozdobne pierścienie na głośnikach. Zwłaszcza największe kolumny z serii wyglądają bardzo efektownie, zarówno bez maskownic, jak i z nimi. Altusy 140 z założoną maskownicą i z tymi prześwitującymi pierścieniami nawet dzisiaj jeśli chodzi o moje odczucia mają w sobie coś magicznego. Chodzi mi o wygląd, a nie o to jak grają. Zdjęcia nie oddają tego dobrze, może z wyjątkiem tych profesjonalnych, ale te są trudne do znalezienia. Altusy mają charakter w jakimś stopniu kultowy przede wszystkim ze względu na wygląd czyli błyszczące pierścienie, wielkość głośników, rozmiary i wagę.
Z dzisiejszej perspektywy zastanawiające jest, że te kolumny, a właściwie głośniki niskotonowe miały tak małe cewki, tzn. o tak małej średnicy w stosunku zwłaszcza do głośnika 30 cm. Altusy są produkowane do dziś, choć to nie są takie same kolumny, ale może warto sprawdzić, jak z tym jest teraz.
Co do ZG 486 to ciekawi mnie jak by one zagrały dziś dobrze ustawione i w dobrym akustycznie pomieszczeniu. Duży głośnik niskotonowy i częstotliwość podziału 5 kHz nie rokują dobrze. Ale tego się nie dowiemy, bo do dyspozycji ewentualnie są tylko egzemplarze z nowymi albo regenerowanymi głośnikami. W każdym razie nawet dzisiaj prezentują się efektownie. Na zakończenie warto dodać, że w oryginalnej ulotce z tamtych czasów jest podane, że pasmo ich to 45 Hz - 20 kHz. Głośniki wysokotonowe w nich to nie są raczej te z Altusów.
Nie jestem jakimś szczególnym fanem kolumn Tonsilu, ale o tych chciałbym napisać kilka zdań. Trafiłem na nie niedawno szukając w internecie czegoś całkiem innego. Dawnymi czasy czyli w latach osiemdziesiątych zobaczyłem je w jakimś sklepie. Pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarły te "czterdziestki". Takie właśnie kolumny, ale już znacznie później miało dwóch moich kumpli.
Trudno mi nawet powiedzieć jak one grały, chociaż mogłem ich czasem posłuchać, ponieważ jeden kumpel grał jakieś taśmy, więc jakość dźwięku nie była zbyt dobra, a drugi z kolei miał je upchane na regale pod samym sufitem, więc chociaż słuchaliśmy radia i płyt, to niewiele z tego dźwięku było słyszalne. Dzisiaj nikt by nie zabunkrował głośników pod sufitem, teraz tak się je montuje raczej tylko w sklepach, zresztą właściwie to w suficie.
W odniesieniu do czasu wizyty w sklepie nie interesowałem się sprzętem grającym w większym stopniu niż taki, że coś trzeba mieć, żeby słuchać muzyki. Byłem na to po prostu za mały. Nie wiedziałem co to jest głośnik wysokotonowy z kopułką, znałem tylko głośniki z membraną stożkową, a w domy były kolumienki ZG 15-C, więc chociaż wiedziałem co to głośnik wysokotonowy, to taki jak był w tych ZG 486 stanowił dla mnie zagadkę. Jak to gra i co w tym gra? Po co jest ten lejek i co tam jest w środku? To bardzo pocieszna musiała być scena, kiedy zaglądałem w te tuby z dziwnym wyrazem twarzy zastanawiając się nad tym niezrozumiałym "dziwolągiem".
Bardzo mi się te kolumny oczywiście podobały, zwłaszcza błyszczące pierścienie. Poza tym wtedy materiały były inne i nowe kolumny dość mocno pachniały. Same kolumny stały dosłownie na wyciągnięcie ręki, więc mogłem się im przyglądać z bliska i poczuć zapach nowości.
Ciekawostką jest to, że można spotkać dwa oznaczenia typu tych kolumn czyli ZG 486 i ZG 484
Kolumny podobne do tych, no i wszystkie z tej serii, a także podobne do nich Altusy mają bardzo charakterystyczny wygląd, który nadają im ozdobne pierścienie na głośnikach. Zwłaszcza największe kolumny z serii wyglądają bardzo efektownie, zarówno bez maskownic, jak i z nimi. Altusy 140 z założoną maskownicą i z tymi prześwitującymi pierścieniami nawet dzisiaj jeśli chodzi o moje odczucia mają w sobie coś magicznego. Chodzi mi o wygląd, a nie o to jak grają. Zdjęcia nie oddają tego dobrze, może z wyjątkiem tych profesjonalnych, ale te są trudne do znalezienia. Altusy mają charakter w jakimś stopniu kultowy przede wszystkim ze względu na wygląd czyli błyszczące pierścienie, wielkość głośników, rozmiary i wagę.
Z dzisiejszej perspektywy zastanawiające jest, że te kolumny, a właściwie głośniki niskotonowe miały tak małe cewki, tzn. o tak małej średnicy w stosunku zwłaszcza do głośnika 30 cm. Altusy są produkowane do dziś, choć to nie są takie same kolumny, ale może warto sprawdzić, jak z tym jest teraz.
Co do ZG 486 to ciekawi mnie jak by one zagrały dziś dobrze ustawione i w dobrym akustycznie pomieszczeniu. Duży głośnik niskotonowy i częstotliwość podziału 5 kHz nie rokują dobrze. Ale tego się nie dowiemy, bo do dyspozycji ewentualnie są tylko egzemplarze z nowymi albo regenerowanymi głośnikami. W każdym razie nawet dzisiaj prezentują się efektownie. Na zakończenie warto dodać, że w oryginalnej ulotce z tamtych czasów jest podane, że pasmo ich to 45 Hz - 20 kHz. Głośniki wysokotonowe w nich to nie są raczej te z Altusów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)