piątek, 27 kwietnia 2018

Ostatnia nadzieja winylowców i oczywiście płonna

Podczas kiedy całe audiofilskie towarzystwo zajmuje się wsłuchiwaniem w rzeczy, których nie ma, płyta winylowa faktycznie ma swoje brzmienie. Składa się ono z dość szerokiego spektrum zniekształceń i zakłóceń. O ile współcześnie używanych nośników nie sposób od siebie odróżnić, to winyl odróżnić można bez żadnego wysiłku od wszystkiego.

Możliwe jest odróżnienie winyla od taśmy magnetofonowej i od nośników cyfrowych. Ale przecież można odróżnić LP od SP a także różne longi z tą samą muzyką, przykładowo wydane w różnych krajach, albo w różnych latach. Nie ma problemu z odróżnieniem dwóch ongiś identycznych longów, z których aktualnie jeden jest mniej zdarty od drugiego. Nie bierzemy pod uwagę płyt, które ktoś kiedyś elegancko zarysował, bo to zbyt proste, przecież jednak każda płyta trzeszczy w sposób unikalny.

Najbardziej irytującą cechą winyli jest to, poza tym, że można zniszczyć płytę jednym odtworzeniem starą igłą, że jakość systematycznie spada wraz ze zbliżaniem się do końca zapisu. Wynika ten spadek jakości czy też wzrost zniekształceń połączony ze zmniejszaniem się dynamiki z coraz mniejszej prędkości liniowej. Prędkość obrotowa jest stała, ale prędkość liniowa spada.

Bardzo adekwatne jest porównanie płyty analogowej do bagietki, która czerstwieje w miarę jedzenia. Otóż z pierwszym kęsem taka bagietka zaczyna czerstwieć w błyskawicznym tempie i piętka jest już nieco niestrawna, gdy przyjdzie ją skonsumować.

Rozwiązania problemu nie ma, można go albo przemilczeć, albo zbagatelizować, albo z nim żyć. Profesjonaliści znaleźli kilka rozwiązać.

Pierwsze rozwiązanie problemu polega na masteringu pod winyl. Ostatnie utwory na stronie muszą być pozbawione części wysokich tonów itd, żeby się to dało lepiej zapisać i odtworzyć. Drugi to umieszczanie na końcu strony utworu cichszego i spokojniejszego. Trzecie, rewolucyjne polega na nagraniu płyty od środka, jeśli utwór zaczyna się cicho, a kończy głośno - przykład "Bolero". I jest jeszcze jeden sposób, najlepszy - naciąć płytę 12 calową z prędkością 45 obrotów. Prędkość liniowa znacznie wzrośnie i częściowo odpadnie nawet potrzeba masteringu i stosowania różnych tricków w czasie nacinania, nie mówiąc już o dawaniu cichego utworu na koniec.

LP kręcący się na 45 ma wystarczającą prędkość liniową zapisu, żeby dźwięk mógł być nagrany niemal bezkompromisowo. Jakość takiej płyty jest znacznie lepsza niż nagranej na 33. Jest jednak pewien problem. Czas.

Na jednej stronie 12 calowej płyty kręcącej się na 45 obrotów dużo muzyki się nie zmieści. I to jest problem. Jest całkiem sporo utworów, które są za długie na taką płytę. Błędne koło. Można mieć winyl z bardzo dobrą jakością dźwięku, ale nie każdy utwór się na nim zmieści.

No tak, no tak. Ale przecież mamy zapis cyfrowy i on umożliwia rejestrację dowolnie długich utworów i na dodatek jakość jest idealna. To może jednak lepiej używać tych nośników cyfrowych?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz