środa, 3 grudnia 2025

Shakin' Dudi "Złota płyta"

W teście z wcześniejszego postu jest fragment utworu, a właściwie część fragmentu, bo same wysokie tony, z płyty o tytule "Złota płyta", którą Shakin' Dudi wydał w 1985 roku. Teraz mamy 2025 rok i słuch gorszy o lat 40. Może to wywoływać strona druga utwór czwarty. Jednak powinniśmy zamiast tego strona druga utwór pierwszy, a tak naprawdę siódmy, czyli ostatni.


 

Utwór jest zatytułowany „To ty słodka” i jest czwarty na pierwszej stronie bez względu na to w którą stronę się liczy liczy się... Widmo fragmentu tego fragmentu wygląda tak:

 

Litery "S" i "Ł" są na tych głoskach w słowie "słodka". To jest zgrane z winyla i oś czasu nie będzie się zgadzała w wydaniem cyfrowym.

Nie będę się wypowiadał na temat realizacji dźwięku na tej płycie z dwóch powodów. Szanuję muzyków z zespołu, szczególnie lidera, więc się nie będę czepiał, a przede wszystkim lepiej jeszcze raz posłuchać muzyki i zastanowić się nad słowami. A jeśli jednak ktoś naprawdę chciałby coś o realizacji płyty przeczytać, to mieliśmy tu przypadki dużo gorsze.

Dla przypomnienia widmo całego testu:


W odniesieniu do samego testu, to owszem, słychać zniekształcenia. Lektorka jest w dość marnym mp3, a tykanie zegara zostało nagrane telefonem też w marnej jakości. Ale nie o to przecież chodzi. 

sobota, 22 listopada 2025

Utwory dla upartego audiofila

W poprzednim poście jest link do pobrania pliku z testem. Plik można sobie ściągnąć i posłuchać, jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił. I przeczytać ten wcześniejszy post, bo wszystko będzie niezrozumiałe. Można zresztą zobaczyć ile było pobrań tego testu. Prawie nikt tego nie słuchał.

Znajomego nie udało mi się przekonać, że tylko mu się wydaje, że dobrze słyszy. Czytelnicy bloga też są bardzo niechętni, żeby się sprawdzić. Wyjście z matriksa jest bardzo przykre i mało kto chce spróbować.

Jednak w tym wcześniejszym poście obiecałem, że napiszę jakie utwory zostały wykorzystane. Zatem te: "To ty słodka" Shakin’ Dudi oraz "Owner of a Lonely Heart" Yes.

Z pierwszego utworu został wzięty fragment z samego początku. Dokładnie ten, kiedy padają słowa "To ty słodka jak miód". A z piosenki Yes również fragment początkowy, mniej więcej od czternastej sekundy do dwudziestej szóstej (od momentu, kiedy pojawia się perkusja, do tej chwili zanim Jon Anderson zacznie śpiewać, czyli w roli głównej jest gitara).

Oczywiście wszyscy to odgadnęli, tzn. usłyszeli, no nie?

Załóżmy teraz, że ktoś będzie chciał dochodzić praw autorskich, bo ja to wykorzystałem w sposób naruszający jakieś reguły akwizycji. Weźmie ten mój plik i pójdzie do sądu. I co tam powie? Gdyby sędzia był nastolatkiem, to by coś usłyszał, ale i tak nie byłby tego w stanie skojarzyć z muzyką. Muzyki powyżej 5 kHz nie ma. Jednak sędzia będzie mieć pewnie najmniej pięćdziesiąt lat i z tego powodu usłyszy kilka "cyknięć" w pierwszym fragmencie. Potem będzie już tylko lektorka i zegar.

Ale niech ktoś wykorzysta Tekturowy Spryt, czyli ostatni krzyk mody, do zidentyfikowania tych piosenek. Nic z tego, bo Tekturowy Spryt opiera się, jak się domyślamy, raczej na tym, co można usłyszeć. Tzn. co człowiek może usłyszeć, a nie nietoperz. To, co słyszą ludzie można zapisać nutami i słowami. W tym moim teście nie ma ani jednej nuty, nie pada też żadne słowo. Owszem, jest rytm, ale nie jest tożsamy z tym, co byśmy spisali z oryginałów. Nie ma bębnów, nie ma kontrabasu czy gitary basowej.

Złota płyta" jest nagrana lepiej niż 90125, oczywiście z mojego punktu słyszenia. Wtedy, tzn. w latach osiemdziesiątych, każdy by z tym polemizował. O "Złotej płycie" będzie osobny post.

Wszyscy się zastanawiają ile to kiloherców potrzeba, żeby jakość wysokich tonów była dobra? Na CD tych kiloherców jest za mało, co nie? Na SACD jest więcej, bo tam są już megaherce. Wprawdzie jednobitowe, więc zaszumione, ale co z tego? Kto ten szum jest w stanie usłyszeć? Chyba nawet dziecko nie da rady. Ale to jest oczywiście lepiej, jak są megaherce, co nie? Tylko, że tak naprawdę my (starszawi panowie) mamy problem, żeby w ogóle coś z tych wysokich tonów usłyszeć. A przecież perkusista gra przy pomocy drewnianych pałek i nie dotyka leciuteńko tych talerzy, tylko w nie uderza. Oczywiście gdyby sałnd indżinił nagrał te talerze normalnie, to byśmy je wyraźnie słyszeli, ale przecież nie nagrał. Na "Złotej płycie" jednakowoż zostało ich trochę więcej, więc coś tam od biedy jeszcze słychać.

Większość ludzi tego (wysokich tonów) nie słyszy, bo jest już za stara. Ale zastanawiają się jakie to wzmacniacze im potrzebne, a jakie przetworniki? Albo czy może głośnik wstęgowy zamiast kopułkowego? Taki jeden producent kolumn robił je tak, że grały(by) do 100 kHz. Gdyby istniały jakieś instrumenty mające takie szerokie widmo. Z tych "prawdziwych" to widmo sięga najwyżej kilkunastu.

Tylko, że jak ktoś słyszy 8 kHz 50 dB słabiej niż jak był dwudziestolatkiem, to problem nie polega na tym czy taki wzmacniacz i taki głośnik lepiej coś odtworzy, tylko czy coś się w ogóle uda usłyszeć. A przecież jakieś zniekształcenia i szumy będą jeszcze kilkadziesiąt dB niżej.

Absurd jest gigantyczny. Siwowłosi audiofile (albo tacy z bardzo wysokimi czołami) piszą teksty albo nagrywają filmy o rzeczach, które od dziesięcioleci są poza ich zasięgiem. I powtórzmy, nie chodzi o jakieś niedoskonałości sprzętu czy nagrania, ale poza zasięgiem jest połowa pasma akustycznego, a zazwyczaj to nawet więcej niż połowa.

Jakie były kolory tych pigułek z matriksa?

wtorek, 11 listopada 2025

Uparty jak audiofil

Ostatnio wdałem się w dyskusję o możliwościach słuchu i meandrach fonografii ze swoim znajomym. Chodziło o to, że z wiekiem słyszy się coraz gorzej, a płyty są realizowane akurat w ten sposób, jakby ludzie do późnej starości słyszeli świetnie.

Jeśli chodzi o znajomego, to jest on zagorzałym anty-audiofilem i ma już prawie 80 lat. Jest byłym zawodowym muzykiem, więc nie wierzę, że ma super zdrowy i nieuszkodzony słuch. Ale niech będzie, że jak na swój wiek słyszy świetnie. Ja natomiast słyszę trochę gorzej niż powinienem. Mimo to zakładając, że mój słuch jest nieco gorszy, jak na moje lata, a znajomy słyszy tak, jak to wynika z najostrzejszych norm, to i tak ja mam słuch „lepszy” o dziesięć lat niż on ma.

Dyskusja byłaby śmieszna, gdyby nie była tragiczna. Wyglądało to, w skrócie, w taki sposób.

Ja: płyty są nagrywane źle i nie słyszę wysokich tonów, a w szczególności czyneli.

On: a ja słyszę dobrze i czynele też.

Ja: to posłuchaj tej płyty.

On: w tym utworzy z twojej płyty słyszę hi-hat w tej minucie i w tej sekundzie.

Problem polega na tym, że w tej minucie i w tej sekundzie w tej piosence nie ma hi-hata. Owszem w ogóle jest i on powinien usłyszeć go tak ze sto razy do „tej minuty i tej sekundy”. Tylko, że go nie słyszał, a „usłyszał” w takim momencie, w którym go nie ma. Żeby było jasne, to niestety słuchaliśmy każdy w swoim domu. W każdym razie mogłem mu pokazać wykresy na tym blogu właśnie z tego utworu, którego słuchał. Ale co z tego? I tak się upierał, że słyszy. To nic nie daje, ze się pokaże na rysunku coś, co jest w nagraniu.

Wróćmy do dyskusji.

Ja: płyty są nagrywane źle.

On: nie rozumiem o co ci chodzi.

Ja: nie słyszę talerzy perkusyjnych, bo są podcinane.

On: a ja słyszę.

Ja: ja jestem zdruzgotany swoim słuchem, bo nic nie słyszę z góry pasma.

On: a ja jestem zadowolony ze swojego słuchu i z tego jak słyszę wysokie tony.

Tylko, że faktycznie on wysokich tonów nie słyszy kompletnie, co już wskazałem. Rozmowa zahaczyła jeszcze o to jak głośno się słucha i kilka innych tematów. Ale zawsze wracaliśmy do punktu wyjścia. On słyszy wszystko, a ja nie.

Gdybym był bardzo złośliwy, to dałbym mu do posłuchania test, który przygotowałem. Można, a raczej trzeba, go sobie POBRAĆ i posłuchać. Wygląda tak:

Rys. 1. Spektrum pliku testowego.


Test składa się z zapowiedzi i sześciu fragmentów, które są podcięte w ten sposób, jak to realizatorzy dźwięku często robią z talerzami perkusyjnymi.

Fragment od pierwszego do czwartego jest trochę krótszy niż piąty i szósty. To dlatego, że do zrobienia tego testu wykorzystałem dwa utwory. Na poniższym rysunku widać, że w tym pierwszym powyżej 12 kHz robi się dość cicho. Dlatego potrzebny był inny, gdzie w tym zakresie jest głośniej.

Rys. 2. Szczegóły testu. (Znajomy słuchał i dyskutował o "fragmencie piątym". Oczywiście słuchał normalnej wersji i upierał się, mając prawie 80 lat, że słyszy to, co jest faktycznie powyżej 12 kHz.)

W teście (co widać na rys. 1.), te fragmenty są odcinane przy 5k, 6k, 7k, 8k, 10k i 12k. Ten odcięty przy 5kHz ja słyszę nawet przez głośniki monitora do komputera, ale tylko osiem najgłośniejszych dźwięków, a jest ich przecież ponad trzydzieści. Z tymi dalszymi jest już problem nawet przez słuchawki. Tzn. ja coś jeszcze słyszę w piątym, ale tylko kilka najgłośniejszych dźwięków, a i te bardzo cicho, na granicy słyszenia. Te wszystkie dźwięki na rysunku są policzone nie bez przyczyny.

We wcześniejszym poście pisałem o tym, że realizatorzy dźwięku praktycznie nie zostawiają nic z talerzy perkusyjnych poniżej 5 kHz, żeby muzyka brzmiała źle przez radio AM i w ogóle na kiepskim sprzęcie. Warto się zapoznać z tym postem, jeśli ktoś go nie czytał. Natomiast w tym teście możemy się przekonać czy to ma sens i jakie są tego konsekwencje.

Test jest adresowany do osób mających już swoje lata. Czterdziestolatkowie niekoniecznie zrozumieją o co chodzi, ale jak ktoś ma sześćdziesiąt lat i więcej, to owszem.

Proszę posłuchać kilka razy i wcześniej naprawdę dokładnie się przyjrzeć rysunkom. W teście dźwięk jest zrobiony trochę głośniej niż jest w oryginalnych utworach. Warto sobie plik otworzyć w edytorze, żeby go dokładnie przeanalizować. Oczywiście trzeba go też posłuchać w zwolnionym tempie. Dopiero wtedy można sobie uświadomić ile się już nie słyszy.

Rys. 3. Prościej by było 0,5x...

Na koniec dodam, że tykanie zegara zostało dodane po to, żeby powstał jakby zwyczajny dźwięk. Muzyka to przecież przede wszystkim dół pasma. Ale żeby tykanie nie maskowało za bardzo góry, to jest ciche i ni sięga 5 kHz. W następnym poście napiszę jakie utwory zostały wzięte do testu. Oba utwory są z lat osiemdziesiątych. Przypomnijmy sobie jak wtedy brzmiały te wysokie tony, a jak teraz. Ale już teraz mogę powiedzieć, że znajomy jest bardzo uparty i za nic nie udało się go przekonać, że pewnych rzeczy już nie słyszy.

PS. Możliwe jednak, że audiofile nie są uparci. I naprawdę nie powinno się słuchać za głośno tego testu. Głos lektorki powinien mówić, a nie krzyczeć.

środa, 5 listopada 2025

Koniec Polskiego Radia FTA z satelity

Trzeciego listopada zakończono emisję Jedynki, Dwójki, Trójki, PR24 oraz PR dla Zagranicy z satelity Eutelsat Hot Bird 13G.

Czy o tym można było się wcześniej dowiedzieć? Mówiono o tym w programach, były jakieś informacje na stronie PR?

Czy inni nadawcy też tak robią, tzn. zaprzestają nadawania przez satelitę?

Sytuacja jest dziwna i zaskakująca. Ja sam nie słucham już za wiele radia. Mogłem pewnych rzeczy nie usłyszeć. Ale wygląda na to, że ludzie, którzy radia słuchają regularnie też nic o tym nie wiedzieli.

W związku z tym trzeba zadać jeszcze jedno pytanie.

Czy nadawcy w innych krajach kończą nadawanie bez wcześniejszego poinformowania o tym swoich słuchaczy?

Przykładowo BBC nadaje kilka programów FTA z Astry 2E. Załóżmy, że oni postanowią zaprzestać nadawania. Czy zrobią to tak jak nasi, bez podawania wcześniej informacji o tym? No ale może jednak nasi informowali o tym słuchaczy? Chciałbym się dowiedzieć o tym gdzie i jak. 

poniedziałek, 3 listopada 2025

Ile lat mają twoje uszy?

W sieci jest kilka filmów o takim tytule. Są w nich prezentowane różne dźwięki testowe i można w ten sposób sprawdzić jaką częstotliwość się jeszcze słyszy. To wszystko jest jednak bardzo mylące.

Jeżeli ktoś usłyszy w takim filmie ton o wysokości np. 12 kHz, to wcale nie znaczy, że słyszy dobrze. W realnym świecie, tzn w takim, w którym ludzie się starzeją i z biegiem lat słyszą coraz gorzej 12 kHz jest w sumie dość wysoką częstotliwością. W tym realnym świecie zdarzają się też różnego rodzaju problemy ze słuchem. I w realnym świecie bezpieczniki i kable nie mają wpływu na brzmienie muzyki.

Kiedyś nasze krajowe radio w programie stereofonicznym (czwarty, a od lipca 1983 roku drugi) nadawało z pasmem właśnie do 12 kHz. I muzyka brzmiała dobrze.


Obejrzenie filmu i odsłuchanie dźwięku testowego nie daje żadnych danych o tym, jak się słyszy.

Obrazek pokazuje przykładowe spektrum utworu wraz z nałożonymi na nie dźwiękami testowymi z pewnej strony internetowej. Tam akurat korzystają z tonów o określonej częstotliwości. I są to te "szpilki" wystające ponad zaznaczoną linię. Trzeba dodać, że ta strona nie zawiera żadnego filmu, jednak zazwyczaj wykorzystywane "przemiatanie" nałoży się na spektrum utworu.

Nawiasem mówiąc, spektrum normalnie opada wraz ze wzrostem częstotliwości. Jednak "komercyjny" sposób realizacji dźwięku polega na tym, że górny skraj pasma jest sztucznie podgłośniony. Na tym polega uzyskanie iluzji, że mamy do czynienia z "jakością dźwięku".

Można zauważyć, że tony testowe jest o wiele głośniejsze niż muzyka. Nawet nie ma specjalnego znaczenia ile dokładnie ten ton służący do "testowania" słuchu jest głośniejszy. Powiedzmy, że w tym przykładzie muzyka przy 8 kHz ma -63 dB, a ton "testowy" trochę poniżej -36 dB.

Same liczby nie mają większego znaczenia. Muzyka może być zrealizowana inaczej, bo wysokie tony mogą być głośniejsze. Ale mogą być też cichsze. Nie ma też norm na to, jak głośny dźwięk się prezentuje słuchaczowi na różnych strona i w filmowych testach. W tym konkretnym przykładzie ta różnica jest niemal 30 dB. I to pokazuje skalę błędu, który można popełnić "testując" w ten sposób. A błąd może być naprawdę duży, bo głośność też może być ustawiona za wysoko.

Ktoś, kto w filmie czy na jakiejś stronie z "testami" usłyszy np. te wspomniane 12 kHz, to znaczy tak naprawdę, że w muzyce on słyszy dźwięki znacznie niższe. O tych 12k może zapomnieć.

Jedyna miarodajna metoda polega na wykonaniu profesjonalnego badania. Można też skorzystać z aplikacji, ale to wiąże się z problemem użycia nieskalibrowanych słuchawek. Największy problem polega jednak na interpretacji takich badań, także tych profesjonalnych. Opór przed przyjęciem do wiadomości przykrych faktów jest ogromny.

poniedziałek, 27 października 2025

Uchem weterana: ARP-LIFE "Jumbo jet"

Tym razem płyta z roku 1977, ARP-LIFE "Jumbo jet".

Rys. 1. Egzemplarz płyty w dobrym stanie.

 

Jeśli ktoś nie czytał poprzedniego wpisu, który jest tu, to warto się z nim zapoznać.

Według tego, co zostało napisane w tym wcześniejszym poście, talerze perkusyjne zazwyczaj są odcinane przy około 5 kHz. Tu czynele są podcięte według tego schematu, ale czasem też trochę niżej. Spójrzmy:

Rys. 2.

W przypadku tej płyty talerze perkusyjne najwięcej energii mają w zakresie mniej więcej 3 - 7 kHz, co daje nam, starszym panom, możliwość ich usłyszenia. Płyta brzmi dobrze, instrumenty są czytelne, chociaż te "blachy" nie są jakieś bardzo głośne.

Warto zauważyć, że płyta świetnie się nadaje do pokazania, że faktycznie muzyka może być zapisana w paśmie do 7 kHz. Tu oczywiście jest szersze pasmo, ale dźwięki powyżej 7 kHz można i trzeba traktować jako pewien rodzaj luksusu. Dobrze, że są ale przecież niewielu może ten luksus docenić, tzn. usłyszeć.

PS. Pisze się Jumbo Jet, ale to szczegół. Prowadzący blog nabył płytę drogą kupna pod wpływem pewnej audycji, w której gościem był Andrzej Korzyński. Z tej audycji można się było dowiedzieć np., że zespół ARP-LIFE nie miał syntezatora ARP i dlaczego nazywał się tak, jak się nazywał. W audycji były odtwarzane utwory skomponowane przez Andrzeja Korzyńskiego, które wykonywali m.in. Czesław Niemen, Maryla Rodowicz,  Franek Kimono i Violetta Villas. Był też odtworzony jeden utwór z tej płyty, tzn. z Jumbo jet, dokładnie BABY-BUMP. Zresztą można sobie tej audycji posłuchać na stronie Trójki. A nawet jeśli ktoś słuchał, to warto sobie przypomnieć. Mam nagranie audycji zrobione podczas emisji w 2018 r., a nie z tej strony Trójki, to tak na marginesie.

wtorek, 21 października 2025

Dlaczego audio to ciemna strona księżyca?

Od jakiegoś czasu przyglądamy się różnym płytom. Brzmią źle, ale słuch już nie ten co kiedyś. Według pokazanych wcześniej norm słyszenia w wieku 60 lat będziemy mieć lekki niedosłuch i to już od 6 kHz. Płyty są nagrywane w taki sposób, że kompletnie nie uwzględnia się podstawowego faktu, że z wiekiem słyszy się coraz gorzej, a wysokich tonów już wcale. Czemu tak się robi?
Spójrzmy na poniższy rysunek:

Rys. 1. Płyta decelitowa 78 obrotów na minutę, wydana po drugiej wojnie światowej, najpóźniej w roku 1948.

Co o tej płycie można powiedzieć poza tym, że autor jej nie posiada i to tylko fragment audycji radiowej?

Jakość dźwięku na tej płycie nie jest zbyt dobra. Zniekształcenia są spore, a pasmo przenoszenia mocno ograniczone. Powyżej 7 kHz jest tylko szum. Na pierwszy dźwięk w tym fragmencie składają się dwa instrumenty, kontrabas i hi-hat. Pomimo tego, że sama płyta przenosi pasmo ledwo do 7 kHz, to hi-hat jest wyraźnie słyszalny, można nawet powiedzieć, że jest dość głośny. Nie jest to niczym dziwnym, bo spektrum dźwięku talerzy perkusyjnych zaczyna się poniżej 200 Hz. Licząc od 150 Hz w tym decelitowym wydawnictwie mamy pięć oktaw z pełnego spektrum instrumentu (150 - 300, 300 - 600, 600 - 1200, 1200 - 2400, 2400 - 4800 Hz), brakuje dwóch oktaw (4800 - 9600, 9600 - 19200 Hz). Pełne spektrum tego instrumentu obejmuje siedem oktaw.

W tym nagraniu hi-hat najwięcej energii ma w okolicach 2500 Hz, a to są częstotliwości średnie.

Jeśli się sprawdzi jakie częstotliwości dźwięku mogą zagrać różne instrumenty okaże się, że częstotliwości podstawowe wszystkich, wyjąwszy instrumenty elektroniczne, da się zapisać w paśmie do 7 kHz. Dokładnie to będzie 7040 Hz dla najkrótszej piszczałki organów. Skoro w 1948 roku syntezatorów nie było, to na płytach decelitowych czy szelakowych można było nagrać wszystko. Traciło się tylko tony harmoniczne, ale zazwyczaj niewielką ich część i to nawet nie wszystkich instrumentów.

Do osiągnięcia bardzo dobrej jakości na płycie 78 rpm tak naprawdę potrzebne jest zmniejszenie poziomu zniekształceń i szumów. Poszerzenie pasma sprawi, że dźwięk będzie doskonały, ale przecież nie każdy tą różnicę może zauważyć.

Wydawać by się mogło, że wprowadzenie płyty długogrającej powinno rozwiązać problem z jakością dźwięku. Jednak Andrzej Lipiński, ceniony polski reżyser dźwięku, powiedział następujące zdanie: „Złote lata fonografii to są lata sześćdziesiąte, a potem już było coraz gorzej”.

 

Rys. 2. Płyta winylowa - standard manipulacji dźwięku.

 

Wyjaśnienie ze wszystkimi szczegółami dlaczego począwszy od lat siedemdziesiątych „było coraz gorzej” zostawmy realizatorom dźwięku. My zajmiemy się tu rzeczami najważniejszymi. A z tych rzeczy najważniejszych najważniejsze jest „kłamstwo założycielskie”.

Jakość poleciała na łeb od lat siedemdziesiątych, jednak przyczyn problemu należy szukać w roku 1955. Mianowicie w tym właśnie roku zaczęto nagrywać na wiele śladów. Próbowano pewnych rzeczy pewnie wcześniej, ale wprowadzenie ich w życie było trudne z powodu ograniczonych możliwości technicznych.

Mając więcej śladów niż jeden można każdy instrument nagrać w inny sposób. Nagrywając na jeden ślad, stereo nic tu nie zmienia, wszystkie instrumenty nagrywa się tak samo.

W tamtym czasie korzystano z dwóch rodzajów emisji radiowej: AM oraz FM. AM pozwala na nadawanie dźwięku z pasmem do około 4 kHz (maksymalnie 5 kHz). Wynika to z tego jaką „szerokość” może mieć jedna stacja na skali radiowej. Jeśli przyjmie się 10 kHz, to pasmo przenoszonych dźwięków będzie ograniczone o połowę, tzn. do 5 kHz. Gdy stacja zajmuje 9 kHz na skali, to pasmo przenoszenia musi być ograniczona do 4,5 kHz. Modulacja częstotliwości, czyli FM, daje większy potencjał, bo pasmo przenoszenia sięga 15 kHz. Zagadnienie mono/stereo nie ma dla meritum sprawy żadnego znaczenia.

Najwyższa częstotliwość, którą może zagrać fortepian to 4698,63 Hz (harmoniczne pomijamy.) Dlatego wybrano takie, a nie inne parametry w odniesieniu do emisji radiowej AM.

Jeżeli przez radio AM nada się transmisję na żywo z koncertu jakiegoś zespołu, to możliwe będzie przekazanie dźwięku kompletu instrumentów. Koncert organowy pomińmy. Słuchacz odniesie pozytywne wrażenie. Zaznaczyć trzeba, że do tej transmisji użyje się pojedynczego mikrofonu. Podobnie pozytywne wrażenia będzie mieć słuchacz, jeśli przez radio AM odtworzy się płytę nagraną metodą jednego mikrofonu/śladu.

Przyjęliśmy, że spektrum czyneli ma siedem oktaw zaczynając liczyć od 150 Hz. Na 4800 Hz kończy się piąta oktawa i zaczyna szósta. W takim razie przez radio AM można przenieść z minimalnym uszczerbkiem pięć oktaw z siedmiooktawowego spektrum czyneli. Poza tym odtwarzając przez radio AM płytę z rys. 1. otrzyma się dźwięk zbliżony do oryginału. Ograniczenie pasma będzie zauważalne, ale ogólne wrażenie jednak pozostanie pozytywne. Wciąż będziemy słyszeć komplet instrumentów. I hi-hat nadal będzie słyszany wyraźnie.

Teraz spójrzmy jeszcze raz na rys. 2. Pokazuje on standardowe podejście do realizacji dźwięku w technice wielośladowej, które zdaje się obowiązywać od lat siedemdziesiątych w odniesieniu do najlepiej się sprzedających gatunków muzyki. Jak widać hi-hat został podcięty przy 5 kHz. Brakuje zatem pięciu oktaw, a pozostawiono zaledwie dwie. Kluczowe jest to, że brakuje dokładnie tych pięciu oktaw, które jest w stanie przenieść radio AM. Brakuje też tych pięciu oktaw, które jest w stanie usłyszeć osoba starsza.

Nagranie z rys. 2. odtworzone przez radio AM zabrzmi źle, ale już na FM będzie brzmiało dobrze. Jakie to ma konsekwencje?

Potencjalny klient zauważy, że dany przebój brzmi źle na falach średnich, a dobrze na UKF-ie. Poza tym zauważy, że w ogóle wszystkie popularne piosenki brzmią źle na AM i fajnie na FM. W takim razie, o ile jeszcze takowego nie posiada, będzie chciał sobie kupić radio z FM. Ogólnie rzecz biorąc, żeby muzyka brzmiała dobrze trzeba sobie kupić „lepszy” sprzęt. Radio musi być lepsze, gramofon, głośniki, wszystko.

Jednak to nie jedyny powód realizowania dźwięku w ten sposób, jak to widać na rys. 2. Dodatkowy czynnik to pojawienie się na rynku w 1963 roku kasety magnetofonowej. Jakość pierwszych magnetofonów kasetowych nie była nadzwyczajna. Pierwotnie miały być dyktafonami. Tak czy inaczej kopiowanie płyt na kasety nie zwiększa zysków wytwórni płytowych. Skoro jednak taki magnetofon-dyktafon nie mógł zapisać więcej niż 5 czy 6 kHz, to obcinanie pięciu oktaw ze spektrum czyneli z pewnością można uznać za jakiś sposób walki z piractwem.

Pod koniec lat siedemdziesiątych magnetofony kasetowe pozwalały już na uzyskanie kopii, w szczególności na taśmie typu IV, trudnej do odróżnienia od oryginału, tj. płyty długogrającej. Jednak przeciętny magnetofon kasetowy raczej słabo sobie radził z górą pasma. W tym kontekście zupełnie zrozumiałe są działania realizatorów dźwięku, którzy podcinali czynele przy 10 kHz. Wtedy na oryginalnej płycie brakowało już sześciu oktaw (przypomnijmy, że w ogóle jest ich siedem, tzn. licząc od 150 Hz), a na kopii kasetowej brakowało nawet tych pozostawionych przez realizatorów dźwięku szczątków po talerzach perkusyjnych. Poza tym, aby utrudnić kopiowanie płyt na kasety, sztucznie zwiększano poziom składowych górnego skraju pasma. Szansa na gorszą jakość kopii była w ten sposób większa. Można też podejrzewać, że najpopularniejszy system redukcji szumu (z dwoma „D”), został tak pomyślany, aby kopia miała jednak gorszą jakość. Teoretycznie ten system redukcji szumu miał solidne podstawy, jednak bez dokładnej kalibracji magnetofonu do kaset konkretnego producenta zazwyczaj działał w ten sposób, że kopia miała za mało wysokich tonów. Wielu użytkowników ten system ignorowało, ale wtedy nagrania szumiały trochę mocniej.

W latach siedemdziesiątych technikę nagraniową charakteryzowało głównie manipulowanie wysokimi tonami, aby nagrania brzmiały źle przez radio AM i na kiepskim sprzęcie tudzież z kopii kasetowych. Natomiast kolejna dekada to już kompresja dynamiki dźwięku. Loudness War.

Podsumowując technika studyjna raczej nie służy do tego, żeby uzyskać dobrą jakość dźwięku. Niemożliwe jest pogodzenie ze sobą zasad Hi-Fi z usuwaniem ze spektrum instrumentów pięciu czy sześciu oktaw, czy manipulowanie dynamiką dźwięku przy użyciu limiterów i kompresorów. Jedno i drugie powoduje powstanie bardzo dużych zniekształceń, które są mylnie interpretowane jako wysoka jakość. Technika studyjna raczej służy wywołaniu wrażenia jakości. Faktycznie jednak to jest miraż.

Po kilku dekadach słuch człowieka niestety ma możliwości zbliżone do radia AM. Dlatego lwia część „dorobku” fonograficznego u osoby zwracającej jednak uwagę na to, co słyszy powoduje mdłości.

Dzisiejsze mity o potrzebie posiadania dobrego sprzętu mają jednak swe źródło, które tak naprawdę jest manipulacją. Manipulowanie dźwiękiem w sposób tu przedstawiony powoduje, że dobry sprzęt faktycznie jest potrzebny, czy wtedy był potrzebny. W latach siedemdziesiątych dźwięk (zmanipulowany) faktycznie stanowił wyzwanie dla sprzętu. Żeby usłyszeć coś więcej taki „zwyczajny” nie wystarczał. Jednak ten kiepski sprzęt z lat sześćdziesiątych miał mały głośnik w górnej pokrywie gramofonu czy też był radiem z falami długimi i średnimi. Jedno i drugie nie odtwarzało ani wysokich tonów, ani basów. A poza tym, zresztą może to jest najważniejsze, kiepski sprzęt nie grał głośno. Mimo wszystko nagranie zrobione normalnie, jak to z płyty 78 obrotowej, które widzimy na rys. 1. grało nawet na kiepskim sprzęcie wystarczająco dobrze. Aczkolwiek dla osoby nie lubującej się w głośnościach dyskotekowych.

Ciemna strona księżyca metaforycznie może się odnosić do negatywnych cech ludzkiej natury. Tu będzie to przede wszystkim chciwość. 

poniedziałek, 13 października 2025

Uchem Weterana: Phil Collins – Face Value

Tym razem przyglądamy się płycie Face Value, którą Phil Collins wydał w 1981 roku.

Rys. 1.

To wydawnictwo znalazło się tu z powodu ciekawej wypowiedzi muzyka. Realizacja dźwięku przedstawia się tak:

Rys. 2. Na rysunku mamy widma (lewy kanał) trzech różnych utworów.

Phil Collins w jednym z wywiadów, które czytał lub odtwarzał w Trójce Piotr Kaczkowski, to były lata osiemdziesiąte, powiedział (o ile dobrze pamiętam), że demo utworu ma większą energię (ekspresję?) niż wersja studyjna. I ta wypowiedź miała związek z tą płytą, gdyż część materiału została nagrana w domu. Jeżeli ktoś z Czytelników wie o jaki wywiad chodzi proszony jest o podpowiedź w komentarzu gdzie go szukać.

Poza tym Piotr Kaczkowski lansował swego czasu utwór „A na plaży... (Anna)” zespołu Rendez-Vous. Piosenka była odtwarzana z taśmy (kasety?) demo. Po jakimś czasie zespół wydał płytę z tym utworem i utwór nagrany w studio bardzo mocno stracił na ekspresji.

Manipulowanie brzmieniem przez realizatorów dźwięku powoduje nie tylko to, że nagrania nie nadają się do słuchania przez ludzi mających gorszy słuch, a takich jest ogromna liczba, ale nawet ci, co dobrze słyszą mają z tym problemy.

sobota, 4 października 2025

Jakość dźwięku w roku 1988 i sałnd kłality w 2025.

W latach osiemdziesiątych interesowaliśmy się jak uzyskać najlepszą jakość dźwięku. Wcześniej też, ale autor nie ma zdjęć, które by mogły to w jakiś sposób zilustrować, chodzi o własne zdjęcia.

Rys. 1. Złe ustawienie kolumn (druga stała podobnie, na zdjęciu był też autor bloga). Takie ustawienie jest lepsze niż na meblościance, ale i tak jest złe. W pomieszczeniu brak jakiejkolwiek adaptacji akustyki.

W takich warunkach nie ma szans na dobry odbiór. I nie ma żadnego znaczenia rodzaj głośników. Tu są jeszcze przed przeróbkami. Autor mógłby ustawić w ten sposób dowolny sprzęt, a i tak jakość dźwięku byłaby zła. Bardzo istotne jest jednak to, że lepszy sprzęt dałby minimalnie lepszy odbiór. W odniesieniu do sprzętu, który jest na zdjęciu niżej, to lepszy mógłby być przedprzedwzmacniacz, gramofon mógłby mieć dłuższe ramię (były polskie z ramieniem normalnej długości), no i wkładka też powinna być lepsza. Ale to by były zmiany kosmetyczne. Poprawa jakości obiektywnie by była bardzo mała.

Rys. 2. Do tego sprzętu bardziej by pasowały mniejsze kolumny. Poza tym, a może przede wszystkim, jakość dźwięku słyszy się przy umiarkowanych głośnościach.

Problemem nie do obejścia była niewiedza. Jakości dźwięku nie należało szukać w sprzęcie, ale w jego ustawieniu i przede wszystkim w akustyce pomieszczenia. Tylko kto wtedy wiedział, jak się robi adaptację akustyki? Teraz autor ma adaptację zrobioną z ponad trzydziestu paneli. Ale żeby to doprowadzić do optimum potrzebny jest jeszcze mikrofon pomiarowy, komputer i oprogramowanie, o wiedzy nie wspominając. W latach osiemdziesiątych nikt z nas nie miał wiedzy, o komputerach i programach do nich zamilczmy. Chociaż byli tacy, którzy coś próbowali. Za materiał służyły wtedy opakowania od jajek. Świetny sposób na dokumentne zepsucie akustyki.

W tamtych latach mieliśmy dobry słuch, bo byliśmy młodzi. Niszczyliśmy go sobie hukiem, ale to osobny temat. Wspólny problem wtedy i teraz to zła realizacja dźwięku.

A jak się przedstawia temat jakości dźwięku w roku 2025?

Teraz większość ludzi nie tylko, że ma tą samą przypadłość, tzn. niewiedzę, ale jest jeszcze gorzej. Ten stan można chyba określić jako ciemnotę. Ludzie w jakimś sensie porzucili swoje mieszkania, w których mają prąd, bieżącą wodę itd., o internecie nie wspominając, a przenieśli się do lepianek czy jaskiń, jeśli się weźmie pod uwagę ignorancję.

Ludzie czytają jakieś bajki o kablach sieciowych czy USB, oczywiście takich i innych bzdur jest za trzęsienie, i zamiast zająć się tym co ma znaczenie, szukają jakości dźwięku w jakichś zabobonach. A jeśli już ktoś próbuje jakoś robić adaptację akustyki, to robi to w sposób bezsensowny i efekt jest tylko dekoracyjny.

Poziom absurdu jest jeszcze większy, jeśli się weźmie pod uwagę, że część z tych ludzi interesuje się jakością dźwięku od dziesięcioleci. Wielu z nich jest starszych od prowadzącego blog i ma jeszcze gorszy słuch niż on. A mimo to wierzą oni w bajki o kablach i bezpiecznikach i nie zauważyli, że z nagrań poznikały im instrumenty.

Jak można nie zauważyć, że się słyszy wyższe częstotliwości o kilkadziesiąt dB słabiej, że płyty są zrealizowane źle, a pomimo tego wszystkiego twierdzić, że się słyszy różnicę po zmianie kabla?

W ogóle to problem jakości dźwięku jest mało istotny. Ale są inne z nim powiązane i okazuje się, że te są już bardzo poważne.

Wtedy niewiele słyszeliśmy, bo nie wiedzieliśmy jak słuchać. Teraz nie słyszymy, bo mamy zły słuch, a płyty są źle zrealizowane. Chociaż były momenty, gdy wszystko było w najlepszej możliwej jakości. Przez słuchawki. Ale kto lubił słuchawki? No właśnie. A szkoda.

środa, 1 października 2025

Tuning kolumn rok 1988

Kolumny, które prowadzący blog postanowił przerobić w 1988 roku:

Rys. 1. To zdjęcie zostało wykonane na stancji. Kolumna nie jest do niczego podłączona, czeka na powrót do domu po naprawie gwarancyjnej. Źródłem muzyki było to radyjko, może jakieś inne. Ustawienie wynika ze względów logistycznych, a zresztą w tamtych czasach nikt się tym nie przejmował.



Co było powodem modyfikacji? Kolumna się popsuła, albo miała wadę fabryczną. Podczas głośniejszego grania niskim dźwiękom, przede wszystkim bas i stopa, towarzyszyło „chrobotanie”. Okazało się, że cewka głośnika średniotonowego ociera o magnes. Poza tym ta konstrukcja nie posiadała komory na głośnik średniotonowy. Dlatego działał on trochę jak membrana bierna dla głośnika niskotonowego.

Po naprawie zostały dodane komory na głośniki średniotonowe. Objętość komór była podobna, jak w Altusach.

Druga zmiana polegała na wywierceniu otworów, które w zamierzeniu miały być zamaskowane na wzór Altonów. Oryginalnie obudowa nie była zamknięta, dlatego taka przeróbka.

Po jakimś czasie została jeszcze zmieniona zwrotnica. Można już było kupić prawie wszystko, więc oryginalne zwrotnice zostały wymienione na takie z Altusa. Te zwrotnice kupowało się chyba jako osobne elementy. Z technicznego punktu widzenia nie było to raczej błędem. Głośniki miały podobne właściwości.

Jeśli chodzi o wymianę zwrotnicy, to została ona wymieniona przede wszystkim dlatego, że w obwodzie głośnika niskotonowego była oryginalnie cewka o małej indukcyjności. Było to 0,6 mH w porównaniu do 2,4 mH w tej z Altusów. Elementy oryginalnej zwrotnicy musiały być opisane, inaczej autor by nie widział potrzeby zmieniania czegokolwiek. A schematy zwrotnic do Altusów były pokazane w Radioelektroniku. Częstotliwość podziału przerabianych kolumn wypada około 2 kHz.

Czy te zmiany coś dały? Konkretnie chodzi o to czy to było słychać. Dodanie komory dla średnich tonów było zauważalne, chociaż różnica była mała. Przy głośnym słuchaniu głośnik średniotonowy jednak już nie „fruwał”.

Wymiana zwrotnicy to już była sprawa przede wszystkim psychologiczna. Przy porównaniu A/B na pewno by się coś dało zauważyć, jednak takie przeróbki trochę trwają. Skoro głośniki nie działają przez cały dzień, to jest wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć jak grały przed przeróbką.

A czy autor by te przeróbki zrobił mając aktualną wiedzę? Prędzej by je zamienił na mniejsze, ustawił optymalnie i słuchał po cichu, tzn. z głośnością domową, a nie dyskotekową. Najlepiej by było pozostać przy tych 15 W od Amatora, tzn. Zg-15C. To nie była jednak przesiadka z tych piętnastowatowych, ale z 30 W. Konkretnie Zg-30-C. Jeśli by ich się nie dało zamienić, bo kupiec był, to można by dla spokoju sumienia dodać komorę do średnich tonów i nic więcej nie robić.

Tak w ogóle, to żeby kupić te kolumny ze zdjęcia, to trzeba było pojechać do Wrześni i stać cały dzień w kolejce. A cel był inny. Wszyscy chcieli kupić Altony, ale ich zabrakło, więc zostały kupione te. Ktoś z kolejki powiedział, że Saby kupują niemuzykalni.

Na koniec warto dodać, że obecnie można kupić kolumny, które nie mają nic w obwodzie głośnika nisko-średniotonowego. A ich użytkownicy w opiniach piszą, że grają bardzo dobrze. Jak by się ktoś uparł, to mógłby przerobić zwrotnicę, ale w odsłuchu nic to nie zmieni. Trudno poprawić producenta.

PS. Ten plakacik widoczny na zdjęciu - nie ja go powiesiłem. U mnie w chałupie na plakacie była Urszula. To był taki duży plakat ze zdjęciem podobnym do tych z pierwszej płyty. Może ktoś pamięta. 


poniedziałek, 22 września 2025

Uchem Weterana: Kate Bush "Wuthering Heights", czyli Heathcliff odwal się

Takie słowa nie padają na tej płycie. A może jednak padają? To o co chodzi? Zaraz się o tym przekonamy. Najpierw zastanówmy się do kogo ta płyta była adresowana, oczywiście w 1978 roku.

Wydaje mi się, że były to dwie grupy odbiorców.

Grupa pierwsza to rówieśnicy Kate Bush. Rówieśnicy, czyli trochę mniej lub więcej niż 20 lat. Im podobały się piosenki, jak również ich brzmienie, tzn. strona realizacyjna. Ta grupa miała wtedy dobry słuch.

Druga grupa to, jak sądzę, mężczyźni w wieku 30 - 40 lat. Słuch już sporo gorszy niż w grupie pierwszej. Muzyka dla nich była bardziej obojętna, chociaż na pewno wydawała się ciekawa, ale chyba bardziej im się podobała sama Kate Bush.

Rys. 1. Bardzo dobre wydanie - DR 12.

Nawet malutka okładka CD robi wrażenie, a co dopiero LP. To nie jest absurdalny pomysł, że uroda Kate Bush kusiła nabywców. Proszę sobie obejrzeć następną płytę (Lionheart).

Mamy więc dwie grupy ludzi, które płytę kupowały (młodzież wyciągnie kasę od swoich starych). Była też trzecia grupa. To osoby po pięćdziesiątce. Im ta płyta raczej się nie podobała, a niektórzy mogli nawet uważać, że Kate Bush nie umie śpiewać. Zresztą ktoś powiedział o tej płycie tak: "Są płyty, które należy zniszczyć po przesłuchaniu, ale są też takie, które trzeba zniszczyć przed przesłuchaniem".

To sprawdzamy czy Kate Bush potrafi śpiewać i czy jej płyty trzeba niszczyć i kiedy:

Rys. 2. Utwór tytułowy. "S" jest przy głosce "s" w słowie "it's". To początek refrenu: "Heathcliff, it's me, I'm Cathy". "S" jest zrealizowane wysoko, powyżej 7 kHz.

 

Z rys. 2. widzimy, że realizator dźwięku zrobił sybilanty strasznie wysoko. "S" jest od 7 kHz. W normalnej mowie byłoby znacznie niżej, już od około 3 kHz, tzn. będzie coś nawet poniżej tych 3 kHz. Co z tego wynika?

Po pięćdziesiątce 7 kHz słyszy się tak jakoś od 20 do 40 dB słabiej, pomijając ludzi z naprawdę mocno uszkodzonym słuchem (przez hałas i różne schorzenia). W takim razie słuchając płyty z tak zrobionymi sybilantami ludzie starsi ich nie słyszą w ogóle, względnie bardzo słabo. O Kate Bush pewnie by powiedzieli, że nie umie śpiewać. No nie od razu. Ale, że sepleni czy coś w tym rodzaju, już prędzej.

W tytule posta są słowa "Heathcliff odwal się". Czy nikomu się nie wydawało, nie słysząc sybilantów i mając więcej niż pięćdziesiąt lat, że Kate Bush śpiewa właśnie "Heathcliff eat me"? Mogło się tak wydawać, szczególnie na słabej kopii z kasety magnetofonowej. Wobec tego taki ktoś mógł pomyśleć, że piosenkarka nie dość, że sepleni, to pisze bezsensowne teksty. Jest taki archiwalny wywiad, gdzie prowadzący mówi do artystki coś takiego: „Co mogłabyś robić innego, niż pisać piosenki?” Jeśli ktoś zna ten wywiad to wie, że dziennikarz nie wyrażał w ten sposób podziwu, ale raczej lekceważenie. Możliwe jednak, że przypisuję mu te intencje niesłusznie.

A co ze śpiewaniem? Czy Kate Bush potrafi śpiewać?

Kate Bush zawdzięcza realizatorom dźwięku nie tylko to, że ludziom mogło się wydawać, że sepleni i pisze niezrozumiałe teksty, ale też to, że niektórzy uważali, że nie umie śpiewać.

Jeśli się porówna utwór tytułowy z innymi okaże się, że jest on zaśpiewany wyżej, pozostałe są już śpiewane bardziej zwyczajnie. Ale czy przypadkiem to nie zostało zrobione sztucznie? W studio? Pisałem tu o płycie Kayah i tam mi się wydawało, że jej głos został sztucznie obniżony. Tutaj w odniesieniu do utworu tytułowego wydaje mi się, że realizatorzy głos podwyższyli. Żeby było "fajniej". Nie brzmi to naturalnie, ale może się podobać. Producenci mogli jednak zauważyć, że nie każdemu takie śpiewanie odpowiada, więc reszta utworów jest bardziej zwyczajna. Utwór tytułowy był nagrany trochę wcześniej, więc można było uchwycić reakcje odbiorców. Być może te reakcje spowodowały, że zarzucono sztuczne podwyższanie głosu.

Realizatorzy dźwięku wyrządzili wiele złego Kate, ale co zrobili z resztą, czyli jak zostały zrealizowane instrumenty?

Czynele są oczywiście podcięte. Nie są podcięte bardzo wysoko i nawet trochę je słychać. W ogóle to płyta nie brzmi bardzo źle, naturalnie w uszach osoby starszej i gorzej słyszącej, ale tylko dlatego, że to wydanie ma DR 12. Z jakiegoś wznowienia po „remasteringu” czyli tak naprawdę tylko sztucznie zwiększonej subiektywnej głośności przez obniżenie dynamiki dźwięku, to by już było totalne błoto i słuchać by się nie dało. Najlepiej płyta brzmi zapewne z winyla, oczywiście z pierwszego tłoczenia.

Słuchałem tej płyty ładnych kilka lat temu, może dziesięć. Wydawało mi się wtedy, że mam dobry słuch i wszystko doskonale słyszę. Przecież tak mi pisano od czterdziestu lat w gazetach. Ale sprzęt nie był ustawiony dobrze, a adaptacji akustycznej wtedy nie miałem żadnej. I wrażenie było straszne.

Słuchając płyty dziesięć(?) lat temu zastanawiałem się co mogło się stać z taśmą matką, że to tak tragicznie brzmi. A może transfer został skopany?

Wróćmy do winyla, którego nie mam, bo jest bardzo drogi. Są jakieś tańsze wznowienia, ale one bywają remasterowane, czyli dźwięk raczej został tylko dodatkowo zdewastowany, a przecież nie o to nam chodzi. Dlaczego on by zabrzmiał najlepiej (pierwsze tłoczenie)?

Winyl ma to do siebie, że źle znosi wysokie tony. Więc nacina się go tak, że wysokich wysokich jest mniej, a tych wysokich mniej wysokich tonów, które my jeszcze słyszymy, jest więcej. Nie musi tak być zawsze, ale wydaje mi się, że tak zazwyczaj jest. Poza tym na winylu jest trochę zniekształceń. One powodują, że te słabo słyszalne wysokie tony są trochę jakby lepiej słyszalne. Taki mi się wydaje po porównaniu kilku płyt na CD i na winylu. A te zniekształcenia, które wzrastają wraz ze zbliżaniem się do środka płyty, dla człowieka starszego przestają mieć znaczenie, bo ich prawie nie słyszy, a jeśli już, to pomagają w odbiorze. Taki paradoks. Jak jest gorzej, to jest lepiej. Ale to moje zdanie.

I na koniec chciałbym napisać, że ja się zaliczałem do pierwszej grupy. Mi się płyta podobała. I nadal jestem w tej grupie, choć mam prawie sześćdziesiąt lat i źle słyszę. Powinienem być w trzeciej, ale nie chcę w niej być. Tzn. wiekowo i słuchowo jestem, ale nie pod względem muzycznych upodobań.

Co prawda nigdy nie byłem tak zakochany w Kate Bush jak np. Tomasz Beksiński, a „Don't Give Up" nie cierpię, ale też chciałbym się znaleźć na miejscu Petera Gabriela. Aczkolwiek bardziej z zazdrości i jednak pod warunkiem, że Kate zaśpiewałaby mi jakiś własny utwór. Ok to taki żart. Znam bajkę o Kopciuszku, ale w bajki nie wierzę, w szczególności nie wierzę w bajki pisane przez dziennikarzy w magazynach audio. W każdym razie mam nagranie tej audycji (prawie na pewno).

A co by trzeba zrobić, żeby ta płyta brzmiała dobrze dla nas po tylu latach? Jak nagrać? Nic nie trzeba robić. Nagrywać normalnie zgodnie z zasadami H-Fi, a nie jakimiś chorymi metodami wymyślonymi na potrzeby reguł akwizycji.

A co się stało z tymi trzema grupami? Pierwsza i druga stała się trzecią. Tej ówczesnej trzeciej już nie ma. Ta druga, która stała się trzecią jest teraz mniej liczna. Niemniej jednak wszyscy słuchają tej płyty i są zachwyceni sałd kłality. Pranie mózgów przez dziennikarzy ma swój efekt. Te kłamstwa zostały powtórzone już nie sto czy tysiąc razy. Je powtórzono miliony razy. Teraz siwowłosi lub mający ponadprzeciętnie wysokie czoła ludzie szukają idealnego zestawu stereo, magicznych kabli i bezpieczników, a niektórzy z nich piszą na forach o tym jaki wpływ na sałnd kłality ma kabel sieciowy. Kabel sieciowy słyszą, ale nie zauważają tego, że wysokie tony im osłabły o kilkadziesiąt dB.

PS. Jest też nowa wersja "Wuthering Heights" śpiewana już nie tak wysoko. Ale tu jest mowa o oryginalnej płycie. W każdym razie trzeba o tym wspomnieć. No i posłuchać obu wersji. Najlepiej w komputerze otworzyć dwie instancje odtwarzacza. Moje wrażenie jest takie, że ta nowa wersja tworzy z pozostałymi utworami całość, a oryginalna się wyróżnia.

środa, 17 września 2025

Co pokazują normy progu słyszenia oraz izofony

Popatrzmy na wykresy izofon:

Na rysunku są dorysowane linie i zaznaczone kilka punktów.

 

Wykres trzeba analizować osobno dla częstotliwości do 1 kHz i powyżej tej częstotliwości. Jednak tą lewą stronę zostawiamy na razie w spokoju.

Istotne jest to, co jest z prawej strony.

Na izofonie 20 są zaznaczone 3 punkty. Odpowiednio przy 1 kHz, 6 kHz i 8 kHz. To samo jest dla izofon 40 i 60. Widać tu pewną regułę. Izofony 20, 40 i 60 mają dla 1 kHz dokładnie tyle samo w dB, co jest oczywiste, bo właśnie dlatego tak się nazywają. Te izofony mają dla 6 kHz w przybliżeniu tyle samo, co przy kilohercu, tzn. 20, 40 i 60 dB. Z kolei dla 8 kHz odczytujemy za każdym razem 10 dB więcej (w pewnym przybliżeniu).

Dokładnie to samo jest dla wszystkich pozostałych. Te najgłośniejsze pomijamy, bo huk szkodzi.

Co z tego wynika?

Skoro z norm na próg słyszenia wychodzi, ze mając x lat dla np. 8 kHz traci się tyle i tyle, to tyle się traci bez względu na głośność słuchania. Jak jest cicho, to tych 8 kHz się nie słyszy w ogóle, a jak jest głośniej, to coś tam może się pojawić, ale zawsze o „tyle i tyle” dB słabiej. A może to być 40 dB słabiej. Może być 50 dB słabiej. Może być i będzie więcej. Za rok, za dwa…

Jest jeszcze jeden wniosek. Filtr kontur podbija basy i soprany o podobną wartość. Skoro teraz słyszymy te soprany, powiedzmy optymistycznie o 40 dB słabiej, to podbicie ich przez kontur o jakieś 10 dB nic nie daje. I tak brakuje 30 dB. natomiast jak się doda, tzn. jak ten kontur doda, te 10 dB w basie, to się zrobi już totalnie bagniste i błotniste błoto (za to masło przestaje być maślane). Dalego starsi słuchacze raczej nie lubią używać tych konturów, nawet jak je mają.

Przy konstruowaniu tych filtrów nie uwzględniono jednak charakterystyki słuchu. Tu trzeba wrócić do rysunku i porównać już obie jego strony. A starzenia to już wcale nie uwzględniono. Tu bardziej przydatne by było uwzględnienie wyników audiogramów, w szczególności osób nie będących już nastolatkami, a nawet młodzieżą.

czwartek, 11 września 2025

Tuning kolumn głośnikowych przy użyciu patyka

Ludzie mają czasem ciekawe pomysły. Ktoś wpadł na pomysł, żeby tuningować kolumny używając do tego patyka. Może nie dokładnie patyka, ale listewki. Takiej listewki:


 

Pomysł jest, moim zdaniem, absurdalny.

Kolumny, które zostały poddane temu patykowemu tuningowi są polskiej produkcji, mają charakterystyczne pierścienie i trzy stówy w nazwie. Warto się domyśleć o jakie kolumny chodzi (i obejrzeć film o tym "tuningu"). Już teraz jednak trzeba powiedzieć wyraźnie, że poprawianie producenta zazwyczaj nie ma sensu, a w tym konkretnym przypadku sensu nie ma ze względu na metodę.

Jeśli chodzi o tuning w ogóle, to zamiast coś poprawiać, lepiej jest od razu kupić produkt trochę droższy i mieć spokój. Inwestuje się wtedy w coś droższego, ale to tańsze, które być może uda się poprawić, a raczej się nie uda, staje się tak samo drogie lub droższe, jak się doliczy czas.

Producent tych tuningowanych kolumn robi też takie, które mają usztywnienia w obudowie i zamiast głośnika tubowego zwyczajny kopułkowy. Bez tuningu dostaje się to, co po tuningu, a nawet lepsze.

Ale te tuningowane kolumny usztywnień obudowy nie mają. Proszę jednak zwrócić uwagę, że producent korzysta z komory bezechowej i rzeczone kolumny w nich pomierzył. Owszem, własnej komory już nie ma, bo się spaliła bodaj 12 lat temu, ale niedaleko jest uniwersytet, który ma. I skoro kolumna została pomierzona, to producent może powiedzieć: zrobiliśmy tak, jak to sobie założyliśmy.

Czy brak usztywnień obudowy stanowi jakiś problem? Niekoniecznie. W tym konkretnym przypadku nie stanowi. Wiele osób miało kiedyś podobne kolumny, które też nie miały usztywnień, a poza tym były zrobione z cieńszej płyty, no i grały ok. Nikomu żadne rezonanse obudowy nie przeszkadzały, nikt nawet nie wiedział, że takie w ogóle są. Tzn. jak ktoś się interesował tematem, to wiedział, ale i tak ważniejsze było to, żeby w ogóle mieć.

Taka kolumna bez usztywnień działa trochę inaczej niż z nimi, ale w tym konkretnym przypadku to nie stanowi żadnego problemu, jak mi się wydaje. Jest duża, więc te ewentualne rezonanse, o ile jakieś są, będą mieć niskie częstotliwości. Jeżeli wypadną na zakres pracy otworów, to w ogóle będą niezauważalne. W praktyce bas będzie trochę głośniejszy i tyle. Jakąś różnicę można by ewentualnie usłyszeć, może ktoś ma faktycznie tak dobry słuch, ale tylko w pomieszczeniu z bardzo dobrą adaptacją akustyki i tylko w bezpośrednim porównaniu A/B. W zwykłym pokoju i przy zwykłym słuchaniu nie ma żadnych na to szans.

Teraz już o tym tuningu. Z jakimi rezonansami ma ten patyk walczyć? I jaka jest różnica? Oczywiście z filmu się tego nie dowiemy. Stukanie w skrzynkę obudowy nic nie mówi. Za to taki patyk może pogorszyć właściwości obudowy, a nie poprawić.

Autor bloga ostukał tą listewkę ze zdjęcia. I ona daje dźwięk o spodziewanej wysokości, który bierze się z jej długości i szybkości rozchodzenia się dźwięku w drewnie. Bardziej jednak czuje się drgania w palcach, niż je słyszy. Listewka nie jest sztywna, a przede wszystkim drewno nie nadaje się do robienia usztywnień. Jeśli już usztywniać obudowę, to tak, jak to robią producenci w wyższych modelach kolumn.

Tu by wypadało wrzucić kilka zdjęć, ale Czytelnik musi sobie je sam wyszukać, bo mogą mieć prawa do reguł akwizycji. A poza tym byłoby to reklamą. W każdym razie usztywnienia robi się zazwyczaj z materiału, który ma wymagane właściwości tłumienia drgań, a poza tym te usztywnienia są duże i solidne. Autorowi kojarzą się z użebrowaniem skrzydła. Przykładowo pewien producent dał do małej kolumny (monitor) naprawdę solidne usztywnienia wzdłuż i w poprzek. Taka kolumna jest naprawdę solidna, co też widać w pomiarach (wykres wodospadowy). Ale i dość droga. Normalnie daje się usztywnienia tylko "w poprzek". Co w porównaniu do takich porządnych usztywnień daje listewka?

Skrzypce są zbudowane w ten sposób, że mają tzw. duszę. Ta dusza to jest nieduży kołek, który łączy płytę górną z dolną. A zadaniem tego kołka jest (uwaga uwaga!) przenoszenie drgań z płyty na płytę. Z góry na dół i na odwrót. W ten sposób otrzymuje się lepsze pudło rezonansowe, skrzypce grają głośniej i piękniej.

Jest taki film dokumentalny, który pokazuje pewną znaną skrzypaczkę. I jest w nim właśnie mowa o tym, że ona ma lutnika, bardzo już sędziwego, który opiekuje się jej skrzypcami, no i właśnie także poprawia ustawienie tej duszy, aby lepiej brzmiały. Skrzypaczka komentuje to w ten sposób, że ona nie wie, jak ten lutnik to robi, ale robi.

W odniesieniu do kolumn, to taka listewka przenosi drgania z frontu ta tylną ściankę i na odwrót, ale są jeszcze boki obudowy, natomiast sama listewka może się odkształcać, drgać i rezonować, co ma w swej naturze. Jak się stuknie w taką obudowę z wklejonymi listewkami, to ona będzie się wydawać sztywniejsza, ale tylko wtedy, jak się stuknie we fronty. Ale jak się stuknie w boki, to nic się nie zmieni. W najlepszym razie, bo może być gorzej.

Obudowa jest całością. Połączenie przodu i tyłu coś zmienia, ale nie wiadomo w jaki sposób. Nie wiadomo czy na korzyść, czy nie. To by trzeba sprawdzić wykonując pomiary, w komorze bezechowej najlepiej.

Nasi krajowi producenci produkują też kolumny z bardzo solidnymi obudowami i porządnymi usztywnieniami. Po co zawracać sobie głowę wklejaniem listewek, które nie wiadomo jak wpływają na dźwięk, zamiast kupić coś zrobionego profesjonalnie? Ja nie twierdzę, że omawiana kolumna jest nieprofesjonalnie zrobiona. Bez usztywnień jest zrobiona, ale profesjonalnie. Profesjonalnie zrobione będą też droższe kolumny z usztywnieniami. Nieprofesjonalny jest tuning.

Jeśli chodzi w ogóle o to jak sztywna musi być kolumna, to zamknięta powinna być solidniejsza niż taka z otworem. Zawsze chodzi o masę układu drgającego czyli membrana i cewka, ale ważnym czynnikiem jest też ciśnienie, jakie powstaje wewnątrz obudowy. I tu w obudowie z otworem to ciśnienie będzie mniejsze, chociaż tak proste to też nie jest. 

A jeżeli to wszystko nie przekonuje, to proszę się zastanowić dlaczego żaden producent nie daje patyków do swoich kolumn? Gdyby to był taki świetny pomysł, to wszyscy by tak robili. A może nie robią, bo nikt na to nie wpadł? A przecież tam pracują ludzie z głową na karku. Na pewno na to wpadli pięćdziesiąt lat temu, jak nie dawniej tylko, że już wtedy musiało się okazać, że to nic nie daje. Ile to by producentów kosztowało? To są groszowe sprawy jeśli chodzi o materiał, montaż itd., a jakiż to by był zysk w osiągach i jakości. To naprawdę nic nie daje chyba, że ktoś chce mieć kolumny à la skrzypce.

czwartek, 4 września 2025

Uchem weterana: YES 90125

Tytuł płyty jest również jej numerem katalogowym. W sumie ten numer mógłby być inny. Numer telefonu, zamiast katalogowego? Audionumer?

Rys. 1. Pudełko płyty ma znaczek firmowy, co nie jest regułą.

90125 brzmi coraz gorzej z roku na rok. Ale wszyscy uznają ją za wydawnictwo brzmiące bardzo dobrze. I np. w sieci jest film, gdzie można sobie tego posłuchać z winyla, a autor uznał, że brzmienie jest ok. Niestety brzmienie tej płyty jest rzeczą względną i zależy przede wszystkim od wieku słuchacza. W 1983 roku ta płyta brzmiała fajnie, choć dziwnie, zakładając oczywiście, że słuchał jej nastolatek, czy może ktoś mający niewiele ponad dwadzieścia lat. W 1995 r. (prawdopodobnie), kiedy autor bloga słuchał tego widocznego na obrazku kompaktu, brzmiał on już mniej fajnie. A teraz i z winyla, i z kompaktu, i przez radio, i z filmu w necie, gra tragicznie.

Dźwięk wygląda tak:

Rys. 2. Na rysunku mamy zaznaczone 500 Hz oraz 8 kHz. W kontekście tego, co jest na następnym rysunku można przyjąć, że 500 Hz słyszy się przez całe życie podobnie, zawsze można we wzmacniaczu dać głośniej (czy też poprosić rozmówcę, żeby mówił głośniej), natomiast problem pojawia się wyżej. 8 kHz to częstotliwość na której zazwyczaj kończą się normy progu słyszenia. Nie bez powodu.

Rys. 3. Normy progu słyszenia, jedna z kilku wersji, optymistyczna. Faktycznie tak dobrze słyszą tylko osoby unikające hałasu. Strzałka pokazuje ile się traci w wieku 60 lat, a czerwona linia, której nie ma w oryginale, to norma dla 60 lat, ale podniesiona w górę, bo przecież wzmacniacz ma pokrętło głośności. Nawet słuchając głośniej traci się 25 dB dla 8 kHz. [2025-1983=42. 42+18=60 (lat)]

Jeżeli teraz zestawi się rysunki 2 i 3 ze sobą, to boleśnie widać dlaczego w tym nagraniu (utwór pierwszy, strona pierwsza) i na całej płycie, nie słychać czyneli (talerzy perkusyjnych), a w szczególności hi-hata. A przecież w wysokich tonach mamy więcej „dobra”, które kiedyś powodowało zachwyty, a teraz już zniknęło.

Czynele są podcięte faktycznie trochę niżej niż 8 kHz, ale tam zostało bardzo niewiele, a na domiar złego jest to bardzo ciche (stalaktyty). Teraz niech ktoś sobie wyobrazi, że zrobi EQ tego utworu w ten sposób, że da 8 kHz ciszej o 25 dB. W ogóle to EQ trzeba zrobić według czerwonej linii. Czyli wyglądałaby ta korekcja mniej więcej w ten sposób: dla 1 kHz -3 dB, dla 2 kHz jakieś -6 dB, 4 kHz -15 dB, no i 8 kHz -25 dB. Ale trzeba iść dalej i przy 12 kHz to by już wypadało dać tak z -50 dB. Taka korekcja to oczywiście jest przeznaczona dla osiemnastolatka, żeby zrozumiał jak to będzie, gdy mu stuknie sześć dych. My, którzy słuchaliśmy tej płyty w roku ‘83 będąc nastolatkami takie EQ mamy założone na uszy na stałe.

Mówiąc krótko sześćdziesięciolatek to, co jest na płycie w okolicach 8 kHz słyszy słabo, a to, co jest wyżej, już wcale nie. I w ten sposób została wyjaśniona zagadka „ciepłego” brzmienia na świetnym i selekcjonowanym przez lata sprzęcie, o kablach nie wspominając.

Jak się popatrzy na personel na płycie (ten gwarantujący sałnd kłality), to widać znane i uznane nazwiska. Czy ci ludzie nie wiedzieli co robią? Nie wiedzieli, że połowy pasma czy nawet więcej, nie słyszą ludzie starsi? I wcale nie tacy starzy. Sześć dych to jeszcze nie starość. Na pewno wiedzieli. To dlaczego tak zrobili? Nie wiadomo dlaczego? No właśnie, nie wiadomo czemu…

Ile ta płyta miała wznowień? A ile z nich było remasterowanych? Otóż prowadzący blog ma też remasterowane wydanie tej płyty. Popatrzmy, jak tu się sprawy mają. Wydanie płyty ze zdjęcie wygląda tak:

DR         Peak           RMS       Duration Track
--------------------------------------------------------------------------------
DR14      -2.82 dBFS   -18.51 dBFS      4:30 01-CD Track 01
DR14      -2.20 dBFS   -18.07 dBFS      5:18 02-CD Track 02
DR13      -3.13 dBFS   -18.67 dBFS      5:29 03-CD Track 03
DR13      -2.20 dBFS   -18.22 dBFS      6:20 04-CD Track 04
DR11      -3.91 dBFS   -16.87 dBFS      2:07 05-CD Track 05
DR12      -3.71 dBFS   -18.27 dBFS      4:14 06-CD Track 06
DR13      -2.20 dBFS   -16.96 dBFS      4:18 07-CD Track 07
DR13      -2.44 dBFS   -17.07 dBFS      4:52 08-CD Track 08
DR12      -3.74 dBFS   -19.23 dBFS      7:36 09-CD Track 09
--------------------------------------------------------------------------------
Number of tracks:  9 Official DR value: DR13

Remasgeringowane wznowienie wygląda zaś tak:


DR         Peak         RMS     Duration Track
--------------------------------------------------------------------------------
DR8       -0.10 dB   -10.66 dB      4:30 01-CD Track 01
DR9       -0.16 dB   -10.90 dB      5:18 02-CD Track 02
DR8       -0.10 dB   -10.86 dB      5:30 03-CD Track 03
DR9       -0.10 dB   -11.75 dB      6:20 04-CD Track 04
DR7       -0.60 dB     -9.22 dB      2:08 05-CD Track 05
DR7       -0.10 dB     -9.44 dB      4:14 06-CD Track 06
DR8       -0.10 dB     -9.10 dB      4:18 07-CD Track 07
DR8       -0.10 dB     -9.88 dB      4:52 08-CD Track 08
DR7       -0.10 dB     -9.97 dB      7:43 09-CD Track 09
--------------------------------------------------------------------------------
Number of tracks:  9 Official DR value: DR8

W takim razie  DR jest 13 na CD i 8 na remasterze. Poza tym jest jeszcze jeden parametr, który powinno się sprawdzić: ReplayGain. I tu mamy odpowiednio: RG -0,61 oraz -8,43. Prawie 8 dB głośniej. Płyta ze zdjęcie zatem jest bardzo dobra pod względem dynamiki dźwięku.

Ale czy ktoś pomyślał o ludziach słyszących gorzej wysokie tony, czy też może chodziło w tym remasterze o to, żeby było więcej huku? No to popatrzmy na widmo:

Rys. 4. "Move yourself, you always live your life never thinking of the future" - cóż za ironia.

Poza tym, że jest spłaszczona dynamika dźwięku, to nie ma tu nic.

I na koniec coś dla wątpiących w to, co tu zostało pokazane. Mimo wszystko wątpiących. Bo co wybierają ludzie? Rzeczywistość, która jest szara, czy też może ten perwitin, który dostają w audiofilskich magazynach? W każdym razie ktoś, kto ma siwe włosy i uważa, że wszystko świetnie słyszy i że ja tu piszę jakieś dziwne rzeczy, niech sobie posłucha płyty w zwolnionym tempie. Tak o połową, albo nawet więcej. Wtedy okaże się jednak, że te wysokie tony, które były w latach osiemdziesiątych na tej płycie, są na niej nadal. I czynele się pojawią w ilości ogromnej. I nie CD jest złe, nie transfer z taśmy jest zły, sprzęt wcale też nie gra ciepło, to my już mało co słyszymy, a realizatorzy dźwięku tą katastrofę przygotowali już w roku 1983, w tym przypadku. Aha, jeszcze w VLC trzeba odznaczyć opcję rozciągania czasu dźwięku.

Zresztą nawet jak ktoś ma 30 lat, to też niech sobie posłucha w zwolnionym tempie. Krótkich fragmentów oczywiście. Zawsze może się zdarzyć, że wskutek nadmiernego łojenia nawet trzydziestolatek już nie słyszy dobrze wysokich tonów.

PS. A gdyby nagrywać normalnie, to mielibyśmy niezmienioną treść, a tylko zmienioną formę. Ale nagrano według pewnego schematu i mamy zmienioną formę oraz utratę treści – brak czyneli przede wszystkim. Kompromis byłby taki: zmieniać formę w taki sposób, żeby nie zmieniać treści. Jednak celem tej metody realizacji, którą ktoś kiedyś wymyślił była właśnie zmiana treści. A dlaczego? Nie wiadomo dlaczego? No właśnie. Jak nie wiadomo o co chodzi, to...

środa, 27 sierpnia 2025

Normy progu słyszenia dla osób narażonych na hałas i dla realizatorów dźwięku

Tym razem zaczynamy od rysunku:

Rys. 1. Podwyższenie się progu słyszenia dla ludzi narażonych na hałas. Na pierwszy rzut oka on się obniża, ale faktycznie to podwyższa, tzn. o taką wartość słyszy się gorzej.


Te wyniki są wzięte z publikacji zajmującej się słuchem ludzi pracujących w branży nie mającej nic wspólnego ze sprzętem audio, niemniej oni są narażeni na hałas i ten hałas mocno szkodzi.

Ktoś może powiedzieć, że w takim razie realizatorzy dźwięku nie odnoszą się do tych wyników. Oczywiście, że nie, ale oni w swej pracy są stale narażeni na hałas. Sami go sobie robią bo muszą. Pewne rzeczy da się wychwycić po cichu, ale nie wszystko. W reżyserkach raczej nie słucha się po cichutku. Taki przykład.

Pewien polski zespół nagrał płytę i okazało się, że było tam słyszalne szczekanie psów. Tzn. ktoś to zauważył w fazie produkcji. Może ktoś otworzył okno, nie pamiętam. Potem to usunięto, chyba w jakimś zachodnim studio. Jednak to pokazuje, że nie można słuchać za cicho, bo się przeoczy coś, co zauważą potem nabywcy w domu.

Są dwie wersje tych badań:

Rys. 2. To co jest zaznaczone ramką zostało odczytane z rysunku 1. Jednak z oryginału, a nie mojej kopii. Kolejno: wyniki dla 50 percentyl, następnie 5 percentyl (ramka), zestaw trzeci oraz czwarty to to samo co pierwsze dwa, ale po wyzerowaniu, co pokazuje różnicę w postrzeganiu barwy, a raczej utratę wysokich tonów po zwiększeniu głośności we wzmacniaczu czyli skompensowaniu ogólnej utraty czułości słuchu.

Jeżeli ktoś to wszystko sobie waży lekce, to proszę się zastanowić.

Każdy się zestarzeje chyba, że nie dożyje. Taka utrata słuchu czeka każdego. Większa, mniejsza. Może to nastąpić wcześniej lub później, ale nie ma na to rady. Jak się pogorszy wzrok, to pomogą okulary. Na pogorszenie słuchu nic nie pomoże w pewnym miejscu. Nic nie da robienie głośniej, ani regulacja barwy. Jak zabraknie 30 dB to jest pozamiatane. Żyć się da i normalnie funkcjonować, można nawet sobie nie zdawać sprawy. Ale muzyki słuchać się nie da. Realizatorzy dźwięku wbijają gwoździe w tą trumnę.

Radio na AM, czyli np. na falach długich, nadaje z pasmem do jakichś 5 kHz. Proszę zwrócić uwagę, że  czterdziestolatek mający dobry słuch (50 percentyl) słyszy 4 kHz 8 dB słabiej, a ten mający słuch zły (5 percentyl) nawet 23 dB gorzej.

Wobec powyższego realizacja nagrań w ten sposób, żeby zapewnić pełną czytelność jest rzeczą kluczową. Tylko, że nikt tak nie robi. Nikt o tym nawet nie mówi.

Czytelność w nagraniu polega na tym, że powinny być słyszalne wszystkie oryginale składniki bez względu na wiek i słuch odbiorcy. W praktyce oznacza to, że osoba np. mająca 80 lat powinna usłyszeć dokładnie to samo w nagraniu, co usłyszy na żywo.

Powtórzmy: osoba czterdziestoletnia nie słyszy perfekcyjnie stacji radiowych na falach długich czy średnich. Nawet to jest już poza możliwościami jej słuchu. Ale na forach internetowych ludzie pytają o kable sieciowe.

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Jak się traci słuch i jak się to racjonalizuje uzupełnienie 2 - kopiowanie winyli

Gramofon kupiłem, tzn. ten ostatni, jakoś trzy lata temu. I postanowiłem zgrać swoje winyle do komputera. Płyty zostały umyte bardzo starannie w myjce podciśnieniowej z użyciem porządnego środka i wody destylowanej, więc nie tak, jak to robią niektórzy handlarze, że potem płyta robi się szara i matowa i nadaje się tylko do śmieci.

Stanowisko do zgrywania było w pokoju bez żadnej adaptacji, głośniki ustawione obok stołu. Poza tym, grały bardzo, bardzo cicho, żeby nie zaburzyć jakości, bo przy głośnym graniu dźwięk z głośników może spowodować drgania gramofonu itd. W ogóle to najlepiej używać słuchawek.

Podczas tego zgrywania wszystko brzmiało bardzo marnie, czyli bez wysokich tonów, co sobie tłumaczyłem właśnie złą akustyką, złym ustawieniem kolumn, cichutkim odsłuchem itp. Ale do edycji nagrań, czyli właściwie to tylko do podziału na pojedyncze utwory, żadne tam podrasowywanie brzmienia, używałem słuchawek. I przez słuchawki wszystko brzmiało ok. Ale te słuchawki były bardzo "litościwe". Kiedy posłuchałem tego, po roku może, na innych słuchawkach, to już była niestety katastrofa.

Porównanie słuchawek wygląda tak:

Rys. 1.Źródło obrazu:https://www.rtings.com/. Tamże jest narzędzie do porównywania wyników testów słuchawek.
 

Nawiasem mówiąc, na jednych i drugich słuchawkach jest napisane, że to są monitory studyjne. Jak widać skontrolować wysokich tonów na słuchawkach w zasadzie się nie da (o ile je ktoś jeszcze słyszy). W ogóle to na słuchawkach miksować się da pod warunkiem, że się je wcześniej skalibruje. 

Trochę czasu na degradację słuchu i spora różnica w charakterystyce słuchawek, no i jest błoto. "Dziękujemy" przy okazji sałnd indżiniłom. A przecież stare płyty dają się słuchać normalnie. Te z lat sześćdziesiątych i starsze, bo sałnd indżiniły nie miały wtedy narzędzi do dewastowania dźwięku, tylko raczej go nagrywały, jak jest. Tylko, że ja mam takich płyt z lat sześćdziesiątych i starszych kilka...

Do nagrywania przygotowałem się bardzo starannie i miałem nawet wzorzec do naśladowania:

Rys. 2.


Nie będąc świadomym tego w jaki sposób słuch się degraduje oraz destrukcyjnego wpływu realizatorów dźwięku ma nagrania, zaczęło się kombinowanie z kablami i zakup nowej, lepszej wkładki. Wyniki technicznie były lepsze, ale co z tego?

I na koniec o CD, które widać na rys. 2. Brzmi bardzo dobrze z jednym wyjątkiem. Najpierw popatrzmy na daty wydania. Są to m.in. następujące lata: 1962, 1957, 1958, 2013, 1959, 1962, 1958, 1959, 1964, 1962, 2013. Okazuje się, że wszystkie stare nagrania brzmią bardzo dobrze. A w odniesieniu do tych z 2013 r. to jedno brzmi dobrze, a drugie źle. To brzmiące dobrze to klasyka, konkretnie Maurice Ravel, natomiast źle brzmi nagranie z muzyką rozrywkową. I dokładnie takie samo wrażenie miałem 12 lat temu. Muzykę rozrywkową nagrywa się źle i coraz gorzej w miarę jak realizatorzy mają coraz więcej narzędzi do dewastowania brzmienia.

I w tą pułapkę, którą zastawili realizatorzy dźwięku wpadnie każdy, to tylko kwestia czasu.

Czas ucieka, błoto czeka. 

środa, 20 sierpnia 2025

Jak się traci słuch i jak się to racjonalizuje uzupełnienie

Pewnie będzie jeszcze kilka uzupełnień, bo z wiekiem pogarsza się nie tylko słuch, ale też pamięć.

Jak już wcześniej napisałem za złe brzmienie kilka już ładnych lat temu obarczałem źle wykonaną adaptację akustyki. Za krótki czas pogłosu, pomieszczenie przetłumione. Ale w jaki sposób doszedłem do takiego wniosku?

Oczywiście to było jeszcze wtedy, gdy wydawało mi się że słyszę dobrze i nie miałem pojęcia np. o tym, że mając 50 lat częstotliwość 8 kHz słyszy się już o 10 dB słabiej (choć tak naprawdę to 15 dB), jak się ma i tak dobry słuch, bo przecież może być gorzej.

Słuchając sobie jakiejś źle nagranej płyty (odciętej wyżej), zauważyłem, że gdy obrócę głowę w prawo lub w lewo, to te wysokie tony się pojawiają. Tak naprawdę to jest spowodowane przez filtrowanie dźwięku przez małżowiny uszne. Barwa się zmienia w zależności od tego czy dźwięk dochodzi z przodu, z tyłu, czy z boku. Jak z przodu lub z tyłu, to wysokich tonów jest mniej, a jak z boku, to więcej.

Mając pokój obstawiony (i obwieszony) absorberami wydawało mi się że za mało jest dźwięku odbitego. Przecież w ogóle te wysokie tony były, wystarczyło podejść do głośników i się pojawiały. Tak naprawdę to się pojawiały, bo było głośniej.

Jednak w matriksie jest fajniej. Poczyta się co dziennikarze piszą w magazynach audio i jak się to kupi, to wszystko brzmi pięknie. I na starość są wysokie tony, a sałnd indziniły nagrywają te płyty świetnie i tam jest super sałnd kłality. I ten sałn kłality mejd baj sałnd indzinił można usłyszeć, tylko trzeba iść na zakupy sprzętów oraz kabli.

środa, 13 sierpnia 2025

THD są słyszalne od 1% albo może od 100%?

Kiedyś na pewnym forum ktoś pytał jaki ma kupić DAC. Zastawiał się nad dwoma. Jeden miał parametry podobne do drugiego, ale poziom THD był nieco inny. „Doświadczony” użytkownik doradził, żeby brać ten, który ma mniejsze zniekształcenia. Tylko o jakim poziomie zniekształceń była mowa?

Zniekształcenia harmoniczne są słyszalne od 1%. W takim razie DAC można sobie zostawić w spokoju, bo usłyszenie zniekształceń na poziomie tysięcznych procenta jest mrzonką. Gdyby jednak był popsuty, to wtedy tak. Miałem kiedyś odtwarzacz z popsutym wyjściem, widać to było na wykresach, ale słyszalne to było słabo, przynajmniej dla mnie. Mający lepszy słuch, czyli młodsi, zauważali to jednak od razu.

W ogóle można nie usłyszeć zniekształceń harmonicznych czy jakichkolwiek innych, nawet jeśli mają bardzo duże wartości, ale wypadają na górę pasma. Ktoś, kto ma podniesiony próg słyszenia o kilkanaście czy kilkadziesiąt dB w wysokich tonach może mieć przecież trudności z usłyszeniem w nagraniu instrumentu, na którym się gra drewnianą pałką, uderzając całkiem energicznie. Normalnie to by było słychać, ale sałnd indziniły zdewastują i zniszczą każde nagranie.

Innym razem na forum radiowym ktoś napisał, że menagi z radia twierdzą, że w DAB przy tej ich nędznej przepływności ma dźwięk w jakości CD. Owszem, w ich uszach może mieć. W pewnym wieku można nie odróżnić pliku w bardzo dobrej jakości od marnego, bo różnica jest przede wszystkim w wysokich tonach i dla dźwięków raczej cichych. A wysokich tonów i cichych dźwięków to czterdziestolatek może nie słyszeć, a czterdziestolatek dwadzieścia lat później to już wcale nie.

Wobec tego mogą się zdarzać takie sytuacje, że ktoś twierdzi, że np. AAC 96 kbps ma jakość CD. Jeżeli jest czterdziestolatkiem lub czterdziestolatkiem dwadzieścia lat później, to może odróżnić odkurzacz od wiertarki, ale o odróżnieniu CD od AAC to może zapomnieć.

Czasem ludzie dyskutują o rzeczach absurdalnych, a czasem jednak dyskusja ma sens, tzn. meritum, ale któryś z dyskutantów ma już słaby słuch.

Można spokojnie nie zauważyć zniekształceń na poziomie 100% jeśli się ma swoje lata, a zniekształcenia wypadają na wysokie tony. A z drugiej strony są tacy, co im sen z oczu spędza źle dobrany kabel sieciowy, który nic nie zmienia.

Ale jak się poczyta magazyny audio, to się dochodzi do wniosku, że trzeba zmieniać sprzęt na coraz lepszy w miarę, jak słuchacz się starzeje. A może dziennikarze z tych magazynów i różni testerzy sprzętu audio robią się coraz młodsi?

Czy to jest jakaś opcja na odmłodzenie się, zacząć pracować jako dziennikarz w magazynie audio, stereo, Hi-Fi? To by było świetne, bo nie trzeba podpisywać paktu z diabłem. No tak, diabeł nie istnieje, nikt w niego nie wierzy. Ale w kable sieciowe to ludzie wierzą.

W audio wszystko jest względne. Wszystko się zmienia w zależności od tego, kto ocenia, a przede wszystkim od upływu czasu. Ta sama płyta na początku lat osiemdziesiątych brzmiała fajnie, a teraz brzmi jak błoto, a poza tym poznikały z niej niektóre instrumenty, bo sałnd indzinił działał zgodnie z algorytmem. A zniekształcenia harmoniczne można usłyszeć jak mają 1%, ale czterdziestolatek dwadzieścia lat później może nie usłyszeć 100% albo nawet większych.

Ktoś powinien sformułować teorię względności audio.

„Jeśli masz dwadzieścia lat, posłuchaj płyty, ale jak masz sześćdziesiąt i więcej, to idź na spacer względnie puść płytę przez okno”.

„Jeśli masz dwadzieścia lat, to ten post może wywołać u ciebie wzruszenie ramion, ale jak poczekasz jeszcze trzydzieści lat, względnie czterdzieści, to zmienisz zdanie”.

Ale to nie jest teoria względności audio, tylko sarkazm.

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Jak się traci słuch i jak się to racjonalizuje oraz inne normy progu słyszenia

Czytając prasę „branżową” tzn. magazyny dla audiofilów ich czytelnik pogłębia przekonanie o własnym doskonałym słuchu w szczególności i o doskonałości słuchu w ogóle. W związku z tym musi kupować coraz to „lepszy” sprzęt, który mógłby sprostać wymaganiom tego doskonałego słyszenia. Bo słyszy coraz lepiej w miarę, jak czyta coraz to nowe bajki wymyślane przez dziennikarzy. W realnym świecie wrażenia ze słuchania płyt są jednak coraz bledsze, co zawdzięczamy destrukcyjnej działalności realizatorów dźwięku i pogarszaniu się słuchu wraz z wiekiem. Do momentu przekroczenia pewnej granicy, kiedy słuch jest już naprawdę zły, świat dźwięków naturalnych jednak brzmi normalnie, a tylko świat dźwięków fonograficznych coraz marniej. Chociaż otaczające nas dźwięki słychać normalnie, to płyty już nie i człowiek stara się to sobie w jakiś sposób wytłumaczyć.

Poniżej kilka przykładów, jak prowadzący blog starał się zracjonalizować pogarszanie się brzmienia wydawnictw fonograficznych, ale nie tylko.

Tuner UKF FM ma taką właściwość, że kiedy jest słaby sygnał z anteny, to on bardzo mocno szumi. Jednak po czterdziestce można zauważyć, że podłączenie byle jakiej anteny nie powoduje już powstania tak dokuczliwego szumu. W takim razie nowy tuner musi być lepszy… Niestety tuner nie jest lepszy, szumi tak samo jak stary, to słuch jest gorszy i nie słyszy się już tak dobrze, jak dawniej.

Muzyka przez radio też brzmi coraz gorzej. Tłumaczy się to przez złe ustawienia u nadawcy, w szczególności zbyt silną kompresją dynamiki dźwięku, a poza tym w odbiorze przez internet czy z satelity zbyt niską przepływnością, kodowaniem mp2 a nie mp3 itd.

Z płytami jest już gorzej, bo one grają tak samo, ale odbiór nie jest taki sam, tylko coraz bardziej matowy. Ale i tu można znaleźć wytłumaczenie.

Pewien producent kolumn podał kiedyś, że głośniki wysokotonowe powinno się wymieniać na nowe co 10 lat, bo materiał się starzeje czy coś tam się innego, złego dzieje. Ale nowe kolumny okazują się pod tym względem takie same. Nowe głośniki, tak samo kiepski dźwięk.

W takim razie skoro głośniki nowe, w ogóle też cały sprzęt lepszy, a brzmienie gorsze, to przyczyną musi być zła akustyka pomieszczenia. I po zrobieniu adaptacji brzmienie staje się lepsze. Jednak po kilku latach znów czegoś zaczyna brakować. Oczywiście wysokich tonów.

Wobec powyższego patrzy się na wykresy i zalecenia. Przyczyna jest łatwa do znalezienia, bo czas pogłosu zawsze wychodzi za krótki, jeśli się zrobi adaptację przy użyciu absorberów szerokopasmowych. To teraz wystarczy przerobić część absorberów na pułapki basowe i czas pogłosu wzrasta powiedzmy z 0,1 do 0,2 s i wszystko jest ok. Tzn. nie jest ok. czy tak, jak się spodziewaliśmy, ale jest lepiej. Naturalnie lepiej jest do czasu, gdy słuch pogorszy się już do tego stopnia, że nawet niektórych dźwięków z otoczenia już się nie słyszy.

Tak to wygląda w przypadku kogoś, kto nie wierzy w kable, bezpieczniki i kolce…

I jeszcze te inne normy progu słyszenia, które prowadzący znalazł ostatnio. Najważniejszą różnicą jest punkt odniesienia, który stanowi osoba mająca 30 lat, a nie 20, jak we wcześniejszym poście.


Górne zestawienie pokazuje ile się traci na progu słyszenia względem osoby trzydziestoletniej. Dolne pokazuje ile się traci z wysokich tonów po zwiększeniu głośności. Czyli przykładowo osoba mająca lat 60 daje głośniej o 10 dB, ale wciąż słyszy częstotliwość 8 kHz o 23 dB słabiej niż trzydziestolatek. W życiu codziennym będzie to słyszeć o 28 dB słabiej. W takim razie górny zestaw pokazuje jak to jest w normalnym życiu, a dolny określa jak to wypada w odniesieniu do słuchania muzyki z płyt czy np. przez radio.

Na koniec uwaga: autor nie daje żadnej gwarancji, że odczytał te wartości poprawnie. Prościej by było wkleić oryginalny obrazek, ale na pewno ma on prawa i reguły akwizycji. Więc i tym razem są tabelki. Warto jednak poszukać samemu, bo literatura jest bogata, a poza tym są różne normy. Są dla mężczyzn, czyli te powyżej, i dla kobiet. Panie słyszą lepiej.