Na blogu są teksty dotyczące kabli, ale one opierają się na innym podejściu. W każdym razie konkluzja jest taka sama: kable nie mają brzmienia. W przypadku zerowania sygnału przy pomocy urządzenia, które skonstruował Ethan Winer, siła przekazu jest znacznie większa.
niedziela, 11 listopada 2018
The Null Tester czyli kable mamy pozamiatane
Kto jeszcze nie widział, powinien.
Na blogu są teksty dotyczące kabli, ale one opierają się na innym podejściu. W każdym razie konkluzja jest taka sama: kable nie mają brzmienia. W przypadku zerowania sygnału przy pomocy urządzenia, które skonstruował Ethan Winer, siła przekazu jest znacznie większa.
Na blogu są teksty dotyczące kabli, ale one opierają się na innym podejściu. W każdym razie konkluzja jest taka sama: kable nie mają brzmienia. W przypadku zerowania sygnału przy pomocy urządzenia, które skonstruował Ethan Winer, siła przekazu jest znacznie większa.
czwartek, 25 października 2018
Kolumny Unitra Tonsil ZG 486; ZG 484
To jest tekst wspominkowy.
Nie jestem jakimś szczególnym fanem kolumn Tonsilu, ale o tych chciałbym napisać kilka zdań. Trafiłem na nie niedawno, szukając w internecie czegoś całkiem innego. Dawnymi czasy, czyli w latach osiemdziesiątych, zobaczyłem je w jakimś sklepie. Pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarły te "czterdziestki". Takie właśnie kolumny, ale już znacznie później, miało dwóch moich kumpli.
Trudno mi nawet powiedzieć, jak one grały, chociaż mogłem ich czasem posłuchać, ponieważ jeden kumpel grał jakieś taśmy, więc jakość dźwięku nie była zbyt dobra, a drugi z kolei miał je upchane na regale pod samym sufitem, więc chociaż słuchaliśmy radia i płyt, to niewiele z tego dźwięku było słyszalne. Dzisiaj nikt by nie zabunkrował głośników pod sufitem, teraz tak się je montuje raczej tylko w sklepach, zresztą właściwie to w suficie.
W odniesieniu do czasu wizyty w sklepie nie interesowałem się sprzętem grającym w większym stopniu niż taki, że coś trzeba mieć, żeby słuchać muzyki. Byłem na to po prostu za mały. Nie wiedziałem, co to jest głośnik wysokotonowy z kopułką, znałem tylko głośniki z membraną stożkową, a w domu były kolumienki ZG 15-C, więc chociaż wiedziałem, co to głośnik wysokotonowy, to taki, jak był w tych ZG 486, stanowił dla mnie zagadkę. Jak to gra i co w tym gra? Po co jest ten lejek i co tam jest w środku? To bardzo pocieszna musiała być scena, kiedy zaglądałem w te tuby z dziwnym wyrazem twarzy, zastanawiając się nad tym niezrozumiałym "dziwolągiem".
Bardzo mi się te kolumny oczywiście podobały, zwłaszcza błyszczące pierścienie. Poza tym wtedy materiały były inne i nowe kolumny dość mocno pachniały. Same kolumny stały dosłownie na wyciągnięcie ręki, więc mogłem się im przyglądać z bliska i poczuć zapach nowości.
Ciekawostką jest to, że można spotkać dwa oznaczenia typu tych kolumn, czyli ZG 486 i ZG 484
Kolumny podobne do tych, no i wszystkie z tej serii, a także podobne do nich Altusy, mają bardzo charakterystyczny wygląd, który nadają im ozdobne pierścienie na głośnikach. Zwłaszcza największe kolumny z serii wyglądają bardzo efektownie, zarówno bez maskownic, jak i z nimi. Altusy 140 z założoną maskownicą i z tymi prześwitującymi pierścieniami nawet dzisiaj, jeśli chodzi o moje odczucia, mają w sobie coś magicznego. Chodzi mi o wygląd, a nie o to, jak grają. Zdjęcia nie oddają tego dobrze, może z wyjątkiem tych profesjonalnych, ale te są trudne do znalezienia. Altusy mają charakter w jakimś stopniu kultowy przede wszystkim ze względu na wygląd, czyli błyszczące pierścienie, wielkość głośników, rozmiary i wagę.
Z dzisiejszej perspektywy zastanawiające jest, że te kolumny, a właściwie głośniki niskotonowe, miały tak małe cewki, tzn. o tak małej średnicy w stosunku zwłaszcza do głośnika 30 cm. Altusy są produkowane do dziś, choć to nie są takie same kolumny, ale może warto sprawdzić, jak z tym jest teraz.
Co do ZG 486, to ciekawi mnie, jakby one zagrały dziś dobrze ustawione i w dobrym akustycznie pomieszczeniu. Duży głośnik niskotonowy i częstotliwość podziału 5 kHz nie rokują dobrze. Ale tego się nie dowiemy, bo do dyspozycji ewentualnie są tylko egzemplarze z nowymi albo regenerowanymi głośnikami. W każdym razie nawet dzisiaj prezentują się efektownie. Na zakończenie warto dodać, że w oryginalnej ulotce z tamtych czasów jest podane, że ich pasmo to 45 Hz - 20 kHz. Głośniki wysokotonowe w nich to nie są raczej te z Altusów.
Nie jestem jakimś szczególnym fanem kolumn Tonsilu, ale o tych chciałbym napisać kilka zdań. Trafiłem na nie niedawno, szukając w internecie czegoś całkiem innego. Dawnymi czasy, czyli w latach osiemdziesiątych, zobaczyłem je w jakimś sklepie. Pamiętam wrażenie, jakie na mnie wywarły te "czterdziestki". Takie właśnie kolumny, ale już znacznie później, miało dwóch moich kumpli.
Trudno mi nawet powiedzieć, jak one grały, chociaż mogłem ich czasem posłuchać, ponieważ jeden kumpel grał jakieś taśmy, więc jakość dźwięku nie była zbyt dobra, a drugi z kolei miał je upchane na regale pod samym sufitem, więc chociaż słuchaliśmy radia i płyt, to niewiele z tego dźwięku było słyszalne. Dzisiaj nikt by nie zabunkrował głośników pod sufitem, teraz tak się je montuje raczej tylko w sklepach, zresztą właściwie to w suficie.
W odniesieniu do czasu wizyty w sklepie nie interesowałem się sprzętem grającym w większym stopniu niż taki, że coś trzeba mieć, żeby słuchać muzyki. Byłem na to po prostu za mały. Nie wiedziałem, co to jest głośnik wysokotonowy z kopułką, znałem tylko głośniki z membraną stożkową, a w domu były kolumienki ZG 15-C, więc chociaż wiedziałem, co to głośnik wysokotonowy, to taki, jak był w tych ZG 486, stanowił dla mnie zagadkę. Jak to gra i co w tym gra? Po co jest ten lejek i co tam jest w środku? To bardzo pocieszna musiała być scena, kiedy zaglądałem w te tuby z dziwnym wyrazem twarzy, zastanawiając się nad tym niezrozumiałym "dziwolągiem".
Bardzo mi się te kolumny oczywiście podobały, zwłaszcza błyszczące pierścienie. Poza tym wtedy materiały były inne i nowe kolumny dość mocno pachniały. Same kolumny stały dosłownie na wyciągnięcie ręki, więc mogłem się im przyglądać z bliska i poczuć zapach nowości.
Ciekawostką jest to, że można spotkać dwa oznaczenia typu tych kolumn, czyli ZG 486 i ZG 484
Kolumny podobne do tych, no i wszystkie z tej serii, a także podobne do nich Altusy, mają bardzo charakterystyczny wygląd, który nadają im ozdobne pierścienie na głośnikach. Zwłaszcza największe kolumny z serii wyglądają bardzo efektownie, zarówno bez maskownic, jak i z nimi. Altusy 140 z założoną maskownicą i z tymi prześwitującymi pierścieniami nawet dzisiaj, jeśli chodzi o moje odczucia, mają w sobie coś magicznego. Chodzi mi o wygląd, a nie o to, jak grają. Zdjęcia nie oddają tego dobrze, może z wyjątkiem tych profesjonalnych, ale te są trudne do znalezienia. Altusy mają charakter w jakimś stopniu kultowy przede wszystkim ze względu na wygląd, czyli błyszczące pierścienie, wielkość głośników, rozmiary i wagę.
Z dzisiejszej perspektywy zastanawiające jest, że te kolumny, a właściwie głośniki niskotonowe, miały tak małe cewki, tzn. o tak małej średnicy w stosunku zwłaszcza do głośnika 30 cm. Altusy są produkowane do dziś, choć to nie są takie same kolumny, ale może warto sprawdzić, jak z tym jest teraz.
Co do ZG 486, to ciekawi mnie, jakby one zagrały dziś dobrze ustawione i w dobrym akustycznie pomieszczeniu. Duży głośnik niskotonowy i częstotliwość podziału 5 kHz nie rokują dobrze. Ale tego się nie dowiemy, bo do dyspozycji ewentualnie są tylko egzemplarze z nowymi albo regenerowanymi głośnikami. W każdym razie nawet dzisiaj prezentują się efektownie. Na zakończenie warto dodać, że w oryginalnej ulotce z tamtych czasów jest podane, że ich pasmo to 45 Hz - 20 kHz. Głośniki wysokotonowe w nich to nie są raczej te z Altusów.
sobota, 30 czerwca 2018
HD Vinyl
Co to jest HD Vinyl? Według pomysłodawcy ma to być postęp w stosunku do tradycyjnych płyt winylowych, natomiast faktycznie to będzie gwóźdź do trumny całej branży produkującej "najwyższej jakości", czyli po prostu bardzo drogi sprzęt grający, ze szczególnym uwzględnieniem gramofonów, i przy okazji też dla branży sprzedającej pliki z muzyką o tzw. "wysokiej rozdzielczości" oraz naturalnie dla tych, co produkują tradycyjne płyty winylowe. Pod warunkiem, że powstanie.
A wszystko dlatego, że aby wyprodukować taką płytę, trzeba wykonać "Audio to 3D conversion". Te płyty mają być lepsze dlatego, że nie będzie się już ich zwyczajnie nacinać, tylko stemple służące do tłoczenia będą wypalać laserem. Aby zrobić taki stempel, trzeba zamienić dźwięk w specjalną mapę w trzech wymiarach, która będzie sterować cyfrową maszyną do wypalania laserem. Uwaga: cyfrową maszyną.
Co na to audiofile, którzy wierzą, że dźwięk cyfrowy jest inny niż analogowy, bo jest nieciągły i schodkowany? Cała branża z analogowymi nośnikami bazuje na tej wierze, że są jakieś mitologiczne schodki i jak się kupi nośnik analogowy, dajmy na to taśmę magnetofonową albo płytę gramofonową, to to będzie lepsze, bo tam tych mitologicznych schodków nie ma. Zresztą sprzedawcy tzw. plików o "wysokiej rozdzielczości" też opierają się na wierze w mitologię schodków i nabywcy kupują te pliki, bo wierzą, że schodki co prawda są, ale za to są one małe.
Męczą się strasznie ci audiofile, co kupują pliki tzw. "wysokiej rozdzielczości", bo wierzą, że schodki są małe i dlatego ich nie słyszą. Problem i sedno tych udręk polega na tym, że oni są przekonani, że wszystko słyszą, a tu jednak czegoś nie słyszą. Ale przecież nie mogą przyznać, że czegoś nie słyszą, bo wtedy runie domek z kart, który opiera się na wyobrażeniu, że oni jednak wszystko słyszą. Prawda, że straszna zagwozdka i powód do zgryzot?
A że schodków w ogóle nie ma, tego się ludziom nie tłumaczy, bo by branża padła. Zamiast powiedzieć i pokazać, że dźwięk analogowy i cyfrowy jest dokładnie taki sam, że nigdzie żadnych schodków nie ma, to się coś przebąkuje, coś się powie półgębkiem, czegoś się nie dopowie i mitologia jest w ten sposób podtrzymywana.
Ale jest pewien haczyk. Przecież taki HD Vinyl można (by) obejrzeć pod mikroskopem i zobaczyć, że schodków nie ma. Była zamiana dźwięku do domeny cyfrowej, było wypalanie cyfrową obrabiarką, a schodków nie widać. A skoro tak, to jest namacalny dowód, bo w dowód matematyczny audiofil nie uwierzy, że dźwięk cyfrowy schodków nie posiada.
Zresztą już dość dawno powstał film pokazujący, że schodków w cyfrze nie ma, ale w to audiofile nie uwierzyli. Ale jakby im dać do ręki cyfrowo zrobiony "analog", który by mogli oglądać pod mikroskopem, najlepiej elektronowym, to by była inna gadka.
A wszystko dlatego, że aby wyprodukować taką płytę, trzeba wykonać "Audio to 3D conversion". Te płyty mają być lepsze dlatego, że nie będzie się już ich zwyczajnie nacinać, tylko stemple służące do tłoczenia będą wypalać laserem. Aby zrobić taki stempel, trzeba zamienić dźwięk w specjalną mapę w trzech wymiarach, która będzie sterować cyfrową maszyną do wypalania laserem. Uwaga: cyfrową maszyną.
Co na to audiofile, którzy wierzą, że dźwięk cyfrowy jest inny niż analogowy, bo jest nieciągły i schodkowany? Cała branża z analogowymi nośnikami bazuje na tej wierze, że są jakieś mitologiczne schodki i jak się kupi nośnik analogowy, dajmy na to taśmę magnetofonową albo płytę gramofonową, to to będzie lepsze, bo tam tych mitologicznych schodków nie ma. Zresztą sprzedawcy tzw. plików o "wysokiej rozdzielczości" też opierają się na wierze w mitologię schodków i nabywcy kupują te pliki, bo wierzą, że schodki co prawda są, ale za to są one małe.
Męczą się strasznie ci audiofile, co kupują pliki tzw. "wysokiej rozdzielczości", bo wierzą, że schodki są małe i dlatego ich nie słyszą. Problem i sedno tych udręk polega na tym, że oni są przekonani, że wszystko słyszą, a tu jednak czegoś nie słyszą. Ale przecież nie mogą przyznać, że czegoś nie słyszą, bo wtedy runie domek z kart, który opiera się na wyobrażeniu, że oni jednak wszystko słyszą. Prawda, że straszna zagwozdka i powód do zgryzot?
A że schodków w ogóle nie ma, tego się ludziom nie tłumaczy, bo by branża padła. Zamiast powiedzieć i pokazać, że dźwięk analogowy i cyfrowy jest dokładnie taki sam, że nigdzie żadnych schodków nie ma, to się coś przebąkuje, coś się powie półgębkiem, czegoś się nie dopowie i mitologia jest w ten sposób podtrzymywana.
Ale jest pewien haczyk. Przecież taki HD Vinyl można (by) obejrzeć pod mikroskopem i zobaczyć, że schodków nie ma. Była zamiana dźwięku do domeny cyfrowej, było wypalanie cyfrową obrabiarką, a schodków nie widać. A skoro tak, to jest namacalny dowód, bo w dowód matematyczny audiofil nie uwierzy, że dźwięk cyfrowy schodków nie posiada.
Zresztą już dość dawno powstał film pokazujący, że schodków w cyfrze nie ma, ale w to audiofile nie uwierzyli. Ale jakby im dać do ręki cyfrowo zrobiony "analog", który by mogli oglądać pod mikroskopem, najlepiej elektronowym, to by była inna gadka.
środa, 2 maja 2018
Najwyższy czas skończyć z marnotrawstwem
Kilkakrotnie był tu poruszany temat nagrywania audycji radiowych. Dźwięk radiowy charakteryzuje to, że powyżej 15 kHz nie ma nic. W internecie pasmo czasem sięga do 16 kHz. W obu przypadkach można nagrywać takie programy z próbkowaniem 32 000 Hz, przy czym trzeba dodać, że nagrywanie strumienia internetowego powinno polegać na jego zapisie w takiej postaci, w jakiej jest on w oryginale. Przy założonej przepływności zysk z takiego sposobu nagrywania polega na tym, że pliki są mniejsze, bo nie ma pustych bitów dla częstotliwości powyżej 16 kHz, które tylko powiększają ich wielkość.
Testowy plik nagrania z godzinną audycją z próbkowaniem 48 kHz waży 83,3 MB, z 44,1 kHz 81,8 MB, natomiast z próbkowaniem 32 kHz już tylko 72,7 MB. Oszczędności są naprawdę spore. Mając większą liczbę nagrań, ma to jeszcze większe znaczenie. Osoby nagrywające systematycznie, nawet latami, swoje ulubione programy mogą zaoszczędzić pojemność całego sporego dysku.
Nagrywanie z wyjścia radia DAB z próbkowaniem 48 kHz, kiedy widmo sygnału kończy się na 15 kHz, nie ma sensu.
W przypadku nadawców zmniejszenie częstotliwości próbkowania może podnieść jakość. Zamiast pustych bitów, które zabierają pasmo, pozostaną tylko te, które niosą informacje, będzie po prostu więcej informacji o dźwięku, więc jakość wzrośnie.
Wszystkie programy radiowe na satelitach powinny być nadawane z kodowaniem 32 000 Hz, chyba że nadawca postanowił poszerzyć pasmo, bo nadaje tylko w sieci i przez satelitę i nie szczędzi pasma. Ale wszyscy nadawcy, którzy nadają naziemnie i przygotowują sygnał do tej wersji, a później z niej korzystają do wysłania na satelitę, powinni to robić z niższym próbkowaniem. Zamiast MP2 48 kHz 192 kb/s zrobić MP2 32 kHz 192 kb/s i jakość powinna się zauważalnie, tzn. odczuwalnie podnieść.
Jest jednak pewien problem, a nawet dwa. Weź przeciętnego słuchacza i powiedz mu, że zamiast 48 kHz będzie 32. Będzie się wykłócał do upadłego, że nie wolno, bo jakość spadnie, gdyż on widział w reklamie DAC-a, jak tam były narysowane takie schodki, i przy 32 kHz one będą za duże. Przy 48 kHz też są za duże, bo dla niego wystarczająco małe będą przy gigahercach dopiero. I nie uda się wytłumaczyć, że częstotliwość próbkowania wpływa tylko i wyłącznie na szerokość pasma, a w ogóle w żadnym przetworniku nie ma żadnych takich schodków, bo to są przetworniki delta-sigma i w nich schodków w ogóle nie ma, tylko taki przebieg prostokątny, którego też na wyjściu nie ma, bo jest filtr dolnoprzepustowy. A skoro powyżej 15 czy 16 kHz nic w tych audycjach nie ma, więc nie ma sensu stosować wyższego niż 32 kHz. Ale nie, on to usłyszy. Teraz nie słyszy, ale w domu ma system, który jest bardziej transparentny, i usłyszy, jak będzie bardziej zrelaksowany, nikt mu nie będzie stał nad uchem i będzie widział, z jakim próbkowaniem jest dany plik.
No ale może ktoś weźmie sobie moje rady do serca i jakość w radiu wzrośnie, a pliki wrzucane do sieci będą mniejsze. Ale z plikami to już mały problem, bo jak będę chciał sobie coś nagrać, to zrobię to dobrze.
Testowy plik nagrania z godzinną audycją z próbkowaniem 48 kHz waży 83,3 MB, z 44,1 kHz 81,8 MB, natomiast z próbkowaniem 32 kHz już tylko 72,7 MB. Oszczędności są naprawdę spore. Mając większą liczbę nagrań, ma to jeszcze większe znaczenie. Osoby nagrywające systematycznie, nawet latami, swoje ulubione programy mogą zaoszczędzić pojemność całego sporego dysku.
Nagrywanie z wyjścia radia DAB z próbkowaniem 48 kHz, kiedy widmo sygnału kończy się na 15 kHz, nie ma sensu.
W przypadku nadawców zmniejszenie częstotliwości próbkowania może podnieść jakość. Zamiast pustych bitów, które zabierają pasmo, pozostaną tylko te, które niosą informacje, będzie po prostu więcej informacji o dźwięku, więc jakość wzrośnie.
Wszystkie programy radiowe na satelitach powinny być nadawane z kodowaniem 32 000 Hz, chyba że nadawca postanowił poszerzyć pasmo, bo nadaje tylko w sieci i przez satelitę i nie szczędzi pasma. Ale wszyscy nadawcy, którzy nadają naziemnie i przygotowują sygnał do tej wersji, a później z niej korzystają do wysłania na satelitę, powinni to robić z niższym próbkowaniem. Zamiast MP2 48 kHz 192 kb/s zrobić MP2 32 kHz 192 kb/s i jakość powinna się zauważalnie, tzn. odczuwalnie podnieść.
Jest jednak pewien problem, a nawet dwa. Weź przeciętnego słuchacza i powiedz mu, że zamiast 48 kHz będzie 32. Będzie się wykłócał do upadłego, że nie wolno, bo jakość spadnie, gdyż on widział w reklamie DAC-a, jak tam były narysowane takie schodki, i przy 32 kHz one będą za duże. Przy 48 kHz też są za duże, bo dla niego wystarczająco małe będą przy gigahercach dopiero. I nie uda się wytłumaczyć, że częstotliwość próbkowania wpływa tylko i wyłącznie na szerokość pasma, a w ogóle w żadnym przetworniku nie ma żadnych takich schodków, bo to są przetworniki delta-sigma i w nich schodków w ogóle nie ma, tylko taki przebieg prostokątny, którego też na wyjściu nie ma, bo jest filtr dolnoprzepustowy. A skoro powyżej 15 czy 16 kHz nic w tych audycjach nie ma, więc nie ma sensu stosować wyższego niż 32 kHz. Ale nie, on to usłyszy. Teraz nie słyszy, ale w domu ma system, który jest bardziej transparentny, i usłyszy, jak będzie bardziej zrelaksowany, nikt mu nie będzie stał nad uchem i będzie widział, z jakim próbkowaniem jest dany plik.
No ale może ktoś weźmie sobie moje rady do serca i jakość w radiu wzrośnie, a pliki wrzucane do sieci będą mniejsze. Ale z plikami to już mały problem, bo jak będę chciał sobie coś nagrać, to zrobię to dobrze.
sobota, 28 kwietnia 2018
Ostatnia nadzieja winylowców i oczywiście płonna
Podczas gdy całe audiofilskie towarzystwo zajmuje się wsłuchiwaniem w rzeczy, których nie ma, płyta winylowa faktycznie ma swoje brzmienie. Składa się ono z dość szerokiego spektrum zniekształceń i zakłóceń. O ile współcześnie używanych nośników nie sposób od siebie odróżnić, to winyl odróżnić można bez żadnego wysiłku od wszystkiego.
Możliwe jest odróżnienie winyla od taśmy magnetofonowej i od nośników cyfrowych. Ale przecież można odróżnić LP od SP, a także różne longi z tą samą muzyką, przykładowo wydane w różnych krajach albo w różnych latach. Nie ma problemu z odróżnieniem dwóch ongiś identycznych longów, z których aktualnie jeden jest mniej zdarty od drugiego. Nie bierzemy pod uwagę płyt, które ktoś kiedyś elegancko zarysował, bo to zbyt proste, przecież jednak każda płyta trzeszczy w sposób unikalny.
Najbardziej irytującą cechą winyli jest to, poza tym, że można zniszczyć płytę jednym odtworzeniem starą igłą, że jakość systematycznie spada wraz ze zbliżaniem się do końca zapisu. Wynika ten spadek jakości, czy też wzrost zniekształceń połączony ze zmniejszaniem się dynamiki, z coraz mniejszej prędkości liniowej. Prędkość obrotowa jest stała, ale prędkość liniowa spada.
Bardzo adekwatne jest porównanie płyty analogowej do bagietki, która czerstwieje w miarę jedzenia. Otóż z pierwszym kęsem taka bagietka zaczyna czerstwieć w błyskawicznym tempie i piętka jest już nieco niestrawna, gdy przyjdzie ją skonsumować.
Rozwiązania problemu nie ma, można go albo przemilczeć, albo zbagatelizować, albo z nim żyć. Profesjonaliści znaleźli kilka rozwiązań.
Pierwsze rozwiązanie problemu polega na masteringu pod winyl. Ostatnie utwory na stronie muszą być pozbawione części wysokich tonów itd., żeby się to dało lepiej zapisać i odtworzyć. Drugi to umieszczanie na końcu strony utworu cichszego i spokojniejszego. Trzecie, rewolucyjne, polega na nagraniu płyty od środka, jeśli utwór zaczyna się cicho, a kończy głośno – przykład „Bolero”. I jest jeszcze jeden sposób, najlepszy – naciąć płytę 12-calową z prędkością 45 obrotów. Prędkość liniowa znacznie wzrośnie i częściowo odpadnie nawet potrzeba masteringu i stosowania różnych tricków w czasie nacinania, nie mówiąc już o dawaniu cichego utworu na koniec.
LP kręcący się na 45 ma wystarczającą prędkość liniową zapisu, żeby dźwięk mógł być nagrany niemal bezkompromisowo. Jakość takiej płyty jest znacznie lepsza niż nagranej na 33. Jest jednak pewien problem. Czas.
Na jednej stronie 12-calowej płyty kręcącej się na 45 obrotów dużo muzyki się nie zmieści. I to jest problem. Jest całkiem sporo utworów, które są za długie na taką płytę. Błędne koło. Można mieć winyl z bardzo dobrą jakością dźwięku, ale nie każdy utwór się na nim zmieści.
No tak, no tak. Ale przecież mamy zapis cyfrowy i on umożliwia rejestrację dowolnie długich utworów i na dodatek jakość jest idealna. To może jednak lepiej używać tych nośników cyfrowych?
Możliwe jest odróżnienie winyla od taśmy magnetofonowej i od nośników cyfrowych. Ale przecież można odróżnić LP od SP, a także różne longi z tą samą muzyką, przykładowo wydane w różnych krajach albo w różnych latach. Nie ma problemu z odróżnieniem dwóch ongiś identycznych longów, z których aktualnie jeden jest mniej zdarty od drugiego. Nie bierzemy pod uwagę płyt, które ktoś kiedyś elegancko zarysował, bo to zbyt proste, przecież jednak każda płyta trzeszczy w sposób unikalny.
Najbardziej irytującą cechą winyli jest to, poza tym, że można zniszczyć płytę jednym odtworzeniem starą igłą, że jakość systematycznie spada wraz ze zbliżaniem się do końca zapisu. Wynika ten spadek jakości, czy też wzrost zniekształceń połączony ze zmniejszaniem się dynamiki, z coraz mniejszej prędkości liniowej. Prędkość obrotowa jest stała, ale prędkość liniowa spada.
Bardzo adekwatne jest porównanie płyty analogowej do bagietki, która czerstwieje w miarę jedzenia. Otóż z pierwszym kęsem taka bagietka zaczyna czerstwieć w błyskawicznym tempie i piętka jest już nieco niestrawna, gdy przyjdzie ją skonsumować.
Rozwiązania problemu nie ma, można go albo przemilczeć, albo zbagatelizować, albo z nim żyć. Profesjonaliści znaleźli kilka rozwiązań.
Pierwsze rozwiązanie problemu polega na masteringu pod winyl. Ostatnie utwory na stronie muszą być pozbawione części wysokich tonów itd., żeby się to dało lepiej zapisać i odtworzyć. Drugi to umieszczanie na końcu strony utworu cichszego i spokojniejszego. Trzecie, rewolucyjne, polega na nagraniu płyty od środka, jeśli utwór zaczyna się cicho, a kończy głośno – przykład „Bolero”. I jest jeszcze jeden sposób, najlepszy – naciąć płytę 12-calową z prędkością 45 obrotów. Prędkość liniowa znacznie wzrośnie i częściowo odpadnie nawet potrzeba masteringu i stosowania różnych tricków w czasie nacinania, nie mówiąc już o dawaniu cichego utworu na koniec.
LP kręcący się na 45 ma wystarczającą prędkość liniową zapisu, żeby dźwięk mógł być nagrany niemal bezkompromisowo. Jakość takiej płyty jest znacznie lepsza niż nagranej na 33. Jest jednak pewien problem. Czas.
Na jednej stronie 12-calowej płyty kręcącej się na 45 obrotów dużo muzyki się nie zmieści. I to jest problem. Jest całkiem sporo utworów, które są za długie na taką płytę. Błędne koło. Można mieć winyl z bardzo dobrą jakością dźwięku, ale nie każdy utwór się na nim zmieści.
No tak, no tak. Ale przecież mamy zapis cyfrowy i on umożliwia rejestrację dowolnie długich utworów i na dodatek jakość jest idealna. To może jednak lepiej używać tych nośników cyfrowych?
sobota, 14 kwietnia 2018
Gramofon analogowy vs. odtwarzacz cyfrowy w ślepym teście
Zrobienie testu porównawczego z użyciem gramofonu analogowego i odtwarzacza cyfrowego jest bardzo kłopotliwe, wydaje się nawet niemożliwe. Powody są dwa i oba wynikają z właściwości gramofonu analogowego.
1. Efekt mikrofonowy.
2. Zużywanie się płyty.
Efekt mikrofonowy polega w tym przypadku na sprzęganiu wkładki z głośnikiem. Gramofon analogowy sprzęga zawsze, kiedy się słucha przez głośniki, chyba że są one w innym pomieszczeniu. Gdy się słucha przez słuchawki, to zjawisko nie występuje. Dźwięk z głośników wywołuje mniejszą albo większą reakcję płyty, która przenosi się na igłę. Ale podatne na drgania są wszystkie elementy rozpatrywane osobno i jako całość. Talerz gramofonu masowego jest raczej mało podatny na wibracje, ale sama płyta na nim leżąca już nie. Słuchając nieco głośniej, zauważymy, że muzykę odbieramy całym ciałem, już nie tylko słyszymy dźwięki, ale czujemy wibracje, uderzenia perkusji itd. Jeżeli dźwięk powoduje drganie szyb, drzwiczek do szafki, dzwonienie kluczyka w zamku szuflady i inne sensacje, to przecież dokładnie taka sama jest reakcja winylowej płyty leżącej na talerzu gramofonu, ale także korpusu, ramienia itd. Pytanie tylko, jak głośno trzeba zagrać, żeby efekt stał się wyraźnie słyszalny. Gdy wystąpi sprzężenie, wtedy wiadomo, że to słychać wyraźnie;)
Efekt mikrofonowy daje się zauważyć nawet przy odsłuchu z umiarkowaną głośnością. Czasem właśnie najprawdopodobniej efekt mikrofonowy ratuje słaby zapis basu na płycie analogowej. Płyta analogowa odtwarzana w ten sposób, że gramofon zostanie odizolowany akustycznie od głośników, momentalnie straci sporo ze swojego "ciepłego" dźwięku i zacznie grać "cienko" z powodu odchudzenia basu.
W domu trudniej jest zauważyć ten chudy bas płyty analogowej. Nikomu się nie będzie chciało ani podobało przeniesienie gramofonu albo głośników do drugiego pomieszczenia, trzeba podkreślić, za zamknięte dokładnie drzwi. A odsłuch przez słuchawki nie ujawnia tej chudości basu, bo w słuchawkach będzie dużo lepszy niż w głośnikach. Wobec tego słaby bas z głośników plus efekt mikrofonowy da podobne wrażenie jak dobry bas w słuchawkach i brak efektu mikrofonowego.
Różnice w brzmieniu gramofonów występują faktycznie, bo różne modele różnie mikrofonują. Są takie, które nie wykazują tego elementu niemal wcale, można podejrzewać, że one jednak nie są cenione przez amatorów "ciepłego" brzmienia analogów, bo po prostu obnażają braki w jakości dźwięku z winyla.
Wobec tego w teście porównawczym konieczne jest odizolowanie gramofonu od głośników, aby efekt mikrofonowy nie wystąpił. Konieczne to jest dlatego, że odsłuchy będą robione z dowolnie wybraną i różną głośnością, a skoro tak, to trzeba by wykonać kopie cyfrowe winyli dla różnych głośności odsłuchu z różnym w konsekwencji efektem mikrofonowym. Taka procedura byłaby kłopotliwa i dlatego trzeba wyeliminować efekt zupełnie.
Rozumiemy, że chodzi o porównanie dźwięku bezpośrednio z płyty analogowej i kopii cyfrowej odtwarzanej następnie w jakimś odtwarzaczu. W takim razie można włączyć równocześnie płytę i odtwarzacz cyfrowy, oczywiście po wyrównaniu głośności, i dać pilota, żeby uczestnik testu mógł się przełączać pomiędzy nośnikami.
Problem polega jednak na tym, że każde odtworzenie winyla powoduje jego zużycie. Niewielkie, ale jednak. Można więc powiedzieć, że nigdy się nie porówna równolegle oryginału i kopii. Jeśli zgramy dźwięk z winyla, to porównanie będzie już z winylem o jedno odtworzenie bardziej zużytym. Niby niewielka różnica, ale różnica.
Ktoś może uważać, że jedno porównanie to za mało i będzie chciał powtórzyć odsłuch. Jeśli mu jeden nie wystarczy, to jeszcze raz albo sto trzydzieści sześć razy. Jak już powiedzieliśmy, każde odtworzenie płyty analogowej to jedna generacja zużycia się płyty więcej. Po którym odtworzeniu będzie to słyszalne wyraźnie, jest kwestią dyskusyjną, ale dla osoby o dobrym słuchu, a więc młodej, wystarczy kilka odtworzeń, żeby mogła wyłapać degradację płyty.
W takim razie zdanie z pierwszego akapitu trzeba poprawić. Nie, że "wydaje się niemożliwe", ale po prostu jest niemożliwe. Ten czarny winylowy relikt się zużywa i z tego powodu porównania być nie może.
W każdym razie, nawet dysponując dużą ilością identycznie wytłoczonych, nowiutkich winyli, z których jeden będzie użyty do sporządzenia kopii, a reszta do odsłuchu, kopia cyfrowa jest identyczna z oryginałem nawet dla najbardziej zdrowych i młodych uszu.
1. Efekt mikrofonowy.
2. Zużywanie się płyty.
Efekt mikrofonowy polega w tym przypadku na sprzęganiu wkładki z głośnikiem. Gramofon analogowy sprzęga zawsze, kiedy się słucha przez głośniki, chyba że są one w innym pomieszczeniu. Gdy się słucha przez słuchawki, to zjawisko nie występuje. Dźwięk z głośników wywołuje mniejszą albo większą reakcję płyty, która przenosi się na igłę. Ale podatne na drgania są wszystkie elementy rozpatrywane osobno i jako całość. Talerz gramofonu masowego jest raczej mało podatny na wibracje, ale sama płyta na nim leżąca już nie. Słuchając nieco głośniej, zauważymy, że muzykę odbieramy całym ciałem, już nie tylko słyszymy dźwięki, ale czujemy wibracje, uderzenia perkusji itd. Jeżeli dźwięk powoduje drganie szyb, drzwiczek do szafki, dzwonienie kluczyka w zamku szuflady i inne sensacje, to przecież dokładnie taka sama jest reakcja winylowej płyty leżącej na talerzu gramofonu, ale także korpusu, ramienia itd. Pytanie tylko, jak głośno trzeba zagrać, żeby efekt stał się wyraźnie słyszalny. Gdy wystąpi sprzężenie, wtedy wiadomo, że to słychać wyraźnie;)
Efekt mikrofonowy daje się zauważyć nawet przy odsłuchu z umiarkowaną głośnością. Czasem właśnie najprawdopodobniej efekt mikrofonowy ratuje słaby zapis basu na płycie analogowej. Płyta analogowa odtwarzana w ten sposób, że gramofon zostanie odizolowany akustycznie od głośników, momentalnie straci sporo ze swojego "ciepłego" dźwięku i zacznie grać "cienko" z powodu odchudzenia basu.
W domu trudniej jest zauważyć ten chudy bas płyty analogowej. Nikomu się nie będzie chciało ani podobało przeniesienie gramofonu albo głośników do drugiego pomieszczenia, trzeba podkreślić, za zamknięte dokładnie drzwi. A odsłuch przez słuchawki nie ujawnia tej chudości basu, bo w słuchawkach będzie dużo lepszy niż w głośnikach. Wobec tego słaby bas z głośników plus efekt mikrofonowy da podobne wrażenie jak dobry bas w słuchawkach i brak efektu mikrofonowego.
Różnice w brzmieniu gramofonów występują faktycznie, bo różne modele różnie mikrofonują. Są takie, które nie wykazują tego elementu niemal wcale, można podejrzewać, że one jednak nie są cenione przez amatorów "ciepłego" brzmienia analogów, bo po prostu obnażają braki w jakości dźwięku z winyla.
Wobec tego w teście porównawczym konieczne jest odizolowanie gramofonu od głośników, aby efekt mikrofonowy nie wystąpił. Konieczne to jest dlatego, że odsłuchy będą robione z dowolnie wybraną i różną głośnością, a skoro tak, to trzeba by wykonać kopie cyfrowe winyli dla różnych głośności odsłuchu z różnym w konsekwencji efektem mikrofonowym. Taka procedura byłaby kłopotliwa i dlatego trzeba wyeliminować efekt zupełnie.
Rozumiemy, że chodzi o porównanie dźwięku bezpośrednio z płyty analogowej i kopii cyfrowej odtwarzanej następnie w jakimś odtwarzaczu. W takim razie można włączyć równocześnie płytę i odtwarzacz cyfrowy, oczywiście po wyrównaniu głośności, i dać pilota, żeby uczestnik testu mógł się przełączać pomiędzy nośnikami.
Problem polega jednak na tym, że każde odtworzenie winyla powoduje jego zużycie. Niewielkie, ale jednak. Można więc powiedzieć, że nigdy się nie porówna równolegle oryginału i kopii. Jeśli zgramy dźwięk z winyla, to porównanie będzie już z winylem o jedno odtworzenie bardziej zużytym. Niby niewielka różnica, ale różnica.
Ktoś może uważać, że jedno porównanie to za mało i będzie chciał powtórzyć odsłuch. Jeśli mu jeden nie wystarczy, to jeszcze raz albo sto trzydzieści sześć razy. Jak już powiedzieliśmy, każde odtworzenie płyty analogowej to jedna generacja zużycia się płyty więcej. Po którym odtworzeniu będzie to słyszalne wyraźnie, jest kwestią dyskusyjną, ale dla osoby o dobrym słuchu, a więc młodej, wystarczy kilka odtworzeń, żeby mogła wyłapać degradację płyty.
W takim razie zdanie z pierwszego akapitu trzeba poprawić. Nie, że "wydaje się niemożliwe", ale po prostu jest niemożliwe. Ten czarny winylowy relikt się zużywa i z tego powodu porównania być nie może.
W każdym razie, nawet dysponując dużą ilością identycznie wytłoczonych, nowiutkich winyli, z których jeden będzie użyty do sporządzenia kopii, a reszta do odsłuchu, kopia cyfrowa jest identyczna z oryginałem nawet dla najbardziej zdrowych i młodych uszu.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Wydanie specjalne magazynów audio Hi-Fi
Dziś na całym świecie ukazały się specjalne wydania, dostępne nieodpłatnie zresztą, wszystkich największych czasopism zajmujących się sprzętem grającym Hi-Fi. W tych wydawnictwach redakcje przyznają, że wszystkie recenzje wzmacniaczy, odtwarzaczy, słowem, całości sprzętu grającego wysokiej klasy były humbugiem. Wszystko gra identycznie, a jeśli nie, to z tej przyczyny, że sprzęt jest popsuty lub nie spełnia wymagań jakościowych zawartych w normach.
Jednocześnie producenci sprzętu przepraszają nabywców za to, że wprowadzając standardy SACD, DVD Audio, tzw. dźwięk o "wysokiej rozdzielczości", wprowadzali ich celowo w błąd, mając pełną świadomość, że nie dają one żadnej zauważalnej poprawy jakości w porównaniu do CD Audio.
Natomiast wytwórnie fonograficzne oferujące pliki o "wysokiej rozdzielczości" informują, że będą one dostępne w takiej samej cenie jak pliki w standardzie 44/16, a ta cena z kolei będzie obniżona do poziomu MP3, bo i tak nie ma żadnej poprawy w stosunku do tego ostatniego.
Natomiast małe firmy produkujące zestawy Hi-Fi o ekstremalnych cenach zadeklarowały, że zwrócą nadpłaty klientom, którzy za nie słono przepłacili. Niektórzy mogą się spodziewać zwrotów w wysokości kilku milionów, bo przyjęto poziom cenowy standardowego zestawu o wysokiej jakości, a ten nie jest przesadnie drogi.
Jednocześnie producenci sprzętu przepraszają nabywców za to, że wprowadzając standardy SACD, DVD Audio, tzw. dźwięk o "wysokiej rozdzielczości", wprowadzali ich celowo w błąd, mając pełną świadomość, że nie dają one żadnej zauważalnej poprawy jakości w porównaniu do CD Audio.
Natomiast wytwórnie fonograficzne oferujące pliki o "wysokiej rozdzielczości" informują, że będą one dostępne w takiej samej cenie jak pliki w standardzie 44/16, a ta cena z kolei będzie obniżona do poziomu MP3, bo i tak nie ma żadnej poprawy w stosunku do tego ostatniego.
Natomiast małe firmy produkujące zestawy Hi-Fi o ekstremalnych cenach zadeklarowały, że zwrócą nadpłaty klientom, którzy za nie słono przepłacili. Niektórzy mogą się spodziewać zwrotów w wysokości kilku milionów, bo przyjęto poziom cenowy standardowego zestawu o wysokiej jakości, a ten nie jest przesadnie drogi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)