Najlepszym systemem w audio pod względem jakości dźwięku jest mono.
Dwie kolumny trudniej dobrze ustawić. Dla jednej niemal zawsze uda się znaleźć idealne miejsce, z parą jest gorzej. W reżyserce powinno się to udać, ale w domu zawsze są problemy z optymalnym ustawieniem nie tylko pary, ale nawet pojedynczej kolumny.
Adaptacja akustyki w przypadku pojedynczego źródła dźwięku też byłaby prostsza, chociaż paneli potrzeba zawsze tyle samo. Jednak miejsc pierwszych odbić, gdzie trzeba je ustawiać bardzo dokładnie, w systemie mono jest o połowę mniej.
Dwa źródła dźwięku nie pomagają sobie, tylko przeszkadzają.
![]() |
| Rys. 1. |
Na rysunku 1. widać pomiar L+R. Charakterystyka jest „podświetlona”, ponieważ „trawa” i trzy zapaści w zakresie wysokich tonów są dzięki temu bardziej widoczne.
![]() |
| Rys. 2. |
Na rysunku 2. wykresy są już przedstawione z uśrednieniem do 1/3 oktawy – w przeciwnym razie „trawy” byłoby za dużo i rysunek stałby się mało czytelny. Ani kanał prawy nie wygląda dobrze, ani lewy, zresztą to tylko etap pośredni w wykonywaniu adaptacji. Faktycznie chodzi o to, że suma obu kanałów wygląda gorzej niż każdy z osobna. Mankamenty z obu stron nie kasują się, ale jakby sumują.
Gdyby odległości od głośników do mikrofonu były identyczne, fale tylko by się sumowały, a nie sumowały i odejmowały w zależności od częstotliwości. Jednak uszy słuchacza nigdy nie znajdują się w identycznej odległości od obu kolumn, więc takie zjawisko powodowane interferencją to codzienność. Taki dźwięk słyszymy na co dzień, najczęściej nie zdając sobie z tego sprawy.
Stereo od strony jakości nie poprawia niczego, tylko wszystko pogarsza. Dźwięk stereofoniczny jest „fajniejszy”, ale jakościowo – gorszy. Dodawanie kolejnych kanałów powoduje dalsze, obiektywne obniżenie jakości, chociaż subiektywna „fajność” brzmienia wzrasta.
W świecie audiofilskim wszyscy wyobrażają sobie jednak, że dążą do podniesienia jakości. Dodanie drugiego kanału pogarsza parametry, podobnie jak i dołożenie kolejnych. Jednak w reklamach „więcej” zawsze oznacza „lepiej”, chociaż w praktyce często polega to na tym, że dostajemy czegoś mniej. Zniekształceń i zakłóceń, przykładowo.
W audio – czy też w okolicach audio – takich pułapek jest więcej. Zwiększanie częstotliwości próbkowania czy głębi bitowej poza standard 44,1 kHz / 16 bitów w warunkach domowych nic nie daje. Czyli np. SACD to marketing w postaci klinicznej.
Z niektórych pułapek jest wyjście, z wielu – nie. Czy istnieje alternatywa dla sprzętu stereo w sensie zredukowania liczby kanałów do jednego? A czy istnieje metoda na obejście dewastacyjnych metod realizacji dźwięku? Jak sobie poradzić ze zredukowaną prawie do zera – czy dosłownie do zera – dynamiką? A czy ktoś zna sposób na manipulowanie przez realizatorów spektrum dźwięku instrumentów?
Jest jeszcze, w jakimś sensie systemowy, problem kolumn głośnikowych, które w ogromnej większości buczą i huczą. Można go obejść, budując kolumny samodzielnie. Jeszcze prostszy sposób polega na użyciu słuchawek. Dźwięku słuchawkowego nikt nie lubi, ale wtedy kolumny nie buczą i nie huczą, bo ich nie ma, a dodatkowo nie buczy i nie huczy samo pomieszczenie.
Poza tym w świecie audio mamy dwie naturalne pułapki systemowe. Pierwszą jest starzenie się słuchu, a druga polega na tym, że słuchanie głośnego dźwięku powoduje jego uszkodzenie. Uszkodzenie słuchu, nie dźwięku, oczywiście.
Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ktoś będzie chciał wykazać, że faktycznie występuje jakiś problem systemowy. Dźwięku nie widać, a skoro można kogoś przekonać, że jeden ołówek jest dłuższy niż drugi, choć są takie same, to jak wykazać, że jest jakiś problem z dźwiękiem? No i jak zdanie jednej osoby ma się do tej całej machiny? Kogoś interesuje, że reklamy to bajki służące do grania na emocjach?
Dźwięk jest niewidoczny i trudno jest zauważyć, że jest z nim jakiś problem. Ale nawet wtedy, gdy problem jest widoczny, jak w wypadku ołówków, marketing ze zdumiewającą skutecznością zamyka ludzi w tych matriksowych zbiornikach.
Weźmy dwa przykłady. Telewizor 1366x768 nie był w stanie wyświetlić w dobrej jakości żadnego standardu obrazu. A co było w reklamach? Zresztą takie telewizory można kupić nawet obecnie. I czy ktoś pisze o nich, że to pułapka systemowa, która gwarantuje złą jakość obrazu w każdym standardzie? A kilkanaście lat temu tego typu telewizor w jednym z magazynów został okrzyknięty najlepszym do oglądania filmów – o szarej czerni i smużeniu nie wspominając. Drugi przykład to Horrendalnie Duży kontRast. Od momentu powstania tego kuriozum jesteśmy karmieni bajeczkami o tym, że im jaśniejszy obraz może jakiś telewizor wyświetlić, tym lepiej. A przecież jeszcze niedawno uczono np. na kursach, że nie powinno się siedzieć przed monitorem za długo, bo to męczy wzrok i jest szkodliwe. Ludzie, którzy kupowali nowe telewizory, jako pierwszą rzecz robili wyłączenie trybu sklepowego, bo obraz był za jasny, zbyt kontrastowy, a przez to nienaturalny i męczący wzrok. A teraz mają na stałe włączony tryb krypto-sklepowy, który ma bardzo atrakcyjną, ale mylącą nazwę – będącą faktycznie odwracającym uwagę gestem iluzjonisty. I są „szczęśliwi”, bo od tego pieką i łzawią oczy, a to, co widzą na ekranie, ma się do realnego świata jak truskawki do marmolady zawierającej truskawki w swoim składzie, choć w skromnej ilości. O tym, że żaden domowy wyświetlacz nie jest w ogóle w stanie poprawnie tej aberracji wyświetlić, trzeba już zamilczeć. Ale to jest właśnie klucz do rozwiązania zagadki. Zły obraz spowoduje, że ktoś kupi nowy sprzęt, jeszcze jaśniejszy. Rozwiązanie jednego, sztucznie stworzonego problemu skutkuje powstaniem – a w tym przypadku spotęgowaniem – innego. Dostaje się coś, co ma jakiś problem systemowy, ale też (być może) i jakieś zalety. W marketingu zwraca się uwagę na zalety, choćby pozorne i istniejące tylko na papierze. Jednak to wady powodują powstanie potrzeby kupienia czegoś nowego. A to nowe jest znów pozornym rozwiązaniem starych problemów poprzez wykreowanie nowych. I tak w kółko ze wszystkim.
Horrendalnie Duży kontRast był (i jest) sposobem na odwrócenie uwagi od tego, że panel nie jest w stanie uzyskać poprawnej czerni. W końcu klient się w tym jednak zorientuje (lub nie) i kupi (a jak się nie zorientuje, to też kupi) coś pozornie lub nawet rzeczywiście potrafiącego poradzić sobie z problemem czerni czy może też ze smużeniem. Ale w tym przypadku, gdy panel faktycznie potrafi poradzić sobie z czernią oraz ze smużeniem, nienormalne zwiększanie jasności spowoduje przedwczesne jego zużycie.Czyli nawet gdy problem widać, ludzie z uporem tkwią w tym matriksie. A co powiedzieć o bezpiecznikach czy kablach cyfrowych, które jakoby poprawiają brzmienie? Dźwięku nie widać, poprawy nie słychać, ale co z tego? Przecież wciąż są ludzie, którzy dają się przekonać, że bezpieczniki grają.
Nasz oddział zrobił się większy...




.png)





















