wtorek, 8 kwietnia 2025

Co zrobić, żeby kable USB wpływały na brzmienie?

Czy kabel USB może mieć wpływ na brzmienie muzyki? Przywołując kolejny raz książkę A. Witorta „Dźwięk i technika Hi-Fi” na pytanie należy odpowiedzieć przecząco. Popatrzmy na rysunek.

Jeśli przyjmiemy, że tor transmisyjny jest w tym przypadku kablem USB, a dane na wejściu są tożsame z tymi na wyjściu brzmienie nie może się zmienić. W ogóle nic nie może się zmienić.

Co się jednak stanie jeśli strumień danych zostanie użyty do taktowania przetwornika, bo nie ma on własnego zegara? Tańsze przetworniki właśnie tak działają.

Żeby taktowanie było dokładne, sygnał musi mieć wyraźną „krawędź”. W przeciwnym razie przetwornik będzie miał pewną trudność z ustaleniem, kiedy sygnał wzrośnie lub opadnie na tyle, że przekracza poziom decyzji. Skutkiem tego jest błąd czasu tzn. jitter.

Zobaczmy teraz, jak podeszli do tego tematu dziennikarze z pewnego znanego magazynu.

Jeśli się pomierzy jitter przetwornika, który pracuje w trybie synchronicznym używając różnych kabli, to otrzyma się nieco inny wynik i jednocześnie trochę inaczej wyglądający wykres. Jitter dla wybranych kabli wyniósł od 1427 ps do 1758 ps. Nie są to istotne różnice. Kabel USB służy do transmisji danych i jego właściwości elektryczne niekoniecznie są optymalne do tego, żeby go wykorzystywać jako łącze z zegarem. Co ciekawe „brzmienie” wcale nie jest najlepsze dla kabla, który daje najniższy jitter. Poza tym, a właściwie to przede wszystkim, dziennikarze wzięli do „testów” odsłuchowych DAC, który pracuje w trybie asynchronicznym. I ma on jitter około 500 ps, ale nie zależy on już od kabla lecz od własnego zegara.

Dziennikarze podają, że jeśli się weźmie DAC, który poza tym, że jest asynchroniczny, to dodatkowo wykonuje resampling, to jitter dla takiego przetwornika jest  około 150 ps. Co ciekawe wyniki jittera dla różnych kabli różnią się w tym przypadku o 10 ps. Dlaczego kabel w ogóle może wpłynąć na pracę zegara przetwornika, to pytanie dla inżyniera. Z całą pewnością te różnice nie mają już absolutnie żadnego znaczenia, nie tylko praktycznego, ale nawet teoretycznego.

W zależności od tego jaki to będzie DAC, zniekształcenia (jitter) są 95, 100 lub nawet 120 dB poniżej poziomu sygnału. Tak to wygląda na wykresach, więc są to wartości orientacyjne, ale co do zasady nic się nie zmienia. Ktoś bardziej skrupulatny może sobie sprawdzić wyniki testów jakiegoś konkretnego przetwornika i zobaczyć, że dokładnie to będzie np. 118,4 dB…

Ale nawet 95 dB jest w praktyce niemożliwe do usłyszenia. Żeby usłyszeć coś cichszego o 95 dB niż muzyka, trzeba słuchać z głośnością 95 dB lub nawet trochę większą. Taki huk powoduje już uszkodzenia słuchu, to raz, a dwa, że trzeba dłuższej chwili w ciszy, żeby znów móc słyszeć te najcichsze dźwięki. Może być potrzebne kilka minut lub godzin. Słyszenie jednoczesne dźwięków 95 i 0 dB jest niemożliwe. A trzy, to fakt, że w ogóle próg słyszenia jest na poziomie 0 dB, no trochę może niżej dla niektórych częstotliwości, ale i tak tylko dla osoby młodej i mającej świetny słuch. Ktoś starszy ma ten próg podniesiony o 10, 20 czy 30 dB i to nie z powodu uszkodzenia czy choroby, tylko z powodu wieku.

No ale co można „zyskać” według dziennikarzy, jak się kupi ten najdroższy kabel? Otóż brzmienie jakoby staje się neutralniejsze, bardziej otwarte i głębiej przeświecające. Poza tym (uwaga!) stają się słyszalne dalsze detale!

To znaczy, że jak ja wezmę cyfrową wersję The Fixx „Shuttered Room”, to usłyszę hihat i inne czynele? Bo to by były te dalsze detale, których normalnie nie słyszę.

Jak ludzie sobie radzą z takim dysonansem poznawczym? Kupują super sprzęt i nawet jakieś zaczarowane kable USB, ale z czasem dźwięk staje się coraz bardziej błotnisty, aż w końcu zamienia się w błoto. Realizatorzy dźwięku zadbali o to bardzo skrupulatnie.

Po czterdziestce zaczynają się pojawiać pierwsze wątpliwości. Po pięćdziesiątce jest już mało fajnie. A po sześćdziesiątce kompletnie znikają instrumenty, a brzmienie staje się błotem. Wszystko za sprawą nienormalnej i chorej maniery realizacji dźwięku w pewnych gatunkach muzycznych. Niestety w tych najpopularniejszych.
Czyli najpierw kupuje się magazyn za 6,50 i przyjmuje za oczywistość wszystkie rzeczy, które tam są napisane, a następnie chowa się głowę w piasek wbrew temu, co się samemu słyszy. I tak przez dziesięciolecia.

Ludzie naprawdę robią to, co im się powie. Niestety.

środa, 12 marca 2025

Uchem Weterana: Howard Jones – Human's Lib

Howard Jones – Human's Lib ukazała się w 1984 roku na winylu, ale również na CD. Płyta była wielokrotnie wznawiana na CD, natomiast w 2024 wydano ją na blu-ray.

Rys.1. Winyl.


Tak wygląda utwór drugi z pierwszej strony, nawiasem mówiąc, duży przebój.

Rys. 2. Jak widać, nie brakuje aż tak wiele, żeby brzmienie było "future proof".

Widmo przedstawia się bardzo interesująco, szczególnie, gdy się je porówna do innego. Ten sam realizator dźwięku, dlatego jest tak ciekawie. Chodzi o płytę The Fixx - Shuttered Room, która była bohaterem wcześniejszego wpisu. Na tamtej płycie hi-hat był odcięty przy 10 kHz, natomiast tu widać go nawet w okolicach 2 kHz, chociaż normalnie powinien się zaczynać od 200 Hz. Tylko, że te resztki widoczne w przedziale od 2 kHz do 4 kHz nie są słyszalne. Słyszalne jest to od 4 kHz i dodanie regulatorem barwy kilku dB sopranów pomaga. Tzn. na tej płycie w ogóle jest coś, co można dać głośniej i usłyszeć, natomiast w wypadku płyty The Fixx regulacja barwy nic nie zmienia. Dźwięki są za wysokie.

Brzmienie tej płyty mogło się podobać i podobało się. Teraz jest na granicy akceptowalnego.

Problem, jak zwykle, polega na tym, że "gorąco" jest w ostatniej oktawie. Jak wiemy, dla osób dojrzałych wysokie tony to bardziej przedostatnia oktawa, a tu ich trochę brakuje, względnie są za ciche. Gdyby realizatorzy dźwięku, zwracali uwagę na zakres 4 kHz - 8 kHz, jako ten ważniejszy, bo jeszcze możliwy do usłyszenia dla osób starszych, już pomińmy ludzi bardzo zaawansowanych wiekiem, to mielibyśmy teraz ogromną płytotekę z muzyką, a tak mamy gigantyczną ilość błota.

Można zaryzykować stwierdzenie, że producentów tej płyty, zresztą jak zwykle, interesowało wszystko poza tym, że są na świecie ludzie, którzy już słyszą gorzej oraz to, że przecież także ci dobrze słyszący się zestarzeją. 

Mnie najbardziej zastanawia dlaczego nikt na przestrzeni dziesięcioleci nie zauważył, że brzmienie tej płyty staje się coraz gorsze, a dotyczy to także wielu, wielu innych wydawnictw.

Ileż to napisano o "brzmieniu" jakiegoś kabla czy bezpiecznika, ale o tym, że jakaś płyta przestała dobrze grać, to ani słowa. Pomijając wpisy tutaj.

poniedziałek, 3 marca 2025

Gdyby realizatorzy dźwięku byli ignorantami...

Płyty z muzyką rozrywkową są nagrywane źle od kilku dekad i to nie tylko z punktu widzenia osoby nieco starszej. Do dobrego tonu należy utyskiwanie na nadmierną kompresję dynamiki dźwięku, a na to narzekają również młodzi. Gdyby przyjąć założenie, że realizatorzy działają w taki sposób w jaki działają, bo nie zdają sobie sprawy z pewnych fundamentalnych spraw, to by tłumaczyło całą sytuację. Ale sprawa nie jest taka prosta.

W roku 1988 ukazała się książka "Dźwięk i technika Hi-Fi", którą napisał Aleksander Witort. Zobaczmy co jest na stronie 35.


Aleksander Witort "Dźwięk i technika Hi-Fi" str. 35.


Są na niej krzywe jednakowej głośności, które opracowali Flether i Munson oraz kilka następujących zdań:

"W wieku 35 lat górna granica słyszalności obniża się średnio do 15 kHz. W wieku 50 lat większość ludzi nie słyszy dźwięków o częstotliwości większej niż 12 kHz. U ludzi starych wraz z osłabieniem ogólnym słuchu granica ta może się obniżyć do 5÷8 kHz."

Teraz spójrzmy na krzywe jednakowej głośności. Krzywe układają się w taki sposób, że powyżej mniej więcej 8 kHz dźwięk musi być znacznie głośniejszy, aby był odczuwany na takim samym poziomie.

Chociaż książka ukazała się w 1988 r. to nie znaczy, że o wspomnianych powyżej faktach nikt wcześniej nie wiedział. Krzywe Fletchera-Munsona zostały opracowane prawie 100 lat temu, bo w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Natomiast, że na starość słyszy się gorzej wiemy od wielu tysięcy lat. Że liczby są znane powiedzmy, że też od stu lat, niewiele zmienia.

Realizatorzy dźwięku mogą czytać książki takie jak ta, ale przecież mają swoje, które omawiają istotne dla nich sprawy szerzej i dokładniej. Zestawmy to, co robią realizatorzy dźwięku z wiedzą z książek.

Realizatorzy dźwięku usuwają ze spektrum talerzy perkusyjnych zazwyczaj wszystko poniżej 5 kHz. Bywa, że skasują więcej. Dziwnym zbiegiem okoliczności ludzie starsi nie są w stanie usłyszeć nic powyżej 8 czy właśnie 5 kHz.

Z krzywych Flethera i Munsona widzimy, że najlepiej słyszane są dźwięki od 2 kHz do 5 kHz. Czyli tam, gdzie talerze perkusyjne byłyby najlepiej słyszalne realizatorzy z reguły nie zostawiają nic. Przypomnijmy, że bez realizatorskich manipulacji, spektrum talerzy perkusyjnych zaczyna się poniżej 200 Hz. Wobec tego, gdy realizator zostawi talerze perkusyjne od 5 kHz, to chodzi już o zakres, który jest powyżej najlepszej słyszalności i na domiar złego go ścisza.

Talerze zazwyczaj realizatorzy dają głośniej powyżej 10 kHz. Czyli tam, gdzie sięgają już tylko młodzi, a ponadto i tak jeśli ktoś to słyszy, to słyszy gorzej. Przypomnijmy, że winyl źle znosi głośną górę pasma. To już nie odnosi się do książki, ale warto wspomnieć.

Realizatorzy dają głośno górę pasma, co dotyczy sybilantów i talerzy perkusyjnych, ale nie tylko. Dźwięk nagrany naturalnie ma najwięcej energii raczej poniżej 10 kHz. Realizatorzy dźwięku nagrywają jednak w ten sposób, że wysokie tony są zrobione głośno w sposób sztuczny. W wyniku tego w czasie nacinania winyla trzeba je ściszyć, żeby nie powstały zniekształcenia.

Korekcja RIAA w zakresie od 10 kHz do 20 kHz podbija wysokie tony od kilkunastu do około dwudziestu dB. Jest więc powód, żeby pewnych rzeczy pilnować podczas produkcji płyt, ale byłoby to znacznie prostsze, a nawet nic nie trzeba by robić, gdyby realizatorzy nagrywali bardziej naturalny dźwięk.

Z jakiegoś powodu wszystko stoi na głowie. Czy oni tych rzeczy nie wiedzą, czy też może wiedzą, ale z tego powodu, że wiedzą, robią wszystko na odwrót?

Przykład z płyty, żeby nie być gołosłownym:

Utwór zgrany z singla (winyl). Rok wydania 1983.

"A" Hi-hat jest podcięty do 5 kHz. W odsłuchu już niesłyszalny (dla mnie) przy barwie dźwięku ustawionej neutralnie. Oczywiście, da się to usłyszeć robiąc bardzo głośno, ale raczej chodzi o słuchanie muzyki, a nie o ogłuszanie się hukiem.
"B" - tu hi-hat byłby słyszalny najlepiej, gdyby realizator nie obciął dołu, ale obciął, więc można tylko wskazać miejsce, gdzie powinien być.
Zaznaczenie "a" i "b" to cały przedział częstotliwości, który normalnie zajmują talerze perkusyjne.
"C" to wysokie tony zrobione głośno przez realizatora dźwięku, a które zostaną ściszone w czasie produkcji winyla.

Spektrum jest z wersji CD. Mam też ten utwór zgrany z singla, a zestawienie jednego z drugim pod kątem dynamiki dźwięku wygląda tak:


CD vs. winyl. Na CD DR 7. "Realizatorzy dźwięku uczą się, uczą, uczą się. Uczą się, jak ogłuszyć cię." Można spróbować zaśpiewać na melodię utworu "Automaty" zespołu Klan.


 W 1983 roku było głośno, ale na składance wydanej w 2002 r. po remasteringu zrobiło się głośniej. Na rysunku są obie wersje ze znormalizowaną głośnością. W odsłuchu wersja z singla brzmi „cieplej”. Jednak takie porównanie nie jest całkiem sensowne, ponieważ wersja cyfrowa została bardzo mocno potraktowana kompresorem.

Jak to spuentować? O muzyce można pisać, gdy nie da się jej słuchać.

poniedziałek, 17 lutego 2025

Uchem Weterana: Bee Gees- Living Eyes

I znów mamy rok 1981. Tym razem na talerzu gramofonu jest album Bee Gees Living Eyes. 

Rys. 1. Chociaż wiele lat minęło, to chyba nikt nie będzie się zastanawiał czy jest sens dywagować nad muzyką Bee Gees. Już tylko z jednego powodu, bo to Giganci.

Mój ojciec miał bardzo dużo znajomych. Te znajomości były utrzymywane przez wiele lat i dość często przyjeżdżali do nas znajomi, którzy mieszkali w całej Polsce. Przyjeżdżali np. Gdańszczanie i Poznaniacy. Właśnie Poznaniakiem był pan Gienek, inżynier mechanik. Był u nas razem z żoną trzy razy, ale tyle to ja pamiętam. Pierwszy raz przyjechali z córką, która była ode mnie tak z 10 lat starsza (ja miałem wtedy lat kilka). Trzeci raz przyjechali z wnukiem. A drugi raz sami. I był to rok 1983. Pamiętam to dlatego, że wtedy właśnie ukazała się płyta Synchronicity.

Historia z roku 1983 bardzo luźno związana z płytą Bee Gees wydaną w 1981 jest taka. Pan Gienek był fanem Bee Gees i miał ich wszystkie płyty. Natomiast jeśli chodzi o sprzęt, to zapamiętałem, że miał wzmacniacz kwadrofoniczny o mocy bodajże 4x50 W, może trochę więcej. Czyli on miał do dyspozycji 200W, a ja zaledwie kilka. Do tego wzmacniacza był pewnie całkiem niezły gramofon, bo pan inżynier pracował czasem za granicą. Za tą zachodnią, więc miał kasę na fajny wzmacniacz, kolumny, gramofon, a także... mieszkanie, samochód i rodzinę.

Zobaczmy co mogło zagrać na tym sprzęcie quadro. Strona pierwsza, utwór drugi. Widmo prezentuje się w ten sposób:

 

Rys. 2. Strona pierwsza, utwór drugi.

 

Jak widzimy, za charakterystyczne brzmienie hi-hata, którego już teraz na starość praktycznie wcale nie słyszymy, odpowiada zakres powyżej 10 kHz. Zwróćmy uwagę na uderzenie, które wskazuje strzałka. Zostało wybrane dlatego, bo nic go nie "zasłania". Podobnie jest też w prawym kanale.

W tym utworze hi-hat "zaczyna się" mniej więcej od 3 kHz. Problem polega na tym, że jest zrobiony "w trójkąt". Cicho na dole, gdzie go możemy jeszcze usłyszeć i głośno w "naszym" zakresie ultradźwięków. Ogólnie płyta nie brzmi bardzo źle. Po dodaniu wysokich tonów regulatorem barwy dźwięku jest dość znośnie.

Oczywistym celem realizatora było osiągnięcie charakterystycznego brzmienia. W tamtych czasach u nas słuchało się z wysokimi tonami odkręconymi do oporu i włączonym konturem czy "lołdnesem". Na zachodzie pewnie było podobnie, więc dając głośno zakres powyżej 10k realizator wpisywał się w obowiązujący trend.

Z perspektywy osoby starszej taka realizacja dźwięku nie ma żadnego sensu. Wszystko, co jest powyżej 10 kHz nie istnieje. A skoro zakres, który odpowiada za atrakcyjność tej płyty nie jest słyszalny, to jej brzmienie nie jest już atrakcyjne.

Living Eyes jest klinicznym przykładem na to, że od dobrego, future-proof, brzmienia było niedaelko. Niestety, żeby tej płyty posłuchać z przyjemnością trzeba ją zremasterować. Bo oryginału z wieloślada pewnie już nie ma. Nowe masteringi tej płyty są, ale nikt ich nie robił w ten sposób, żeby uwzględnić możliwości słuchu starszych panów. I starszych pań. Panie mi wybaczą, że wypominam im wiek.

Na koniec dodam jeszcze, że wtedy też kupiłem sobie płytę Tiny Turner, podczas jakiegoś wakacyjnego wypadu ze znajomymi, no i poprosiłem pana Gienka o przetłumaczenie tytułów. Private Dancer jeszcze nie było, a płytę kupiłem, bo była zagraniczna. Takie były czasy.

Rys. 3.  Tina Turner– Sunset On Sunset i tłumaczenia.

 

czwartek, 13 lutego 2025

Uchem Weterana: Olivia Newton - John Physical

 Tym razem mamy rok 1981.

Nie trzeba się dokładnie przyglądać, żeby zauważyć, że to są dwa zdjęcia dość nieudolnie połączone w całość. Ale jeśli ktoś nie ma tego albumu i zobaczy tylko zdjęcie z pierwszej strony, to trudno mu będzie zrozumieć dlaczego dziewczyna ma akurat taki a nie inny wyraz twarzy. Jeżeli Czytelnik jest pod sześćdziesiątkę lub starszy, to po przesłuchaniu płyty będzie miała bardzo kwaśną minę. Dziękujemy (ehem ehem) realizatorom dźwięku.


 Pierwszy utwór z pierwszej strony wygląda następująco:

W tym przykładzie mamy standardowe podcięcie przy około 5 kHz. Poza tym płyta jest bardzo stereofoniczna. A i B to hi-hat (?), którego oczywiście nie słychać przy normalnej prędkości odtwarzania. W uszach Weterana (starszego pana) płyta zupełnie bez wysokich tonów. Regulator barwy tu niewiele pomaga.

 Jeżeli Czytelnik ma tą płytę na winylu, to jest w trochę trudniejszym położeniu niż posiadacze wersji cyfrowych. Tu naprawdę koniecznie trzeba zmniejszyć szybkość odtwarzania o połowę, żeby się przekonać jak ona brzmiała, no i nadal brzmi, w uszach osoby młodej. Tzn. my, starszaki, już nigdy nie usłyszymy wszystkiego, ale przynajmniej możemy usłyszeć jakąś imitację oryginalnego dźwięku pokazującą co jest już poza naszym zasięgiem. Strata dla odbioru spowodowana starzeniem się słuchu i złą realizacją dźwięku w przypadku tego albumu jest ogromna.

Ludzie kupując płyty jak ta, kupowali też styl życia. Niektórzy później kupowali też kable głośnikowe i takie tam, różne wynalazki. Jedno i drugie obiecywało wiele, ale to zawsze były iluzje.

Jak się dokładniej przyjrzeć wysokim tonom to widać, że są najgłośniejsze przy 10k. Zresztą są głośne do samej góry. Ta płyta pokazuje dobitnie, że "ciepły dźwięk winyla" to tylko mit. Prestidigitator wykonał ruch ręką, żeby odwrócić uwagę od tego, co robi naprawdę. W magazynach audio znajdziemy całą masę testów wkładek gramofonowych, które są tak dobre, że wyczytają dokładnie wszystko z rowka. Tylko, że nawet całkiem zwykłe i mało kosztowne wkładki, jak tu użyta, wyczytają wszystko. Problem polega na tym, że realizatorzy dźwięku postarali się o to, że "wszystko" mogą usłyszeć najwyżej dzieci. Nawet sami realizatorzy nie byli w stanie usłyszeć wszystkiego co zrobili z dźwiękiem na płycie.

Jaki jest sens i cel tego rodzaju realizacji dźwięku? Nawet jeśli ktoś w latach siedemdziesiątych zakochał się na zabój w Sandy Olsson, to teraz nic mu to nie pomoże. Płyta brzmi bardzo błotniście. Naprawdę nikt nie brał pod uwagę tego, że słuch się starzeje? A w 1981 roku nie było starszych panów słuchających tej muzyki? I nikt nie wiedział, że oni już nie słyszą wysokich tonów? Oni sami nie wiedzieli, że nie słyszą wysokich tonów? A starsze panie? O nich też nikt nie wiedział i one same nie wiedziały?

A ilu ludzi od roku osiemdziesiątego, dla równego rachunku, do dzisiaj, szukało odpowiedniego zestawienia wzmacniacz/kolumny i do tego pasującego kabla? I wszyscy znaleźli w końcu pasujące do siebie kolumny, wzmacniacze i kable. I wszyscy usłyszeli "ten" dźwięk. I nikt nie zauważył, że brakuje wysokich tonów...

Jakiś czas temu, przy pewnej okazji, ktoś mówił o zbiorowej psychozie. Może to nie psychoza, tylko wszyscy są zahipnotyzowani? O co tu chodzi, poza kasą?

sobota, 8 lutego 2025

Realizator dźwięku, który nie wiedział, że nagrywa prozę

"Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żywnego pojęcia!" powiedział Pan Jourdain.

Czy realizatorzy dźwięku wiedzą, że nagrywają prozę? Możliwe, ale jak się posłucha i obejrzy ich realizacje (można też próbować sobie przypomnieć jak brzmiały one kilkadziesiąt lat temu), dochodzi się do wniosku, że jest tylko jedna rzecz, którą oni wiedzą na pewno. Mianowicie, że ma być głośno. Ma być głośno i głośniej niż u konkurencji. U nas w tamtych latach nie było konkurencji, ale hierarchia wartości obowiązywała taka sama.

Z mojego punktu widzenia, a raczej słyszenia, prawie wszystkie płyty z muzyką rozrywkową wydane od lat siedemdziesiątych do teraz nie nadają się do słuchania. Trzeba tu wyraźnie powiedzieć, że ja nie mam nawet sześćdziesięciu lat. Muszę na to poczekać jeszcze parę lat, ale już teraz mój słuch nie jest wystarczająco dobry, żeby słuchać płyt bez odczuwania mdłości. A co będzie za lat dwadzieścia? Mój ojciec zmarł mając lat trzydzieści więcej, niż ja mam teraz. Czy czeka mnie zatem trzydzieści lat słuchania coraz bardziej błotnistego błota, bo realizatorzy dźwięku wymyślili sobie jakiś chory sposób pracy?

Możliwe, że realizatorzy dźwięku czegoś nie wiedzą, a poza tym są podatni na pranie mózgu jak każdy inny. Mózg można wyprać zwykłym ludziom, ale można też realizatorom. To tylko ludzie, jak by powiedział agent Kowal z matriksa.

O tym, że dobry sprzęt ma pasmo przenoszenia do 20 kHz, zacząłem czytać już w latach siedemdziesiątych. Wszyscy pamiętamy, jakie to było wrażenie w tamtym czasie wziąć do ręki ulotkę sprzętu dobrej zachodniej firmy. Kredowy papier, piękne kolory, świetne zdjęcia, no i tabelki z parametrami aparatury. Polski magnetofon, który miał pasmo do 12,5 kHz to był cienki, ale taki zachodni, co miał do 20k to był dobry.

Jeżeli ktoś w ogóle interesuje się sprzętem, to obudzony o północy i spytany jaką najwyższą częstotliwość dźwięku słyszy człowiek powie, że 20 kHz. Niestety to nie jest dobra odpowiedź. Gdyby spytać ile lat ma człowiek, to też nie jest dobrą odpowiedzią, że każdy ma lat sześć. W internecie można znaleźć wzór na górną częstotliwość dźwięku, którą człowiek może usłyszeć. Wynika z niego, że sześciolatek to może te 20 kHz usłyszeć. Wzór wygląda tak, że od 20925 trzeba odjąć wiek pomnożony przez 166. Żeby zostało 20 000, można odjąć tylko 925. A ile to będzie 925 podzielone przez 166? Niecałe sześć. Ale może wzór jest niedobry...

Poza tym problem z tym wzorem jest inny. Owszem, ja słyszę mniej więcej tyle (trochę mniej), ile wychodzi ze wzoru. Ale fakt, że jestem w stanie usłyszeć 11 kHz nie znaczy, że tyle słyszę w muzyce. Przy tych 11k mam już bardzo duży spadek, więc w nagraniach praktyczne znaczenie mają częstotliwości znacznie niższe. Może 9k, prędzej jednak 8 kHz. I dlatego prawie wszystkie płyty brzmią mi jak błoto.

Jak już napisałem, nie mam jeszcze sześćdziesięciu lat, ale muzyka już teraz zamieniła się w błoto za sprawą chorej realizacji dźwięku. A co słyszą siedemdziesięciolatkowie? A co osiemdziesięciolatkowie?  Jest taki dziarski 78-latek, który się intensywnie produkuje i wypowiada na temat jakości sprzętu i sałnd kłality. Przecież to jest żałosne.

Kiedyś rozmawiałem z moim kolegą, który chodził do technikum elektronicznego. Mieli oni tam generator i on twierdził, że słychać nawet więcej niż 20k, jak się da trochę głośniej. Ja mam co do tego wątpliwości. Prędzej on mógł słyszeć intermodulacje schodzące w dół niż więcej niż 20k.

Człowiek nie jest w stanie usłyszeć 20 000 Hz. Człowiek nie jest w stanie przebiec 100 metrów w czasie  9,58 s. Człowiek nie jest w stanie podnieść ciężaru 267 kg. To, że dziecko może usłyszeć 20k i byli tacy, którzy przebiegli 100m w czasie poniżej 10 sekund czy uzyskali w podrzucie ponad ćwierć tony, to nie znaczy, że zwykły Kowalski tak potrafi. Podobnie z realizację dźwięku. Większość płyt nadaje się do słuchania przez małe dzieci, bo już nawet nastolatki nie usłyszą wszystkiego.

999 realizatorów dźwięku na 1000 nie słyszy tego, co robi. Być może statystyka jest jeszcze gorsza.

Ten realizacyjny absurd ma rozmiary niebywałe. Zastanówmy się tylko nad dwoma aspektami. Wszyscy narzekają na kompresję czyli redukcję dynamiki dźwięku. Owszem, to jest bardzo duży problem, ale nie jedyny.

Ktoś kiedyś zauważył, że fajnie jest, jak się doda trochę, albo trochę więcej wysokich tonów. Więc realizatorzy dźwięku zaczęli je dodawać. Im mieli lepszy sprzęt, tym dodawali więcej. Jak się zacznie oglądać nagrania, to widać, że zakres powyżej 10k z czasem stał się bardzo "gorący". W odniesieniu do indywidualnego realizatora wyglądać to może w ten sposób.

Realizator trzydziestolatek w latach siedemdziesiątych dodaje trochę wysokich tonów. Sprzęt ma już lepszy i trochę więcej może. Już nie słyszał wszystkiego, co zrobił, ale dodał wysokich tonów i skompensował sobie utratę słuchu w tym zakresie. W latach osiemdziesiątych ten już czterdziestolatek musi dodać więcej, żeby skompensować utratę słyszenia, ale może to zrobić. Sprzęt ma lepszy, lepsze są kompresory i limitery. W latach dziewięćdziesiątych ten pięćdziesięcioletni realizator dźwięku musi już mieć pewne wątpliwości, o ile jest spostrzegawczy, ale siedzi cicho, robi swoje, nie przyznaje się, że coś jest nie tak. Ale przecież są nowsze kompresory i limitery. Można zrobić jeszcze głośniej i jakoś zamaskować problem. W XXI wieku nasz sześćdziesięciolatek działa po omacku. Realizuje bardziej na wskaźniki niż na słuch, ale milczy albo opowiada jakieś dziwne rzeczy o brzmieniu i sprzęcie. Co zrobił w nagraniach, to on już nie ma bladego pojęcia, a loudness war osiągnęła swoje apogeum. Najgorsze pod względem realizacyjnym płyty ukazały się właśnie na początku XXI wieku, wliczając reedycje. No i wreszcie czas na emeryturę. Zbieg okoliczności?

A ci młodsi to zrobią coś lepiej? Przecież oni też mają wpojone, że człowiek słyszy 20 kHz, więc powyżej 10k jest mnóstwo przestrzeni do robienia głośno. A że oni sami tyle nie słyszą, to nie ma znaczenia.

Bryndza robi się po pięćdziesiątce, tak przed sześćdziesiątką. Jak ktoś ma cztery dychy, to już muzyka mu nie brzmi tak, jak kiedyś, ale przeważnie nie ma problemów, żeby słuchać typowych produkcji. Po pięćdziesiątce za to pojawia się coraz więcej płyt bez wysokich tonów. Jak się im przyjrzeć, to te wysokie tony są tam nawet w nadmiarze, ale słuch już nie ten. A jak ma się prawie sześćdziesiąt, to okazuje się, że ten realizacyjny obłęd zniszczył prawie wszystko i nie ma czego słuchać. Kilka dobrze zrobionych płyt się znajdzie, ale co z tego? Jak ktoś chce słuchać z przyjemnością, to musi sięgać do lat sześćdziesiątych, a nawet wcześniej. Cóż za paradoks. Im lepszy sprzęt (nagraniowy), tym gorszy dźwięk.

Przerobienie talerzy perkusyjnych, w szczególności hi-hata, na instrumenty ultradźwiękowe to nie był dobry pomysł. Niestety granica ultradźwięków jest płynna. Dla małego dziecka to będzie 20k, ale dla sześćdziesięciolatka już tylko połowa z tego. Ale jest jeszcze inny chory pomysł realizacyjny.

Realizatorzy zauważyli, że jak się doda zniekształceń, to brzmienie jest "fajniejsze". Jak zauważyli, to zaczęli dodawać. Faktycznie, dźwięk zniekształcony jest (był) fajniejszy. Ja takowy lubiłem, gdy te zniekształcenia mogłem jeszcze usłyszeć. Tylko, że teraz one są poza moją granicą ultradźwięków.

Proszę zauważyć, że dodawanie harmonicznych, takich czy innych, do spektrum instrumentu nie zmieni wiele, zgoła nic. Dopiero jak się tych zniekształceń doda powyżej normalnego spektrum danego dźwięku, to staną się słyszalne, a brzmienie zrobi się "fajne". Jak się popatrzy na różne realizacje, to widać, że werbel ma spektrum sięgające bardzo, bardzo wysoko. Ale jak się popatrzy jak wysoko realizatorzy potrafią pociągnąć spektrum bębna basowego, to można się naprawdę zdziwić.

Pewnie to będzie leciutką przesadą, ale można powiedzieć, że fajne brzmienie płyt polega na dwóch manewrach. Po pierwsze kompresja dynamiki dźwięku. Po drugie dodanie zniekształceń.

Zniekształceń dodają nie tylko ci, co realizują muzykę. W filmach też się dodaje zniekształceń. Ktoś kiedyś napisał, że w filmie wszystko brzmi trochę inaczej. Kompresja i zniekształcenia. Jeżeli w filmie ktoś nalewa kawy do filiżanki, to brzmi to fajnie i inaczej niż w rzeczywistości. Ale sześćdziesięcioletni kinoman usłyszy już całkiem zwykły dźwięk. Zniekształcenia są poza granicą ultradźwięków, czyli tak powyżej 10k.

Filmy brzmią inaczej, fajniej jak się jest młodym i zwyczajnie, jak się jest starym.

We wszystkich źródłach dotyczących słuchu powinno się podawać, że zakres słyszalnych częstotliwości jest zmienny. I nie byłoby dużym błędem przyjęcie założenia, że człowiek słyszy od 20 Hz do 8 kHz. 12 kHz mniej, niż to się powszechnie uważa. Niestety, jak się wyjdzie z matriksa rzeczywistość jest mniej atrakcyjna, ale jednak przecież chodzi się po Ziemi.

Czy realizatorzy dźwięku wiedzą, że ich "target" to osoba słysząca 8 kHz? Iże wszystko powyżej to jedynie bonus, który można dodać, ale to tylko bonus. To, co się liczy naprawdę to ledwo 8 kHz.

To oni wiedzą, że nagrywają prozę? Na pewno są tacy, którzy wiedzą, ale się nie przyznają.

Na koniec przytoczę słowa, które powiedział Rom w odcinku "The.Assignment". No i też musi się tu znaleźć Chief O'Brien, ale chodzi o to, co mówi Rom.

 - Rom... I'm going to have to leave you in a tough spot.

- Captain Sisko, Odo...they don't know about any of this, do they?

- No. No, they don't and I want you to help me keep it that way for a little while longer.

- I have to stay here and play the idiot?

- I'm afraid so. Now, no matter what Odo asks you...

- I'm Quark's brother. I know the role.

wtorek, 4 lutego 2025

Uchem Weterana: Ryszard Sygitowicz – Bez Grawitacji

Ryszard Sygitowicz wydał swego czasu płytę "Bez Grawitacji". Ktoś, kto skojarzył sobie autora z zespołem, w którym wcześniej grał, spodziewał się chyba innej muzyki. Przynajmniej prowadzący blog był trochę zaskoczony. Jednak muzyką my się tu nie zajmujemy, raczej realizacją dźwięku.


Tym razem za przykład posłuży drugi utwór z pierwszej strony.


Widzimy, że hi-hat, a właściwie to chodzi o automat perkusyjny, na rysunku zaznaczony "A" i "B", został podcięty do około 5 kHz. W pewnym wieku, czyli po pięćdziesiątce czy raczej przed sześćdziesiątką, "A" się już nie słyszy, natomiast słyszy się jeszcze "B". Dzieje się tak dlatego, że "A" jest w ogóle cichszy niż "B", a poza tym "B" jest głośniejszy trochę niżej.

Ta płyta pokazuje, że czasem przydatna jest regulacja barwy. Mianowicie jeśli się doda trochę wysokich tonów, tak co najmniej 6 dB, to słychać bez problemu także "A". Jednak jednocześnie okazuje się, że dodając wysokich tonów mamy więcej nie tylko to, co słabo słyszymy, ale również to, co dobrze słyszymy. Wzmacniacz autora bloga zaczyna dodawać wysokich tonów tak od 3 kHz, a chodziłoby o danie głośniej od 5 kHz. Wobec tego korektor graficzny byłby tu lepszy.

Ale o czym my tu mówimy. Normalny świat jest taki, że ludzie zastanawiają się czy płyta brzmi lepiej, bo została wytłoczona na tradycyjnej prasie, czy też injection molded. Wypada dodać, że pewna znana osoba z audiofilskiej branży, która wypowiada się o tych wtryskiwanych płytach ma 78 lat. Według wzoru na górną granicę słyszenia wychodzi, że będąc w tym wieku można usłyszeć co najwyżej 8 kHz. Jednak przy 8 kHz będzie już bardzo duży spadek czułości słuchu i dobrze można usłyszeć częstotliwości trochę niższe, 6 najwyżej 7 kHz. Ale i tak ktoś musiałby być bardzo ostrożny i unikać przeróżnych hałasów.

Co ktoś może powiedzieć o jakości winyla słysząc 6 czy 7 kHz? Wydaje się jednak, że jest przekonany, że wszystko świetnie słyszy.