piątek, 6 czerwca 2025

Profesjonalne i samodzielne badanie słuchu

Każdy, kto interesuje się akustyką ma przynajmniej kilka książek na ten temat. Podobnie jest z psychoakustyką. Okazuje się jednak, że te książki nie mówią nam rzeczy najbardziej fundamentalnych. Nie dowiemy się z nich jak słyszymy i dlaczego, ani tego co można, a czego nie można usłyszeć w sensie praktycznym. A słyszymy kiepsko w ogóle, a na dodatek coraz gorzej z każdym rokiem. Nie mówiąc nawet jaki wpływ na słuch ma hałas.

To zdumiewające, że nawet przeczytanie kilku czy kilkunastu książek nie spowoduje, że człowiek wyjdzie z matriksa. Czyta, wie coraz więcej, ale nie wie tego, co jest ważne. Wydaje mu się za to, że słyszy świetnie. Aż do momentu, kiedy jest już naprawdę bardzo źle. Chociaż to nie jest regułą.

W książkach o psychoakustyce jest cała masa wyników różnych badań, ale są one w jakiś sposób abstrakcyjne. Poza tym do tych badań bierze się ludzi o dobrym słuchu, a nie z przeciętnym, co byłoby chyba bardziej odpowiednie. Książki swoje, a życie i codzienna praktyka swoje. Książki milczą w odniesieniu do faktu, że słuch się starzeje, a to jest rzecz bodaj najważniejsza. Książki medyczne oczywiście mówią o starzeniu się słuchu, schorzeniach itd., ale kto je czyta?

O tym, że nasz słuch się zestarzał można się przekonać wykonując badanie. Dowiemy się przy tej okazji czy poza wiekiem jest jeszcze jakaś inna przyczyna kiepskiego słyszenia.

Jeżeli ktoś nie chce się fatygować na badanie, może je zrobić samodzielnie. Do tego celu można użyć np. aplikacji. Nie powinno się jednak oczekiwać jakichś dokładnych wyników. Tylko skalibrowane słuchawki dadzą rezultaty odpowiadające rzeczywistości. Jednak takim aplikacjom warto się przyjrzeć z innego powodu. Mianowicie mają one opcję nałożenia na wykresy norm wiekowych. Tzn. niekoniecznie każda aplikacja ma taką opcję, ale akurat ta, której używa autor ma.

Te normy wiekowe dla progu słyszenia pokazują w sposób dobitny przede wszystkim jak absurdalna jest metoda pracy realizatorów dźwięku. Oczywiście nie można powiedzieć, że skoro w wieku X próg słyszenia podnosi się o Y, to dokładnie tak będzie w odniesieniu do słuchania muzyki czy w ogóle do życia codziennego. Ale w odniesieniu do dźwięków o typowym natężeniu to jest dobre przybliżenie. Jeśli w wieku X próg słyszenia podnosi się o Y, to znaczy, że dźwięki mowy, odgłosy codziennego życia i muzyka będą słyszane o taką wartość słabiej.

Przypuszczalnie taki prawdziwy audiofil ma pod siedemdziesiątkę. W tym wieku przechodzi się na emeryturę i ma się więcej czasu na ulubione hobby. Ale my przyjrzymy się możliwościom słuchowym sześćdziesięciolatka, a za punkt odniesienia weźmiemy osobę dwudziestoletnią.

Biorąc za punkt referencyjny normę dla dwudziestolatka, osoba sześćdziesięcioletnia słyszy słabiej odpowiednio: 250 Hz 8 dB, 500 Hz 8 dB, 1000 Hz 10 dB, 2000 Hz 14 dB, 3000 Hz 19 dB, 4000 Hz 24 dB, 6000 Hz 27 dB, 8000 Hz 30 dB, 10000 40 dB, 12000 Hz 55 dB, 14000 Hz 65 dB słabiej. To są liczby odczytane z wykresu, nie muszą być dokładne i nie daję gwarancji, że je odczytałem bezbłędnie.

Jeśli się teraz odejmie 8 dB dla każdej częstotliwości, bo przecież wzmacniacz ma potencjometr do regulacji głośności, to i tak sześćdziesięciolatek słyszy 8000 Hz 22 dB, 10000 32 dB, 12000 Hz 47 dB i 14000 Hz 57 dB słabiej niż dwudziestolatek.

Czy zatem autor omawiając płyty ma prawo twierdzić, że ta czy inna brzmi jak błoto? Skoro realizator dźwięku zrobił talerze perkusyjne głośno w zakresie np. od 12 do 14 kHz, to autor bloga słyszy ten zakres odpowiednio od 47 do 57 dB słabiej niż kiedyś, gdy miał dwadzieścia lat, bo teraz ma prawie sześćdziesiąt.

Jeżeli coś słyszy się od 47 do 57 dB słabiej, to znaczy, że się tego nie słyszy. Tu już pokrętło głośności i regulacja barwy nie mają znaczenia. Można dać trochę głośniej, ale nie o 57 czy powiedzmy 60 dB. Słuchając z normalną głośnością, tj. 50 dB jeśli się doda jeszcze 60 dB, to mamy opcję uszkodzenia słuchu przez huk.

Nie ma takiej potrzeby, żeby talerze perkusyjne odcinać na dole spektrum do np. 10 kHz, ale są realizatorzy dźwięku, którzy tak robią. Co z tego, że inni obetną "tylko" do 5 kHz? I tak zakres od 5 do 10 kHz będzie cichy, bo przecież to, co faktycznie miało być słyszalne jest powyżej 10 kHz. A skoro taka jest praktyka realizatorów dźwięku, to prawie wszystkie płyty z muzyką rozrywkową brzmią jak błoto, bez talerzy perkusyjnych, bez wysokich tonów, jakby "gwizdki" się przepaliły. W uszach osoby starszej, oczywiście, ale przecież każdy się zestarzeje i doświadczy tego błota.

Gdyby płyty były realizowane normalnie, to oczywiście wrażenie słuchowe osoby sześćdziesięcioletniej byłoby inne niż dwudziestoletniej, ale przynajmniej byłyby słyszalne wszystkie instrumenty.

Czy płacąc za płyty nie mamy prawa oczekiwać, że wszystkie instrumenty będą słyszalne? Przecież wszystkie instrumenty są słyszalne na żywo, czyż nie? Czemu zatem w nagraniach niektóre z nich znikają? Tzn. wiemy dlaczego znikają, gdyż tak zrobili realizatorzy dźwięku, nie znamy jedynie ich motywacji.

Czy kupując sprzęt grający nie mamy prawa oczekiwać, że będziemy słyszeć wszystkie instrumenty czy też grę wszystkich muzyków? Przecież niektórzy wydają fortuny na sprzęt i dostają za te pieniądze iluzję, że są w samym centrum wydarzeń muzycznych, tuż obok muzyków. Niestety niektórzy muzycy za sprawą manipulacji realizatorów dźwięku zniknęli wraz ze swoimi instrumentami.

Czy człowiek trochę starszy ma jedyną szansę na niezakłamany i pełny odbiór muzyki jedynie na żywo?

Popatrzmy na poniższy rysunek. Jest opisany trochę inaczej niż to było do tej pory.

  
To akurat jest na płycie kompaktowej, a nie na winylu. Brzmi to oczywiście jak błoto, ale ludziom to nie przeszkadza. Jakoś nie są w stanie pewnych rzeczy zauważyć. Takich najbardziej oczywistych. A co im chodzi po głowie, jak słuchają kompaktów? A że lepiej by było kupić inny odtwarzacz, bo ten to ma przetwornik delta sigma, a ten nowy to by miał 32 bitowy. A jak mają odtwarzacz z tym 32 bitowym, to zastanawiają się jaki by tu DAC kupić. A jak mają już ten DAC, to jaki filtr by tu włączyć. Żadnej różnicy pomiędzy tym delta sigma i jakimś zaczarowanym DAC-iem nie są w stanie usłyszeć i nie są w stanie usłyszeć połowy pasma, albo i więcej, ale kto by się tym przejmował. W matriksie jest fajniej. Przecież dziennikarze przez prawie pięćdziesiąt lat pisali, że słuch jest tak doskonały, że to się w głowie nie mieści.


W świecie audiofilskim naprawdę są rzeczy, które się w głowie nie mieszczą. A realizatorzy dźwięku, nie wszyscy, niektórzy, to dla audiofilów są idole. Coś nieprawdopodobnego w zestawieniu z tym, że niektóre płyty są słuchane przez tych samych ludzi przez dziesięciolecia. I jakoś nikt nie narzeka, że coś się z tym dźwiękiem robi dziwnego. Jak się poszuka w internecie to można coś znaleźć, ale to są wyjątki. W porównaniu do bibliotek z bajkami adresowanymi do audiofilów i niczego nieświadomej publiczności to jest nic.

A na koniec warto przypomnieć jeszcze raz to, co zostało wskazane na rysunku. Zniekształcenia harmoniczne przestają być słyszalne, jeżeli są mniejsze niż 1%. Oznacza to, że jeśli są słabsze od sygnału o 40 dB, to się ich nie słyszy. To rzućmy jeszcze raz okiem na rysunek, żeby zobaczyć, gdzie osobie sześćdziesięcioletniej wypadnie te 40 dB czy 1%.

Audiofilstwo to nie jest hobby dla starych ludzi.

wtorek, 20 maja 2025

Uchem Weterana: Kayah

Dzisiaj mamy „na talerzu gramofonu” debiutancką płytę, która właściwie to nie jest debiutem. W każdym razie wydana została w 1988 roku, a Kayah uznaje za swój debiut kolejną płytę. Muzykę skomponowali John Porter i Neil Black, natomiast teksty napisał Maciej Zembaty. W którymś z wywiadów Kayah powiedziała, że nie pozwolono jej  na tej płycie zaśpiewać nic od siebie. Chociaż miała już wtedy swoje zaśpiewy (może to nie jest dokładnie to słowo, które padło w wywiadzie), to nie pozwolono jej ich wykorzystać. Więc (zdanie się nie zaczyna od więc) Kayah zaśpiewała teksty, które jej napisano w taki sposób, jak to ktoś uznał za stosowne. Ten sposób śpiewania jednak nie jest całkiem fortunny, na pewno artystka mogła to zrobić lepiej, gdyby dano jej szansę. Teksty są pisane przez mężczyznę dla mężczyzn raczej, przy czym Maciej Zembaty-satyryk stworzył sporo rzeczy genialnych, ale jako autor tekstów dla młodej dziewczyny raczej się nie sprawdził. Gdyby Kayah miała szansę zaśpiewać coś swojego i po swojemu, dotyczy to także słów, to płyta byłaby lepsza.

Rys 1.

Właśnie sposób, w jaki Kayah śpiewa na tej płycie jest powodem, że się nią tu zajmujemy (płytą). Kiedyś, podczas słuchania wydawało mi się, że głos wokalistki brzmi nienaturalnie, jakby został w sposób sztucznie obniżony. Miałem wtedy gramofon, który pozwalał na regulację obrotów, więc przyspieszyłem je trochę. To było coś podobnego do naszej metody oglądania filmów na DVD z tym, że filmy spowalniamy do tempa 24 fps, żeby dźwięk odzyskał swe oryginalne brzmienie, a tu właśnie przyspieszenie tempa miało dać podobny skutek.

Ale czy na płycie rzeczywiście wokal został obniżony?

Rys. 2. Strona pierwsza, utwór pierwszy.
 

Spodziewałem się, że skoro głos został spowolniony, jak mi się zdawało, to ślad tego będzie widoczny na sybilantach. Tylko, że nie jest to widoczne.

Na rysunku są zaznaczone dwa obszary oznaczone jako "S". Jest to głoska "S" w słowach "jeStem Sama". Gorąca część widma tych „S” zaczyna się przy około 8 kHz. Normalnie byłoby to między 3 a 4 kHz. Ale to nie świadczy o manipulacji lub o jej braku. Ważne jest to, dokąd widmo sięga. A sięga mniej więcej tak samo wysoko, jak w zwyczajnie nagranej mowie. Do porównania nagrałem kilka słów z głoską „S” a to, że tych słów nie zaśpiewałem niczego nie zmienia. Oczywiście nie ma sensu dawać tu widma tego mojego nagrania. Czy głos został obniżony czy nie, trudno powiedzieć, ale brzmienie sybilantów zostało zmanipulowane. Okazuje się, że nawet sybilanty może spotkać ta sama przypadłość realizatorska co talerze perkusyjne. Po co te sybilany realizator podciął? Żeby brzmienie było fajniejsze? Dla młodziaków może i jest fajniejsze, ale nie dla ludzi po sześćdziesiątce.

Oczywiście szukanie śladów spowolnienia dźwięku na wykresach jest pewną naiwnością. Żeby one były widoczne, to ta zmiana musiała by być duża. I nic nie stoi na przeszkodzie pociągnąć potem widmo do góry. Jednak z drugiej strony po realizatorach można się spodziewać wszystkiego, nie tylko subtelności, przede wszystkim nie subtelności. Przecież skoro talerze perkusyjne w normalnym nagraniu są widoczne już powyżej 100 Hz, a na płytach czasem dopiero powyżej 10.000 Hz, to czemu nie sprawdzić opcji obniżenia wokalu?

W odniesieniu do talerzy, to są one oczywiście (i niestety) podcięte, co dla rówieśnika piosenkarki, czyli dla autora bloga, czyni je słabo słyszalnymi, względnie w ogóle niesłyszalnymi. Słychać to, co jest oznaczone jako "1", natomiast "1a" jest niesłyszalne, bo jest bardzo ciche. Z tego powodu rytm słyszany przez weterana jest nabijany na talerzach przez perkusistę inaczej niż jest w nagraniu. 1A to aż trzy uderzenia, więc rytm słyszany jest bardzo, bardzo kulawy w porównaniu z rytmem zagranym i nagranym.

Można było nagrać normalnie, ale tylko Maciej Zembaty miał świadomość, że wszystko skończy się w prosektorium (względnie w kostnicy). Natomiast nikt nie brał pod uwagę tego, że słuch się starzeje i realizacje fajnie brzmiące dla nastolatków staną się błotem dla starszych panów.

Jeśli chodzi o występ artystki w 1988 roku w Opolu, to autor bloga oglądał go w telewizorze. Kayah zaśpiewała „Córeczkę”, a następnie udzieliła krótkiego wywiadu. Przeprowadzający ten wywiad pan był pod wrażeniem, bo Kayah robiła wrażenie ogromne. Głosem, talentem oraz urodą. Padło pytanie "Kto cię wykombinował?" Kayah odpowiedziała bardzo przytomnie, że wykombinowali ją rodzice, natomiast prowadzący wywiad sprostował, że chodziło mu o przebieg kariery, czy też może o to, kto ją odkrył. Jeżeli było inaczej to znaczy, że nie tylko słuch mnie zawodzi na starość.

Sytuacja jest typowa. Na okładce Kayah wygląda pięknie, chociaż autorowi projektu chodziło raczej o jakąś zgrywę, niż o pokazanie urody dziewczyny. Sama płyta jest w doskonałym stanie. Rzeczy się zachowują, obrazy się zachowują. Na szczęście nie można zrobić zdjęcia w ten sposób, że na starość pewne rzeczy z niego znikną. Ewentualnie wszystko znika, ale wtedy pomagają okulary. Niestety dźwięk można zmanipulować w ten sposób, że znikną z niego instrumenty, a aparat słuchowy nie pomoże, podobnie jak potencjometr głośności czy regulacji dźwięku.

Czy wymagania względem przemysłu fonograficznego, żeby w nagraniach były słyszalne wszystkie instrumenty to za wiele? A czyż nie jest jakąś aberracją to, że ludzie na starość wydają fortuny na sprzęt do słuchania zmanipulowanych nagrań, w których pewnych instrumentów nie usłyszą? Czy każdy realizator dźwięku ma na drugie lub trzecie imię Manipulant?

Poza prowadzącym blog mało kto się przejmuje starzeniem słuchu. A już najmniej audiofile, jak się zdaje. Być może błotniste brzmienie pozwala łatwiej usłyszeć jak gra sprzęt?

piątek, 2 maja 2025

Uchem Weterana: Urszula

 Tym razem przysłuchamy się płycie Urszuli, która została wydana w 1983 roku.

Rys.1 Okładka.

 Utwór pierwszy ze strony pierwszej wygląda w następujący sposób:

Rys. 2. Utwór pierwszy strona pierwsza - wstęp.

 Potrzebne jest jeszcze widmo drugiego fragmentu:

Rys. 3. Utwór pierwszy strona pierwsza - przejście do "ultradźwięków".


Piosenka nosi tytuł "Ciotka P." i zaczyna się w bardzo charakterystyczny sposób, chodzi o zmianę szybkości. Dzięki temu mamy możliwość usłyszeć kilka uderzeń w talerz (hi-hat?), a kiedy tempo wzrośnie do normalnego, to ten talerz (hi-hat?) przestaje być słyszalny, względnie robi się bardzo cichy.

Wraz ze zmianą szybkości przesuwu taśmy w magnetofonie, prawdopodobnie w ten sposób uzyskano ten efekt, odpowiednio wzrasta częstotliwość. Spektrum talerzy w szczególności, a w ogóle to wszystko, przesuwa się w górę i z zakresu dobrze słyszalnego wędruje do "ultradźwięków".

W czasie, kiedy ukazała się ta płyta, wrażenie z odsłuchu było takie, że brzmi ona bardzo jasno z ostrą górą. Teraz, gdy mamy do dyspozycji komputery i stosowne oprogramowanie widzimy dlaczego. Nie wiemy jednak dlaczego realizatorzy dźwięku z taką żelazną konsekwencją eksploatują górną część pasma, która dla nas, starszych już osób, jest niesłyszalna. W tym przypadku to jest bardzo znana i szanowana para realizatorów.

Po latach płyta brzmi źle. Wysokie tony zanikły wraz z całą atrakcyjnością brzmienia. Być może trzeba przypominać realizatorom dźwięku, że wysokie tony zaczynają się od 3 kHz. Jeżeli się zrobi głośno wysokie tony w okolicach 14 kHz, jak na tej płycie, to mało kto to usłyszy. W 1983 roku ja te 14 kHz słyszałem dobrze, nawet z 18 kHz nie było żadnego problemu. Wtedy problem był ze sprzętem, który byłby w stanie to oddać, a teraz sprzęt jest, tylko słuchu już nie ma. A przecież można było dźwięk zrealizować normalnie. A jak już nie można było normalnie, to chociaż można było go podrasować, a nie zrobić tak, że dla starszych ludzi się nie nadaje. Dodać - tak, coś zabrać i przeinaczyć - nie. Tu jednak zabrano i przeinaczono.

Hi-hat czy w ogóle talerze pokazują tą patologiczną metodę realizacji dźwięku, ale ta płyta dobrze się nadaje do wskazania innego aspektu tego tematu. Chodzi tu o sybilanty. Popatrzmy na poniższy rysunek:

Rys. 4. Sybilanty w piosence "Dmuchawce, latawce, wiatr".

Na obrazku mamy zaznaczone głoski "s" i "z", które są zawarte w słowach "bosko zmęczeni". Są one bardzo wysoko i można powiedzieć co najmniej dwie rzeczy o tej nienormalnej tendencji w realizacji dźwięku. Nie tu jest ich miejsce, lecz znacznie niżej, a po drugie znalazły się tam, gdzie się znalazły, w sposób sztuczny. Brzmienie zostało zmanipulowane pod tym względem, tj. sybilantów, a w ogóle to wszystko zostało zmanipulowane. Kto pamięta, ten wie o czym mowa. Teraz to niestety możemy sobie popatrzeć na obrazki, bo o słuchaniu trzeba zapomnieć.

W ogóle, to płyta była przygotowana bardzo starannie, jak się wydaje. Ładna jest okładka i także do nagrania się przyłożono. O ile mnie pamięć nie myli, to redaktor JJ z Lublina opowiadał, że trzeba było odesłać taśmę do producenta, tą z wielośladu, bo okazała się być złej jakości. Niestety ta nowa i lepsza taśma, która pozwoliła uzyskać to charakterystyczne brzmienie, bo góra jest zrobiona głośno i ostro, pozwoliła na naprawdę chorą realizację, która nie uwzględnia w najmniejszym stopniu tego, że z wiekiem słyszy się gorzej, w szczególności górę pasma przestaje się słyszeć prawie zupełnie.

Podsumowując. Urszula na okładce wygląda pięknie. Sama płyta wygląda też tak, jak kiedyś. Mój egzemplarz jest w stanie bardzo dobrym. Niestety brzmienie jest bardzo złe. Ale to pewnie moja wina, że mi się słuch zestarzał. WP i JR wiedzieli oczywiście, że po latach ich praca będzie brzmieć jak błoto, ale tak zrobili jak zrobili, bo tak się robiło.

PS. Nomen est omen. W odniesieniu do tytułu pierwszego utworu i pracy realizatorów.

wtorek, 8 kwietnia 2025

Co zrobić, żeby kable USB wpływały na brzmienie?

Czy kabel USB może mieć wpływ na brzmienie muzyki? Przywołując kolejny raz książkę A. Witorta „Dźwięk i technika Hi-Fi” na pytanie należy odpowiedzieć przecząco. Popatrzmy na rysunek.

Jeśli przyjmiemy, że tor transmisyjny jest w tym przypadku kablem USB, a dane na wejściu są tożsame z tymi na wyjściu brzmienie nie może się zmienić. W ogóle nic nie może się zmienić.

Co się jednak stanie jeśli strumień danych zostanie użyty do taktowania przetwornika, bo nie ma on własnego zegara? Tańsze przetworniki właśnie tak działają.

Żeby taktowanie było dokładne, sygnał musi mieć wyraźną „krawędź”. W przeciwnym razie przetwornik będzie miał pewną trudność z ustaleniem, kiedy sygnał wzrośnie lub opadnie na tyle, że przekracza poziom decyzji. Skutkiem tego jest błąd czasu tzn. jitter.

Zobaczmy teraz, jak podeszli do tego tematu dziennikarze z pewnego znanego magazynu.

Jeśli się pomierzy jitter przetwornika, który pracuje w trybie synchronicznym używając różnych kabli, to otrzyma się nieco inny wynik i jednocześnie trochę inaczej wyglądający wykres. Jitter dla wybranych kabli wyniósł od 1427 ps do 1758 ps. Nie są to istotne różnice. Kabel USB służy do transmisji danych i jego właściwości elektryczne niekoniecznie są optymalne do tego, żeby go wykorzystywać jako łącze z zegarem. Co ciekawe „brzmienie” wcale nie jest najlepsze dla kabla, który daje najniższy jitter. Poza tym, a właściwie to przede wszystkim, dziennikarze wzięli do „testów” odsłuchowych DAC, który pracuje w trybie asynchronicznym. I ma on jitter około 500 ps, ale nie zależy on już od kabla lecz od własnego zegara.

Dziennikarze podają, że jeśli się weźmie DAC, który poza tym, że jest asynchroniczny, to dodatkowo wykonuje resampling, to jitter dla takiego przetwornika jest  około 150 ps. Co ciekawe wyniki jittera dla różnych kabli różnią się w tym przypadku o 10 ps. Dlaczego kabel w ogóle może wpłynąć na pracę zegara przetwornika, to pytanie dla inżyniera. Z całą pewnością te różnice nie mają już absolutnie żadnego znaczenia, nie tylko praktycznego, ale nawet teoretycznego.

W zależności od tego jaki to będzie DAC, zniekształcenia (jitter) są 95, 100 lub nawet 120 dB poniżej poziomu sygnału. Tak to wygląda na wykresach, więc są to wartości orientacyjne, ale co do zasady nic się nie zmienia. Ktoś bardziej skrupulatny może sobie sprawdzić wyniki testów jakiegoś konkretnego przetwornika i zobaczyć, że dokładnie to będzie np. 118,4 dB…

Ale nawet 95 dB jest w praktyce niemożliwe do usłyszenia. Żeby usłyszeć coś cichszego o 95 dB niż muzyka, trzeba słuchać z głośnością 95 dB lub nawet trochę większą. Taki huk powoduje już uszkodzenia słuchu, to raz, a dwa, że trzeba dłuższej chwili w ciszy, żeby znów móc słyszeć te najcichsze dźwięki. Może być potrzebne kilka minut lub godzin. Słyszenie jednoczesne dźwięków 95 i 0 dB jest niemożliwe. A trzy, to fakt, że w ogóle próg słyszenia jest na poziomie 0 dB, no trochę może niżej dla niektórych częstotliwości, ale i tak tylko dla osoby młodej i mającej świetny słuch. Ktoś starszy ma ten próg podniesiony o 10, 20 czy 30 dB i to nie z powodu uszkodzenia czy choroby, tylko z powodu wieku.

No ale co można „zyskać” według dziennikarzy, jak się kupi ten najdroższy kabel? Otóż brzmienie jakoby staje się neutralniejsze, bardziej otwarte i głębiej przeświecające. Poza tym (uwaga!) stają się słyszalne dalsze detale!

To znaczy, że jak ja wezmę cyfrową wersję The Fixx „Shuttered Room”, to usłyszę hihat i inne czynele? Bo to by były te dalsze detale, których normalnie nie słyszę.

Jak ludzie sobie radzą z takim dysonansem poznawczym? Kupują super sprzęt i nawet jakieś zaczarowane kable USB, ale z czasem dźwięk staje się coraz bardziej błotnisty, aż w końcu zamienia się w błoto. Realizatorzy dźwięku zadbali o to bardzo skrupulatnie.

Po czterdziestce zaczynają się pojawiać pierwsze wątpliwości. Po pięćdziesiątce jest już mało fajnie. A po sześćdziesiątce kompletnie znikają instrumenty, a brzmienie staje się błotem. Wszystko za sprawą nienormalnej i chorej maniery realizacji dźwięku w pewnych gatunkach muzycznych. Niestety w tych najpopularniejszych.
Czyli najpierw kupuje się magazyn za 6,50 i przyjmuje za oczywistość wszystkie rzeczy, które tam są napisane, a następnie chowa się głowę w piasek wbrew temu, co się samemu słyszy. I tak przez dziesięciolecia.

Ludzie naprawdę robią to, co im się powie. Niestety.

środa, 12 marca 2025

Uchem Weterana: Howard Jones – Human's Lib

Howard Jones – Human's Lib ukazała się w 1984 roku na winylu, ale również na CD. Płyta była wielokrotnie wznawiana na CD, natomiast w 2024 wydano ją na blu-ray.

Rys.1. Winyl.


Tak wygląda utwór drugi z pierwszej strony, nawiasem mówiąc, duży przebój.

Rys. 2. Jak widać, nie brakuje aż tak wiele, żeby brzmienie było "future proof".

Widmo przedstawia się bardzo interesująco, szczególnie, gdy się je porówna do innego. Ten sam realizator dźwięku, dlatego jest tak ciekawie. Chodzi o płytę The Fixx - Shuttered Room, która była bohaterem wcześniejszego wpisu. Na tamtej płycie hi-hat był odcięty przy 10 kHz, natomiast tu widać go nawet w okolicach 2 kHz, chociaż normalnie powinien się zaczynać od 200 Hz. Tylko, że te resztki widoczne w przedziale od 2 kHz do 4 kHz nie są słyszalne. Słyszalne jest to od 4 kHz i dodanie regulatorem barwy kilku dB sopranów pomaga. Tzn. na tej płycie w ogóle jest coś, co można dać głośniej i usłyszeć, natomiast w wypadku płyty The Fixx regulacja barwy nic nie zmienia. Dźwięki są za wysokie.

Brzmienie tej płyty mogło się podobać i podobało się. Teraz jest na granicy akceptowalnego.

Problem, jak zwykle, polega na tym, że "gorąco" jest w ostatniej oktawie. Jak wiemy, dla osób dojrzałych wysokie tony to bardziej przedostatnia oktawa, a tu ich trochę brakuje, względnie są za ciche. Gdyby realizatorzy dźwięku, zwracali uwagę na zakres 4 kHz - 8 kHz, jako ten ważniejszy, bo jeszcze możliwy do usłyszenia dla osób starszych, już pomińmy ludzi bardzo zaawansowanych wiekiem, to mielibyśmy teraz ogromną płytotekę z muzyką, a tak mamy gigantyczną ilość błota.

Można zaryzykować stwierdzenie, że producentów tej płyty, zresztą jak zwykle, interesowało wszystko poza tym, że są na świecie ludzie, którzy już słyszą gorzej oraz to, że przecież także ci dobrze słyszący się zestarzeją. 

Mnie najbardziej zastanawia dlaczego nikt na przestrzeni dziesięcioleci nie zauważył, że brzmienie tej płyty staje się coraz gorsze, a dotyczy to także wielu, wielu innych wydawnictw.

Ileż to napisano o "brzmieniu" jakiegoś kabla czy bezpiecznika, ale o tym, że jakaś płyta przestała dobrze grać, to ani słowa. Pomijając wpisy tutaj.

poniedziałek, 3 marca 2025

Gdyby realizatorzy dźwięku byli ignorantami...

Płyty z muzyką rozrywkową są nagrywane źle od kilku dekad i to nie tylko z punktu widzenia osoby nieco starszej. Do dobrego tonu należy utyskiwanie na nadmierną kompresję dynamiki dźwięku, a na to narzekają również młodzi. Gdyby przyjąć założenie, że realizatorzy działają w taki sposób w jaki działają, bo nie zdają sobie sprawy z pewnych fundamentalnych spraw, to by tłumaczyło całą sytuację. Ale sprawa nie jest taka prosta.

W roku 1988 ukazała się książka "Dźwięk i technika Hi-Fi", którą napisał Aleksander Witort. Zobaczmy co jest na stronie 35.


Aleksander Witort "Dźwięk i technika Hi-Fi" str. 35.


Są na niej krzywe jednakowej głośności, które opracowali Flether i Munson oraz kilka następujących zdań:

"W wieku 35 lat górna granica słyszalności obniża się średnio do 15 kHz. W wieku 50 lat większość ludzi nie słyszy dźwięków o częstotliwości większej niż 12 kHz. U ludzi starych wraz z osłabieniem ogólnym słuchu granica ta może się obniżyć do 5÷8 kHz."

Teraz spójrzmy na krzywe jednakowej głośności. Krzywe układają się w taki sposób, że powyżej mniej więcej 8 kHz dźwięk musi być znacznie głośniejszy, aby był odczuwany na takim samym poziomie.

Chociaż książka ukazała się w 1988 r. to nie znaczy, że o wspomnianych powyżej faktach nikt wcześniej nie wiedział. Krzywe Fletchera-Munsona zostały opracowane prawie 100 lat temu, bo w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Natomiast, że na starość słyszy się gorzej wiemy od wielu tysięcy lat. Że liczby są znane powiedzmy, że też od stu lat, niewiele zmienia.

Realizatorzy dźwięku mogą czytać książki takie jak ta, ale przecież mają swoje, które omawiają istotne dla nich sprawy szerzej i dokładniej. Zestawmy to, co robią realizatorzy dźwięku z wiedzą z książek.

Realizatorzy dźwięku usuwają ze spektrum talerzy perkusyjnych zazwyczaj wszystko poniżej 5 kHz. Bywa, że skasują więcej. Dziwnym zbiegiem okoliczności ludzie starsi nie są w stanie usłyszeć nic powyżej 8 czy właśnie 5 kHz.

Z krzywych Flethera i Munsona widzimy, że najlepiej słyszane są dźwięki od 2 kHz do 5 kHz. Czyli tam, gdzie talerze perkusyjne byłyby najlepiej słyszalne realizatorzy z reguły nie zostawiają nic. Przypomnijmy, że bez realizatorskich manipulacji, spektrum talerzy perkusyjnych zaczyna się poniżej 200 Hz. Wobec tego, gdy realizator zostawi talerze perkusyjne od 5 kHz, to chodzi już o zakres, który jest powyżej najlepszej słyszalności i na domiar złego go ścisza.

Talerze zazwyczaj realizatorzy dają głośniej powyżej 10 kHz. Czyli tam, gdzie sięgają już tylko młodzi, a ponadto i tak jeśli ktoś to słyszy, to słyszy gorzej. Przypomnijmy, że winyl źle znosi głośną górę pasma. To już nie odnosi się do książki, ale warto wspomnieć.

Realizatorzy dają głośno górę pasma, co dotyczy sybilantów i talerzy perkusyjnych, ale nie tylko. Dźwięk nagrany naturalnie ma najwięcej energii raczej poniżej 10 kHz. Realizatorzy dźwięku nagrywają jednak w ten sposób, że wysokie tony są zrobione głośno w sposób sztuczny. W wyniku tego w czasie nacinania winyla trzeba je ściszyć, żeby nie powstały zniekształcenia.

Korekcja RIAA w zakresie od 10 kHz do 20 kHz podbija wysokie tony od kilkunastu do około dwudziestu dB. Jest więc powód, żeby pewnych rzeczy pilnować podczas produkcji płyt, ale byłoby to znacznie prostsze, a nawet nic nie trzeba by robić, gdyby realizatorzy nagrywali bardziej naturalny dźwięk.

Z jakiegoś powodu wszystko stoi na głowie. Czy oni tych rzeczy nie wiedzą, czy też może wiedzą, ale z tego powodu, że wiedzą, robią wszystko na odwrót?

Przykład z płyty, żeby nie być gołosłownym:

Utwór zgrany z singla (winyl). Rok wydania 1983.

"A" Hi-hat jest podcięty do 5 kHz. W odsłuchu już niesłyszalny (dla mnie) przy barwie dźwięku ustawionej neutralnie. Oczywiście, da się to usłyszeć robiąc bardzo głośno, ale raczej chodzi o słuchanie muzyki, a nie o ogłuszanie się hukiem.
"B" - tu hi-hat byłby słyszalny najlepiej, gdyby realizator nie obciął dołu, ale obciął, więc można tylko wskazać miejsce, gdzie powinien być.
Zaznaczenie "a" i "b" to cały przedział częstotliwości, który normalnie zajmują talerze perkusyjne.
"C" to wysokie tony zrobione głośno przez realizatora dźwięku, a które zostaną ściszone w czasie produkcji winyla.

Spektrum jest z wersji CD. Mam też ten utwór zgrany z singla, a zestawienie jednego z drugim pod kątem dynamiki dźwięku wygląda tak:


CD vs. winyl. Na CD DR 7. "Realizatorzy dźwięku uczą się, uczą, uczą się. Uczą się, jak ogłuszyć cię." Można spróbować zaśpiewać na melodię utworu "Automaty" zespołu Klan.


 W 1983 roku było głośno, ale na składance wydanej w 2002 r. po remasteringu zrobiło się głośniej. Na rysunku są obie wersje ze znormalizowaną głośnością. W odsłuchu wersja z singla brzmi „cieplej”. Jednak takie porównanie nie jest całkiem sensowne, ponieważ wersja cyfrowa została bardzo mocno potraktowana kompresorem.

Jak to spuentować? O muzyce można pisać, gdy nie da się jej słuchać.

poniedziałek, 17 lutego 2025

Uchem Weterana: Bee Gees- Living Eyes

I znów mamy rok 1981. Tym razem na talerzu gramofonu jest album Bee Gees Living Eyes. 

Rys. 1. Chociaż wiele lat minęło, to chyba nikt nie będzie się zastanawiał czy jest sens dywagować nad muzyką Bee Gees. Już tylko z jednego powodu, bo to Giganci.

Mój ojciec miał bardzo dużo znajomych. Te znajomości były utrzymywane przez wiele lat i dość często przyjeżdżali do nas znajomi, którzy mieszkali w całej Polsce. Przyjeżdżali np. Gdańszczanie i Poznaniacy. Właśnie Poznaniakiem był pan Gienek, inżynier mechanik. Był u nas razem z żoną trzy razy, ale tyle to ja pamiętam. Pierwszy raz przyjechali z córką, która była ode mnie tak z 10 lat starsza (ja miałem wtedy lat kilka). Trzeci raz przyjechali z wnukiem. A drugi raz sami. I był to rok 1983. Pamiętam to dlatego, że wtedy właśnie ukazała się płyta Synchronicity.

Historia z roku 1983 bardzo luźno związana z płytą Bee Gees wydaną w 1981 jest taka. Pan Gienek był fanem Bee Gees i miał ich wszystkie płyty. Natomiast jeśli chodzi o sprzęt, to zapamiętałem, że miał wzmacniacz kwadrofoniczny o mocy bodajże 4x50 W, może trochę więcej. Czyli on miał do dyspozycji 200W, a ja zaledwie kilka. Do tego wzmacniacza był pewnie całkiem niezły gramofon, bo pan inżynier pracował czasem za granicą. Za tą zachodnią, więc miał kasę na fajny wzmacniacz, kolumny, gramofon, a także... mieszkanie, samochód i rodzinę.

Zobaczmy co mogło zagrać na tym sprzęcie quadro. Strona pierwsza, utwór drugi. Widmo prezentuje się w ten sposób:

 

Rys. 2. Strona pierwsza, utwór drugi.

 

Jak widzimy, za charakterystyczne brzmienie hi-hata, którego już teraz na starość praktycznie wcale nie słyszymy, odpowiada zakres powyżej 10 kHz. Zwróćmy uwagę na uderzenie, które wskazuje strzałka. Zostało wybrane dlatego, bo nic go nie "zasłania". Podobnie jest też w prawym kanale.

W tym utworze hi-hat "zaczyna się" mniej więcej od 3 kHz. Problem polega na tym, że jest zrobiony "w trójkąt". Cicho na dole, gdzie go możemy jeszcze usłyszeć i głośno w "naszym" zakresie ultradźwięków. Ogólnie płyta nie brzmi bardzo źle. Po dodaniu wysokich tonów regulatorem barwy dźwięku jest dość znośnie.

Oczywistym celem realizatora było osiągnięcie charakterystycznego brzmienia. W tamtych czasach u nas słuchało się z wysokimi tonami odkręconymi do oporu i włączonym konturem czy "lołdnesem". Na zachodzie pewnie było podobnie, więc dając głośno zakres powyżej 10k realizator wpisywał się w obowiązujący trend.

Z perspektywy osoby starszej taka realizacja dźwięku nie ma żadnego sensu. Wszystko, co jest powyżej 10 kHz nie istnieje. A skoro zakres, który odpowiada za atrakcyjność tej płyty nie jest słyszalny, to jej brzmienie nie jest już atrakcyjne.

Living Eyes jest klinicznym przykładem na to, że od dobrego, future-proof, brzmienia było niedaelko. Niestety, żeby tej płyty posłuchać z przyjemnością trzeba ją zremasterować. Bo oryginału z wieloślada pewnie już nie ma. Nowe masteringi tej płyty są, ale nikt ich nie robił w ten sposób, żeby uwzględnić możliwości słuchu starszych panów. I starszych pań. Panie mi wybaczą, że wypominam im wiek.

Na koniec dodam jeszcze, że wtedy też kupiłem sobie płytę Tiny Turner, podczas jakiegoś wakacyjnego wypadu ze znajomymi, no i poprosiłem pana Gienka o przetłumaczenie tytułów. Private Dancer jeszcze nie było, a płytę kupiłem, bo była zagraniczna. Takie były czasy.

Rys. 3.  Tina Turner– Sunset On Sunset i tłumaczenia.