wtorek, 28 stycznia 2025

Hipotetyczny życiorys audiofila

Nasze najpopularniejsze forum internetowe dla osób interesujących się sprzętem i w ogóle dla audiofili ma pewną ciekawą cechę. Otóż oni tam podają, ile lat dany użytkownik się udziela. I są tacy z dość długim stażem. Pięć lat, dziesięć, dwadzieścia...

Załóżmy, że ktoś zaczął się interesować audiofilską tematyką, będąc po czterdziestce. W takim razie ten hipotetyczny życiorys, czy też może raczej „życiorys”, może wyglądać w ten sposób.

Na początku było poszukiwanie wzmacniacza. Niech to poszukiwanie trwa dwa lata. W ogóle każde poszukiwanie niech tyle trwa. Kiedy wzmacniacz marzeń został znaleziony, zaczęło się poszukiwanie źródła. Zresztą kolejność poszukiwań i czas nie mają znaczenia. Poza tym wszystko można zacząć od początku.

Źródłem to mógł być odtwarzacz CD. Ale po znalezieniu odtwarzacza CD nasz audiofil mógł zainteresować się winylami. I najpierw szukał gramofonu, potem wkładki, a następnie przedwzmacniacza. Tzn. przedprzedwzmacniacza. To ile już mamy lat poszukiwań? Dziesięć przykładowo.

Ale przecież zawsze można czegoś szukać. Na pewnym forum jest cały dział poświęcony „kontroli wibracji”. Można sobie kontrolować wibracje wszystkiego.

Dalej są kable, bezpieczniki i jakieś tam listwy zasilające. A lata lecą.

Tematów poszukiwań można wymieniać wiele. Chodzi jednak o czas. Załóżmy, że w życiorysie naszego audiofila poszukiwania zajęły dwadzieścia lat. I teraz ma on super „system”.

W takim razie nasz czterdziestolatek został sześćdziesięciolatkiem. Słuch oczywiście już nie ten, jak na początku przygody z audiofilstwem. A w porównaniu z nastolatkami to już lepiej nie mówić.

Nasz audiofil sześćdziesięciolatek uważa, że ma super system i dzięki temu wszystko świetnie słyszy. Tylko że nie słyszy już połowy spektrum dźwięku, a realizatorzy przesunęli niektóre instrumenty do tej połowy niesłyszalnej. Więc pewnych instrumentów już nasz PT audiofil nie słyszy, a o tym, że brzmienie stało się błotem z powodu bezsensownego sposobu realizacji dźwięku, nie wspominamy. Tzn. nie w tym poście.

Ile on wydał kasy na sprzęt i dodatki? I co sobie za nie kupił? Ile wydał, nie wiemy. Ale wiemy, co kupił. Mianowicie kupił sobie złudzenia.

Cóż za ironia. Iluzja przybliżania się do idealnego dźwięku z jednej strony. Z drugiej strony systematyczna degradacja słuchu.

Ale przecież tego, że brakuje instrumentów, nie można przeoczyć. Czy jednak można?

sobota, 25 stycznia 2025

DVD na 24 fps: The Straight Story

Mniej więcej dwadzieścia lat temu do czasopism dodawano płyty z filmami. I jednej z takich płyt przypatrzymy się dzisiaj.


Kiedy wydaje ci się, że przechowywanie płyty w kartoniku nie jest optymalnym rozwiązaniem...

Tytuł filmu wydaje się być łatwy do przetłumaczenia, jednak w rzeczywistości nie jest to takie proste. W oryginale tytuł mógł być taki: „The Alvin Straight Story”.

Co się zmieniło przez te dwadzieścia lat? Richard Farnsworth zmarł w roku 2000, a Harry Dean Stanton w 2017 r. Pamiętamy go z filmu „Alien”. Angelo Badalamenti zmarł w 2022 r.  A David Lynch odszedł kilkanaście dni temu, dokładnie 15 stycznia.

 



Problem ze słuchem polega na tym, że pogarsza się z dnia na dzień. Odbierany zakres dźwięków systematycznie się zmniejsza. Dzieje się to tak wolno, że można tego nie zauważyć, co, zdaje się, jest typowe. Można też nie wiedzieć, że ma się uszkodzony słuch z powodu np. ekspozycji na hałas.

Jeśli ktoś z Czytelników bloga nie widział tego filmu, to oczywiście może go obejrzeć, ale nie powinien się spodziewać kina akcji. Nie będziemy się zajmować ścieżką dźwiękową, chociaż są przesłanki, żeby to zrobić.

Obraz został tu przywołany z tego powodu, że padają w nim słowa widoczne na kadrze z filmu. Audiofile i np. ludzie zajmujący się fonografią zdają się nie pamiętać, jak brzmiała muzyka kiedyś, gdy byli młodzi. Nie zauważają, że nie słyszą już tego, co było fajne. Nie zauważają, że w ogóle nie słyszą już niektórych instrumentów.

W tym filmie nie porusza się tematu dysonansu poznawczego, ale prowadzący blog taki dysonans ma. Dlaczego ludzie zapominają, jak byli młodzi? Wskutek tego zapominania dochodzi do sytuacji kuriozalnych. Redaktor radiowy w audycji puszcza płytę, którą grał kilkadziesiąt lat temu, oczywiście z winyla, wtedy i teraz, i mówi, że płyta się świetnie zachowała, w sensie takim, że nie trzeszczy. Otóż trzeszczy. Trzeszczy, ale dziś tego pan redaktor nie słyszy, bo ma ponad siedem dych. I nie słyszy jeszcze innych rzeczy.

Tak to właśnie jest. Nie słyszy się połowy pasma albo i więcej, nie słyszy się wielu innych szczegółów, bo słuch już jest przytępiony, ale to nie przeszkadza w wypowiadaniu się, bo ludziom wydaje się, że wszystko świetnie słyszą. Z takiego matriksa wyjść jest strasznie trudno. Droga do wyjścia jest pod górę i nie jest prosta.

wtorek, 21 stycznia 2025

Uchem Weterana: The Fixx – Shuttered Room

Jeśli ktoś w latach osiemdziesiątych myślał, że zagraniczne płyty są lepsze niż polskie, to niech posłucha tej: The Fixx – Shuttered Room.

Jeżeli wysokie tony są światłem, to Weteran w tym pokoju musi chodzić po ciemku. Ciemnia fotograficzna, przepraszam, fonograficzna. Zdjęcie pokazuje, że jeszcze trochę światła wpada, ale tak było przed trzydziestką...

 

O ile VOX, Rezerwat i Oddział Zamknięty jeszcze dają się posłuchać, gdy doda się trochę lub trochę więcej wysokich tonów, to The Fixx nic nie pomoże. Chyba że nowy remastering czy wręcz rekonstrukcja. Chociaż w sumie najlepiej zrobić overdubbing.

A nie da się tej płyty słuchać dlatego:

Na rysunku są dwa fragmenty utworu. Proszę zwrócić uwagę na to, że hi-hat wybija inne długości nut w obu fragmentach. Jako że nie słychać go wcale, utwór bardzo traci od strony rytmicznej, ale nie tylko.


Realizator dźwięku, którego tu nie wymienię z nazwiska, musiał mieć świetny słuch, kiedy nagrywał i miksował tę płytę. Prowadzący blog w roku 1982, kiedy płyta się ukazała, też miał dobry słuch. Muzyka jest dobra, brzmienie wtedy też było dobre, choć trochę dziwne. Teraz płyta brzmi jak błoto i poznikały z niej instrumenty. Słuchać można, ale wbrew sobie.

Dźwięk słyszany przez osobę ze znacznie ograniczoną zdolnością odbioru wysokich tonów jest na tej płycie naprawdę straszny. Jak widać na rysunku, talerze perkusji zostały odcięte w okolicach 10 kHz. Jeżeli na jakiejś płycie realizator zostawił coś poniżej 10 kHz i tego jest trochę więcej, to dodając nieco wysokich tonów regulatorem barwy, można jeszcze usłyszeć kompletne instrumentarium. Nie brzmi to dobrze, ale da się wytrzymać. Tutaj można dodać tych wysokich tonów tyle, ile wzmacniacz pozwala, ale nic to nie zmieni. Jeśli ktoś nie słyszy nic powyżej 10 kHz, to tam może być orkan, ale i tak się tego nie usłyszy.

wtorek, 14 stycznia 2025

Uchem Weterana: Oddział Zamknięty - "Oddział Zamknięty"

Krzysztof Jaryczewski, unikając zasadniczej służby wojskowej, trafił na oddział zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Tak przynajmniej internet wyjaśnia, skąd się wzięła nazwa zespołu.

LP Oddział Zamknięty, całkiem możliwe, że to pierwsze tłoczenie.

 

Właśnie ta płyta miała być początkiem cyklu postów dotyczących realizacji dźwięku. Klimat wokół sprzętu Hi-end czy w ogóle Hi-Fi oraz, jak się okazuje, przemysłu fonograficznego, kojarzy się z matrixem albo z oddziałem w szpitalu, w którym wokalista unikał wcielenia.

Audiofile na forach zastanawiają się nad rzeczami nie do wychwycenia lub w ogóle nieistniejącymi. Że ten stolik lepszy, że tamten kabel gorszy. Niektórzy zastanawiają się, skąd wziąć kawałek takiego samego kabla, jak mają do głośników, żeby go wsadzić do wzmacniacza zamiast bezpiecznika, bo jak dadzą inny kabel, to im się dźwięk popsuje. A ileż to mają problemów z kablem do gniazdka z prądem...

Tymczasem od mniej więcej pół wieku realizatorzy dźwięku nagrywają płyty w taki sposób, że ich brzmienie zmienia się wraz z procesem starzenia się słuchacza aż do kompletnego zaniku niektórych instrumentów i nikt tego tematu nie podejmuje. Nikt z tych ludzi słyszących różnice pomiędzy stolikami i kablami tego nie zauważył? Jak można nie zauważyć, że niektóre instrumenty są coraz słabiej słyszalne i w końcu w ogóle znikają? Ludzie są aż tak podatni na reklamy czy różnego rodzaju sugestie, że dopasują do siebie rzeczy kompletnie nieprzystające? Przecież w tej części pasma, którego starsi już nie słyszą, realizatorzy umieścili całe mnóstwo różnych „smaczków”, a nawet przesunęli tam część instrumentów (talerze perkusji i perkusjonalia). I właśnie wtedy, gdy ci ludzie już tego wszystkiego nie słyszą, a brzmienie stało się błotem, piszą na forach jakieś dziwne rzeczy albo nagrywają o tym filmy. I w tych filmach starsi, siwowłosi panowie, ewentualnie z brakami w owłosieniu głowy, opowiadają, jak dobry lub mniej dobry jest bas, średnica i góra pasma. Tylko że góry pasma nie słyszą. Nawet średnich tonów nie słyszą już tak dobrze, jak kiedy byli młodzi. Natomiast bas, choć słyszalny, mają kiepski, bo jakiejkolwiek adaptacji akustyki zazwyczaj brak, nie wspominając o prawdziwych pułapkach basowych. Jak widać, można mówić o czymś, co nie istnieje lub czego się nie słyszy, czyli w sumie nie istnieje.

Spektrum fragmentu utworu z tej płyty wygląda tak (strona pierwsza, utwór pierwszy):

Spektrum nagrania radiowego z lat osiemdziesiątych, kiedy program stereo był emitowany z pasmem do 12 kHz, a Trójka do 10 kHz.

Strzałki wskazują na dźwięki-widma. Jeśli się tym widmom (hi-hat, jak się domyślamy) dobrze przyjrzeć, to okazuje się, że są odfiltrowane tak do około 5 kHz. Prostokąt jest zaznaczony dlatego, żeby można było łatwiej odczytać, jaki jest głośniejszy zakres dźwięku-widma, na który wskazuje strzałka. I ten głośniejszy zakres to mniej więcej 12–16 kHz. Jak się to rozpatrzy w kontekście tego, że na płycie są nagrania radiowe (Nagrania PR, tak mamy podane na okładce), to mamy coś, co chyba można nazwać oddziałem zamkniętym.

Polskie Radio w latach osiemdziesiątych nadawało w ten sposób, że program stereofoniczny miał pasmo sięgające do 12 kHz, natomiast Trójka, która była mono, do 10 kHz. Tak powiedział onegdaj inż. Leszek Michniewicz na antenie PR, prawdopodobnie w audycji „Zakłócenia odbioru”. Jak widzimy na obrazku, głośniejszy zakres wysokich tonów wypada na 12–16 kHz, czyli przez radio nadające jak wyżej utwór zabrzmi bez wysokich tonów. Dlaczego realizator dźwięku, nagrywając w studio radiowym, zrobił tak, że utwór przez radio się „nie przetłumaczy”? Bardzo modna dziś wśród realizatorów dźwięku jest translacja. Jak widać, tu na translację nie ma szans. Wysokie tony zostały spreparowane w ten sposób, że emisja radiowa je skasuje całkowicie. Oczywiście, coś tam zostanie, ale zostanie tylko cicha część, trudna do usłyszenia lub niesłyszalna, nawet przez młodzież. Ktoś wysokie tony z tej płyty słyszał w Trójce w 1983 roku? Tzn. płyty jeszcze nie było, ale piosenki były grane.

Poza tym można powiedzieć, że ta płyta jest bez wysokich tonów, choć je ma, co widać. Ale wiele osób mogło ich nigdy nie usłyszeć, no i już nie usłyszą. Jeśli ktoś słuchał płyty w latach osiemdziesiątych na słabym gramofonie, to tych „gorętszych” wysokich tonów gramofon nie odtwarzał. A teraz, mając siwe włosy, nie usłyszy, choćby gramofon był za gazylion.

Podobnie jest na wielu polskich płytach. Polskie płyty w latach osiemdziesiątych były wyprodukowane przyzwoicie, pomijając kiepską, brudną masę i brak centryczności zapisu. To, że przez radio muzyka brzmiała lepiej niż z płyt, wynikało z kiepskiej jakości gramofonów, w szczególności wkładek. Najczęściej były to przecież wkładki piezoelektryczne. A eliptyczne głośniki też tak wysoko nie grały.

Czy realizatorów dźwięku nie zastanawiała różnica pomiędzy tym, co słyszeli w studio, nagrywając i miksując płytę, a emisją radiową? A ta różnica musiała być bardzo duża.

Cóż, jeśli ktoś zdobył dobrze zachowany egzemplarz na winylu i ma nadzieję, że zabrzmi jak wtedy, w latach osiemdziesiątych, to się rozczaruje. Ale może są tacy, co, mając sześćdziesiąt lat, słyszą jeszcze 20 kHz?


DODANE 23 stycznia: Na forum RadioPolska znalazłem informację, że programy monofoniczne na UKF były w tamtych czasach nadawane z pasmem do 7 kHz.

czwartek, 2 stycznia 2025

We Do What We’re Told

W jaki sposób uzyskać najwyższą jakość dźwięku? Skoro jakość ma być "najwyższa", to trzeba urządzić pokój do słuchania na najwyższym piętrze najwyższego budynku. Bez sensu? Oczywiście, ale niekoniecznie dlatego, że to bujda na resorach, ale ze względu na to, że jeszcze nikt tego nie sugerował w reklamie. Gdyby ktoś zrobił reklamę o tym, że najlepszy dźwięk słychać właśnie na najwyższym piętrze najwyższego budynku i dlatego należy sobie kupić taki apartament, to po pewnym czasie byłoby już sporo ludzi przekonanych, że nie ma innej drogi do dobrego brzmienia. Ale takiej reklamy nie ma. Pewnie dlatego, że "target" byłby bardzo niszowy. No business opportunities. Wiele osób łyknęłoby ten kit, ale mało kto chciałby w to wejść, no i mało kogo byłoby na to stać. Ale np. z kablami czy bezpiecznikami się udało.

W jaki sposób reagujemy na reklamy? A przede wszystkim, jak przyjmujemy różne sugestie? Z czego jest zbudowany świat według Franka Zappy?

Z reklamami np. jest tak. Są do wyboru dwa wydania winylowe. Zwykłe tłoczenie i wersja "pancerna", czyli audiofilskie 180 gramów. Które jest lepsze? "Lepsze" jest wydanie 180-gramowe, bo płyta jest cięższa. No ale dlaczego cięższa płyta jest lepsza? Gra jakoś inaczej? Nie. To czemu jest lepsza? Bo ktoś powiedział (w reklamie czy w kryptoreklamie, czyli to będą wszystkie recenzje w magazynach o sprzęcie grającym), że jest lepsza. Faktycznie wcale nie jest lepsza, bo cięższa, tylko właśnie dlatego jest gorsza. Jeśli ktoś ma takie "audiofilskie" wydanie na winylu 180 g, to jest OK, jeśli płyta jest idealnie prosta. Ale jak nie jest idealnie prosta, to położona na talerz gramofonu będzie krzywa, czyli pofalowana, albo stożkowa, zresztą jedno nie wyklucza drugiego, jak mawiał dziadek Jacek Poszepszyński. I docisk, o ile ktoś tego wątpliwego wynalazku używa, pomoże spłaszczyć ten stożek tylko z jednej strony. Druga wciąż będzie wklęsła jak talerz, ale nie gramofonowy, tylko taki do drugiego dania. A zwykłe tłoczenie, nawet trochę pofalowane czy wygięte w stożek, położone na talerz gramofonu się wyprostuje, względnie spłaszczy i "na wskutek tego" (sic!) ramię gramofonu nie dostanie padaczki, ewentualnie nie aż takiej. Poza tym ciężkie tłoczenie przechowywane przez dłuższy czas ma sporą szansę wygiąć się pod własnym ciężarem, taką przynajmniej ktoś kiedyś powiedział czy napisał, w praktyce z własnego doświadczenia nie mogę nic powiedzieć, bo "pancernych" winyli mam tylko kilka i zaledwie parę lat. Tu potrzeba poczekać lat kilkadziesiąt. Natomiast takie zwykłe tłoczenie przechowuje się bezproblemowo. Niektóre moje płyty mają ponad 40 lat i są dobrze zachowane. No i tłoczenie 180 g to zwyczajne marnotrawstwo materiału. Ale jest droższe... Ferengi mają na tę okoliczność jakąś regułę akwizycji ;)

No a jaki plik jest lepszy? 44,1 kHz czy np. 192 kHz? Ten drugi jest lepszy, bo ma więcej kiloherców? Nie, lepszy jest ten, co ma mniej. Co najmniej z dwóch powodów. Waży mniej, więc szybciej się ściąga (teraz to ma już małe znaczenie, ale jednak), a przede wszystkim brak zawartości ultradźwiękowej sprzyja wzmacniaczom – nie ma opcji na intermodulacje. To samo dotyczy liczby bitów. 16 bitów jest lepsze niż 24? Realizator dźwięku powie, że lepsze są 24 bity, a w ogóle to najlepiej, jak jest 32. To prawda z punktu widzenia realizatora, ale do słuchania lepsze są pliki 16-bitowe. Są mniejsze, tańsze, zajmują mniej miejsca na dysku, a grają tak samo. Tzn. brzmią tak samo, bo z technicznego punktu widzenia różnice są, ale na słuch już ich brak. O Weteranach nie wspominamy.

Można też podać przykłady na zasugerowane reklamami skrajności z drugiego krańca, tzn. że jeśli coś jest najmniejsze, to jest najlepsze. Jednak pozostańmy przy sugestiach typu większe, cięższe i zużywające więcej energii jest lepsze.

Jaki gramofon będzie lepszy? Ten cięższy? Cięższy będzie lepszy, jeśli porównuje się Bambino z Danielem. Dla młodszych Czytelników bloga wyjaśnienie: Bambino i Daniel to gramofony z czasów PRL. Pierwszy to tandetny koszmar, a drugi to ucieleśnienie luksusu, jak na tamte czasy. Z technicznego punktu widzenia Daniel wydaje się mieć masę optymalną albo jej bliską. Lżejszy nie pozwoliłby na uzyskanie dobrych parametrów, a cięższy już nie byłby lepszy. Daniela można poprawić, np. dając lepszy układ stabilizacji obrotów i zwiększając precyzję wykonania elementów, ale dodanie masy nic nie da.

Jeśli się weźmie dokładne dane z pomiarów, a przede wszystkim wykresy, to widać pewną zależność. Lekkie gramofony, oczywiście te wysokiej klasy, mają bardzo podobne parametry jak te ciężkie, masowe. Czasem nawet te lekkie są lepsze niż masowe.

Nie podam tu konkretnych nazw, bo tu niczego się nie reklamuje ani nie robi antyreklamy (może z wyjątkiem dokonań realizatorów dźwięku) i nie pokażę wykresów, ale faktycznie jest tak, że gramofon lekki za tysiąc jełro ma lepsze parametry niż taki ciężki z trzema silnikami, który kosztuje trzynaście tysięcy. Porównanie może zabrać trochę czasu, jeśli się sprawdza wykresy. Ale w najprostszy sposób porównanie wygląda tak: ten za tysiąc ma kołysanie obrotów +/-0,08% i zakłócenia od wibracji 73 dB, a ten za trzynaście tysięcy ma kołysanie dźwięku +/-0,093% i zakłócenia od wibracji 72,5 dB. To suche liczby i różnica jest praktycznie żadna, ale na wykresach widać, na czym różnice polegają, i ten lekki jest po prostu (troszkę) lepszy. A z dawniejszych czasów to lekki gramofon za tysiąc marek ma porównywalne i tylko trochę gorsze parametry niż taki masowy za prawie trzynaście tysięcy. Równomierność jest porównywalna, w tym droższym troszkę lepsza, natomiast jeśli chodzi o zakłócenia, to są one lepsze w tym tanim, właściwie to mogłyby być, gdyby poprawić izolację silnika od korpusu, tzn. lepiej go odsprzęgnąć. Na wykresie widać, że to silnik daje o sobie znać, ale ogólny obraz jest taki, że lekka taniocha ma większy potencjał niż drogi krążownik. Konkretnie chodzi o to, że gramofonu masowego się już poprawić nie da, ale gdyby zrobić niewielką korektę w tym tanim i lekkim, to byłby już dużo lepszy niż ten ciężki i drogi.

Generalnie droższy sprzęt, w tym kontekście cięższy, jest porównywalny z lekkim, w praktyce działa tak samo, czyli gra tak samo. Jednak sugestia w opisie czy tzw. recenzji jest jednoznaczna. Cięższe jest lepsze, bo gra lepiej, choć parametry są porównywalne i co najmniej wystarczająco dobre. No ale jak tu nie uwierzyć dziennikarzowi czy recenzentowi? A przecież pisze on za pieniądze producenta to, co mu kazano, jednak mało kto o tym chce pamiętać.

Jeśli chodzi o sprzęt audio, to droższe, większe, cięższe, mocniejsze, mające więcej dB, Hz, kHz czy czego tam jeszcze, jest praktycznie takie samo jak tańsze, mniejsze, słabsze, mające mniej dB, Hz, kHz itd. Użytkowanie tegoż nie różni się wcale. Różnica była na początku i polegała na cenie. Ale jak ktoś raz stracił niepotrzebnie pieniądze, to potem już nic nie traci. Wyjątkiem są wzmacniacze pracujące w klasie A. One żrą prąd już po zakupie i właśnie dlatego dla niektórych są lepsze.

Gorzej jest, jeśli ktoś komuś sugeruje kupno czegoś droższego, które ma być lepsze, ale jest gorsze, a na domiar złego nabywca ponosi negatywne konsekwencje przez cały czas użytkowania. Świetnym przykładem będą tu samochody, a najlepszym spośród nich jest biały SUV. Chociaż jeszcze większym nonsensem będzie pickup i kabriolet, ale ich ludzie, na szczęście, kupują mniej. Na marginesie w takim białym SUV-ie jakość dźwięku będzie wyższa niż w kompakcie czy w limuzynie. Przecież SUV jest wyższy...

Dlaczego wszystko, co jest białe, wygląda gorzej niż kolorowe czy szare? Z wyjątkiem śniegu.

Nic nie może być bielsze niż biel czy bardziej białe. WTW (Whiter Than White) nie istnieje w realnym świecie, tylko w telewizorze czy monitorze.

Można sobie kupić białe kolumny czy biały gramofon. Wyglądają okropnie, zupełnie, jakby ktoś to zostawił podczas malowania ścian i sufitu z natrysku, ale to rzecz gustu, o którym się nie dyskutuje, albo kwestia smaku, którego wielu po prostu brak.

SUV ma to do siebie, że siedząc w nim zazwyczaj widzimy jego maskę. Poza względami estetycznymi problem jest taki, że biała maska oślepia i męczy wzrok.

Jeśli ktoś kiedyś malował elewację domu na biało w słońcu, pamięta, że po pewnym czasie, kiedy wszedł do domu, stwierdził, że jest prawie ślepy. Po kilku godzinach takiego malowania zaczyna się płakać, ból przemilczmy. Młody i zdrowy jeszcze jakoś wytrzyma, ale Weteran następnego dnia pójdzie do okulisty, co odradzam. Są trzy rodzaje białej śmierci: cukier, sól i lekarz pierwszego kontaktu.

Ktoś, kto ma biały samochód, w którym widać maskę, odczuwa to samo, co malujący w słońcu elewację na biało. W mniejszym stopniu, bo maska jest niewielka w porównaniu do ściany, ale zawsze. Poza tym, że to męczy, gorzej się widzi, o spadku koncentracji, poirytowaniu itd. nie wspomnę. Nawet nagranie z kamery samochodowej, o ile w kadrze jest biała maska, jest mniej kontrastowe, za to bardziej zaświetlone. A przecież widzimy tak samo. Światło rozproszone powstaje we wnętrzu oka, podobnie jak w obiektywie, pogarszając kontrast. Soczewka w oku nie ma powłoki przeciwodblaskowej, a wnętrze oka nie jest czarne i matowe, więc sytuacja jest nawet gorsza niż w wypadku obiektywu i kamery.

Białe-błyszczące oślepia, bo daje lustrzane odbicie. Biały śnieg, co ciekawe, aż tak bardzo nie oślepia, bo ma strukturę, która rozprasza światło.

Przedmiot biały (trójwymiarowy) wygląda bardziej płasko niż taki sam, ale mający kolor. Biały obiekt często odbiera się jako kontur, a nie bryłę. Wynika to z tego, że za kształt odpowiadają cienie i refleksy. Na białym przedmiocie może powstać cień, ale refleksy mogą już tylko oślepiać, pomijając fakt, że biały przedmiot oświetlony silnym światłem oślepia.

W odniesieniu do szarej skali i DR muzyki to pole A, czyli zupełnie białe, czyli białe auto, to utwór mający DR 0 (zero). Tej muzyki nie da się ściszyć, bo wtedy białe nie będzie już białe, ani zrobić głośniej, bo już i tak jest najgłośniej. Coś jak picie czystego spirytusu. Na zdrowie.

Jeszcze zastanówmy się, dlaczego ten (biały) SUV jest gorszy od zwykłego auta.

Bo jest droższy, większy, cięższy, mniej komfortowy, więcej pali/zużywa prądu, gorzej się prowadzi, trudniej parkuje i jest brzydki. Ale wsiada się na wprost... To jest argument.

SUV gorzej się prowadzi i jest mniej komfortowy, gorzej się zachowuje podczas hamowania, a nawet przyspieszania. Środek ciężkości jest wyżej, więc podczas hamowania bardziej nurkuje, a podczas przyspieszania bardziej przysiada. Nie przysiada? Za to bardziej się przechyla na zakrętach. Nie przechyla? To dlatego, że jest bardzo twardy, czyli niekomfortowy, albo ma skomplikowane zawieszenie, czyli jest w miarę komfortowy, ale za to jest jeszcze droższy niż ten drogi, który nurkuje, przysiada i się przechyla. Przechyla? Na zakrętach podpiera się lusterkami, jak ktoś to dość trafnie ujął. Na prawa fizyki propaganda nie działa. Środek ciężkości jest wyżej i nie ma sposobu, żeby wysokie auto jeździło tak samo, jak takie, które ma środek ciężkości niżej, a na dodatek jest lżejsze.

Czy ktoś jechał za SUV-em po zakrętach i zastanawiał się, dlaczego on tak często hamuje? Nawet gdy zakręt jest prawie niewidoczny. Niektórzy znają to wrażenie, jak się wjedzie w zakręt wysokim autem trochę za szybko. Bywa, że niektórym zostają po takim wyczynie ślady hamowania w... trauzach.

No ale dlaczego ludzie kupują białe samochody? Bo taka jest moda. Ktoś tę modę wykreował.

Dlaczego ludzie kupują białe kolumny i gramofony? Bo im się spodobały reklamy.

Dlaczego ludzie kupują pliki 192 kHz, magiczne kable czy bezpieczniki? Bo im ktoś podpowiedział.

Peter Gabriel nagrał kiedyś utwór o takim tytule, jaki ma ten post. To było już wiele lat temu, a my wciąż jesteśmy tacy sami (zdalnie sterowani).

Na koniec jeszcze o reklamach białych rzeczy z punktu widzenia fotografii. Biały samochód na zdjęciu nie jest biały, tak samo jak biały gramofon czy kolumna głośnikowa. To wszystko jest jasno szare, często z lekkim odcieniem jakiegoś koloru. W odniesieniu do systemu strefowego, który stworzył Ansel Adams, to biały przedmiot, jeśli ma zachować wszystkie szczegóły, powinien być przyporządkowany do strefy VII.

Zdjęcie z białym przedmiotem, wydrukowane, takie w pełni profesjonalne, uzmysławia różnicę pomiędzy rzeczywistym obiektem a jego odwzorowaniem. Zdjęcie czegoś białego zrobione dobrze nie oślepia, nie kłuje w oczy, bo na zdjęciu to białe nie jest już białe i oślepiające.

Nawet na monitorze komputera, o ile jest dobrze skalibrowany, biały samochód nie jest biały i wygląda całkiem znośnie. Można na niego najechać wskaźnikiem myszy, który jest biały, i widać sporą różnicę. W porównaniu do szarej skali,  nie tej z mojego skanu skanu, biały samochód na zdjęciu to nie będzie pole A, tylko prędzej 3. Natomiast rzeczywisty samochód to jest właśnie pole A. I wygląda tak paskudnie, bo jest wielki i błyszczący, a pole A skali jest półmatowe i małe.

Już na koniec takie pytanie. Dlaczego na wielu filmach w scenach przesłuchania świeci się tym ludziom w oczy silnym światłem? Żeby im sprawić przyjemność? Czyżby? Właściciele białych samochodów jednak jakby lubią, jak im się świeci prosto w oczy, zupełnie jak na przesłuchaniu. Jakich reklam oni się naoglądali?

A jeszcze niedawno białe samochody kupowały firmy. Do białego lakieru nie trzeba było dopłacać.

PS. Trzeba jeszcze wspomnieć o tym, że SUV bardzo źle reaguje na silniejsze podmuchy wiatru podczas szybszej jazdy. Jest to spowodowane tym, że ma on większą powierzchnię niż normalne auto, na którą działa siła wiatru. Przy czym dodatkowo ta powierzchnia jest wyżej, więc i dźwignia, na którą oddziałuje siła wiatru, jest dłuższa. Wskutek tego wiatr targa SUV-ami jak pies flakiem. I przypomnijmy sobie, że wzór na opór aerodynamiczny zawiera zmienną, która nazywa się powierzchnia czołowa. SUV ma większą powierzchnię czołową, więc stawia większy opór powietrzu niż zwykły samochód. Skoro stawia większy opór aerodynamiczny, to więcej pali czy zużywa prądu, że jest cięższy, już wspominaliśmy. Ale skoro producent samochodów zarobił więcej, sprzedając większe i cięższe auto, to jego alianci też zarobią więcej. A są to przede wszystkim rafinerie i elektrownie. Ale części zamienne też są chyba droższe.

PS. 2. Zdarzyło mi się zobaczyć reklamę nowego samochodu pewnej znanej firmy. Jest wielkie, ciężkie, kanciaste, więc o opór aerodynamiczny nikt się nie troszczył, a przy tym wysokie, więc firma zatroszczyła się o producenta paliwa czy też prądu. A nabywca spokojnie sobie tkwi w matrixie. "W telewizji pokazali..."


czwartek, 26 grudnia 2024

Uchem Weterana: VOX i Rezerwat

Jeśli Czytelnik nie czytał wcześniejszego posta , powinien to zrobić, zanim przejdzie dalej.

W magazynach zajmujących się sprzętem audio i na audiofilskich forach internetowych temat zmiany brzmienia muzyki wraz z wiekiem słuchacza nie istnieje. Gdyby ktoś, przeczytawszy cały internet, znalazł jednak coś na ten temat, to proszę dać znać w komentarzach. Z jakiegoś powodu nikt nie pisze o tym, że płyty przeważnie są zrealizowane w nienaturalny sposób i każdy meloman w pewnym momencie stwierdzi, że coś z brzmieniem jest nie tak. Im ktoś miał lepszy słuch i ma dobrą pamięć, tym wcześniej się zorientuje. Pamięć potrzebna jest do tego, żeby przywołać oryginalne brzmienie sprzed lat, a przede wszystkim aby zauważyć, że niektórych instrumentów w ogóle już nie słychać.

Do tej pory zostały tu pokazane jakieś anonimowe realizacje. Teraz każdy będzie mógł sam sprawdzić, jak jakiś utwór czy płyta brzmi. Oczywiście pod warunkiem, że ma tak z sześć dych lub lepiej. Osoby młodsze i dobrze słyszące mogą jednak "zasmakować" w radościach emerytowanych audiofilów np. w ten sposób, że jeśli mają kolumny z częstotliwością podziału zwrotnicy w okolicach 7–8 kHz, to muszą dokładnie zakryć głośniki wysokotonowe. Inny sposób to ściągnięcie wszystkich suwaków korektora graficznego w VLC czy innym programie, poczynając od 12 kHz na sam dół. Wtedy także osoby z dobrym słuchem zobaczą, co ich czeka w przyszłości i będą mieć świadomość tego, jaką pułapkę zastawili na nich realizatorzy dźwięku. Z winylami nie jest tak prosto, chyba że ktoś ma w zestawie korektor graficzny.

Pierwsza płyta:

Rys. 1. "Nagranie dokonane w studio muzycznym Rozgłośni Polskiego Radia w Lublinie w okresie listopad–grudzień 1979 r. Realizacja nagrania – A. Poniatowski. Asystent – W. Kowalczyk"

Realizator nagrania Andrzej Poniatowski (ur. 1945 r.) oraz jego asystent – Włodzimierz Kowalczyk (ur. 1955 r.) zrobili coś takiego:

Rys. 2. Strona pierwsza, utwór pierwszy. "A" i "B" to są te drzewa bez pnia i korzeni, dźwięki w ultradźwiękach, z punktu widzenia Weteranów.
Na rysunku mamy pokazane, o co chodziło realizatorom. I każdy, kto słyszy wysokie tony tak do 12 kHz, tzn. te 12 kHz słyszy jako dźwięk głośny, a nie jako bardzo cichy i ledwo słyszalny, stwierdzi, że to brzmi dobrze. Prowadzący blog nie miał okazji słuchać tej płyty w latach osiemdziesiątych na dobrym sprzęcie, raczej był to gramofon "Artur". Jednak jest taki film dla dzieci, w którym wykorzystano utwór "Bananowy Song". Film nosi tytuł "Kłamczucha". Prowadzący blog był na tym filmie w kinie i chociaż minęło już tak ze czterdzieści lat, to nadal pamięta, że utwór zabrzmiał tam bardzo dobrze. W porównaniu do "Artura" w domu dźwięk w kinie był świetny.

Ogólnie rzecz biorąc, dźwięk instrumentu można porównać do drzewa. Jak wiadomo, drzewo ma korzenie, pień i koronę, tak w uproszczeniu. Natomiast realizatorzy traktują talerze perkusyjne i perkusjonalia w ten sposób, że obcinają korzenie, pół pnia, czasem cały pień i zostaje tylko korona. Gdyby nagrali te talerze całkiem zwyczajnie, bez żadnych manipulacji, najwyżej z lekką kosmetyką, to Weterani nie mieliby problemów z odbiorem. Zawsze jakiś kawałek pnia, a przynajmniej korzenie, zostawałyby aż do późnej starości. Kompletny zestaw perkusyjny byłby słyszalny praktycznie zawsze, chyba że ktoś by kompletnie ogłuchł (stałby się głuchy jak pień, nomen omen). Niestety realizatorzy dźwięku z upodobaniem tną te drzewa w sposób zdecydowanie niezgodny z naturą słuchu, o zdrowym rozsądku nie wspominając.

Cała płyta z tego powodu brzmi kiepsko, tzn. martwo, może z wyjątkiem jednego utworu, ale i ten nie brzmi dobrze. Oczywiście w odsłuchu przez Weteranów brakuje instrumentów.

I druga płyta Rezerwat – Serce.

Rys. 3. Realizacja nagrań: Rafał Paczkowski (1962–2023).

Widmo pierwszego utworu z pierwszej strony:

Rys. 4. „Nie pragnę kwiatów”, chcę słyszeć talerze, ale nie te w kuchni, tylko te na płycie. Tu mamy "drzewa" bez korzeni i tak 2/3 pnia.

Jeśli chodzi o realizację dźwięku na płycie "Serce", to spektrum talerzy jest podcięte w podobny sposób, ale ten głośny zakres jest troszkę niżej. I w ogóle talerze czy inne instrumenty perkusyjne są nagrane głośniej, więc są jeszcze słyszalne. Ale nie to, co jest na rys. 4 do 35,5 sek. Tu jest ciszej i tego nie słychać. Gdyby dać głośniej (wzmacniacz ma taki potencjometr do zmiany głośności, o czym realizatorzy dźwięku też jakby nie pamiętali), to i to będzie słyszalne, jednak cała reszta utworu będzie już za głośna.

Na płycie Rezerwatu jest kilka piosenek, w których słychać jakieś resztki wysokich tonów, a dokładniej talerzy (hi-hat w szczególności).

Prowadzący blog kupił tę płytę w momencie jej ukazania się, a więc pewnie w roku 1987 czy 1988. No i wtedy nie było z brzmieniem żadnych problemów, jednak czas nie stoi w miejscu, a słuch nie trwa wiecznie, jak latinum, tylko się starzeje.

Prowadzący blog jest w stanie usłyszeć jeszcze 11 kHz jako bardzo, bardzo cichy dźwięk. Jeśli Czytelnik ma gorszy lub lepszy słuch, to dalsza część wywodu może się nie zgadzać z jego wrażeniami, jednak chodzi o zasadę. A zasada jest niestety taka: z wiekiem wysokie tony znikają. Znikają ze źle zrealizowanych płyt, bo cały świat brzmi zwyczajnie, choć na pewno trochę inaczej i ciszej.

"Serce" Rezerwatu jest płytą, która pozwala sobie uzmysłowić, jaką stratą dla odbioru muzyki jest zła realizacja dźwięku. Chociaż nie jest tu aż tak źle. Część utworów jest zrealizowana tak, że słychać jeszcze talerze perkusyjne i tu muzyka tak bardzo nie cierpi, natomiast reszta jest już martwa i w jakimś sensie niekompletna. Poza tym, że ogólne wrażenie jest lepsze, to rytm w "kompletnych" utworach jest odbierany inaczej.

Dla kontrastu LP VOX jest zrealizowany gorzej, gdyż talerzy nie słychać praktycznie wcale, może czasem coś da się wyłowić. Strata dla muzyki jest bardzo duża, bo poza talerzami na płycie VOX są też inne drobne instrumenty perkusyjne i brak jednego i drugiego robi ogromną różnicę w odbiorze. To już nie są takie same rytmy.

Tylko jak stwierdzić, że czegoś już nie słychać? Oglądanie wykresów nie powie nam, co się kryje za tymi kolorami i kształtami. Jeśli chodzi o winyle, to jest to trudne. W odniesieniu do wersji cyfrowych jest bardzo prosty sposób, żeby się przekonać, co realizatorzy przesunęli do "ultradźwięków".

Odtwarzając muzykę w komputerze w VLC, trzeba zmniejszyć szybkość odtwarzania, zupełnie tak samo, jak w odniesieniu do DVD z filmami kinowymi, tylko w przypadku muzyki trzeba spowolnić odtwarzanie tak o połowę (0,5x). Trzeba też odznaczyć opcję rozciągania czasu dźwięku. Słuchanie spowolnionej muzyki jest dość przykre, szczególnie wokale brzmią strasznie, ale jednak można usłyszeć i hi-hat, i wszystkie talerze, i całą perkusyjną drobnicę.

Przypominam, że wszystkie instrumenty, o których tu mowa, są słyszalne na żywo bez problemu przez każdą osobę w dowolnym wieku, która w ogóle coś jeszcze słyszy. Dopiero realizatorzy dźwięku robią demolkę.

Powyżej są podane daty odnoszące się do realizatorów tych płyt. Rafała Paczkowskiego nie możemy już spytać, o co mu chodziło i jak odbiera teraz swą pracę. Ale Andrzeja Poniatowskiego i Włodzimierza Kowalczyka chyba można spytać. Jeśli Andrzej Poniatowski jeszcze czasem gra na perkusji, to pomimo wieku talerze usłyszy bez problemu. Ale talerzy na płycie VOX-u nie usłyszy.

Chciałbym podkreślić, że nie chodzi mi o demonstrowanie braku szacunku dla realizatorów tych płyt. Szanuję osoby, ale niestety pewne aspekty ich działalności zawodowej zasługują na krytyczną ocenę.

A na koniec dodam jeszcze, że na "Mrowisku" wszystkie talerze słychać całkiem dobrze. O tej płycie będzie jednak osobny wpis.

środa, 4 grudnia 2024

DVD na 24 fps: Star Trek: Deep Space Nine - uchem weterana

DS9 w porównaniu do innych Star Treków ma ścieżkę dźwiękową zrealizowaną trochę mniej starannie. To dotyczy pierwszej serii, być może kolejne są lepsze.

W przeciwieństwie do wcześniejszych postów dotyczących dźwięku w filmach, od tego momentu nie będziemy się zajmować ścieżkami dźwiękowymi w sensie, że można coś fajnego usłyszeć, ale odwrotnie – że czegoś już nie słychać, a to ze względu na wiek. I również dlatego, że realizatorzy podeszli do sprawy, jakby ludzie się nie starzeli. Bo realizatorzy dźwięku się nie starzeją? Natomiast melomani-weterani, czyli powiedzmy osoby od sześćdziesiątego roku w górę, nie słyszą już tyle wysokich tonów, co młodzi.

Przed pojawieniem się napisów z tytułem serii mamy przelatującą kometę.


W kosmosie jest próżnia i dlatego nie ma też fal dźwiękowych. Ale to nie jest powodem tego, że w tej scenie coś z dźwiękiem jest nie tak.

Dźwięk przelatującej komety (nagrany podczas odtwarzania płyty DVD w komputerze w stereo) wygląda w ten sposób:

Elementem głównym omawianej sceny jest motyw muzyczny i dopiero na tle muzyki mamy przelatującą kometę. I tu też są dwa składniki, sama kometa i jej warkocz. Na rysunku zaznaczone są odpowiednio dwa obszary.

Problem, który się pojawia, polega na tym, że "ogon" komety, przez który przejeżdża kamera, jest bardzo cichy. Obraz sugeruje coś innego. Na rysunku widać jednak wyraźnie, że warkocz kometarny wcale nie jest taki cichy.

W zaznaczeniu jest zielona linia na poziomie około 8 kHz. Zakładamy, że osoby starsze słyszą tylko to, co jest poniżej 8 kHz, a więc mniej niż połowę, a ponadto ta część jest cichsza niż reszta. Ludzie młodsi odbierają dźwięk mniej więcej tak, jak zamierzył to realizator, ale ten ostatni nie uwzględnił faktu, że są też i tacy, co już pewnych rzeczy nie usłyszą.

8 kHz to dość mało. Wydaje się, że ta linia powinna być wyżej. Ale popatrzmy na poniższy rysunek.

Do testów słuchu trzeba podchodzić z dystansem. Rysunek pokazuje poziom dźwięku dla muzyki i testów.

Testy słuchu dają obraz bardzo optymistyczny, mimo wszystko. Jeżeli w teście ktoś słyszy jakąś częstotliwość, to faktycznie w nagraniu tyle już nie usłyszy. Na rysunku mamy spektrum przykładowego utworu, na które zostało nałożone spektrum jakiegoś testu słuchu z internetu. Te częstotliwości testowe są wyraźnie głośniejsze niż muzyka. Dlatego nawet ktoś, kto w teście usłyszy 11 kHz, nie usłyszy tyle w muzyce.

Weterani huku. Proszę się nie obrażać. Data by się zorientował, że to żart...

W odniesieniu do filmów nie chodzi o to, że dźwięk jest zrealizowany źle. Źle zrealizowany dźwięk to my mamy na tysiącach płyt wydawanych na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Filmy daje się obejrzeć bezstresowo, natomiast ogromnej większości płyt się nie daje słuchać w ogóle, bo się słabo robi.

PS. W DS9 słyszalne są czasem, bardzo rzadko, pewne niedociągnięcia dotyczące dialogów czy dziennika pokładowego. Poza tym jest spoko, ale my jesteśmy poniżej cienkiej zielonej linii... Prowadzący blog nie oglądał serialu, gdy miał jeszcze dobry słuch.